Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Słynna Irlandka spełnia moje marzenie i próbuje ujarzmić nokturnowy, pełen seksualnego napięcia disco-house legendarnego mistrza konsolety Maurice’a Fultona. Strzał do własnej bramki wysublimowania, teraz już tylko nieokiełznanie na parkiecie.
Małgola wkłada sobie pod hatherleyowski (pamiętacie jeszcze o Charlotte?) język klimatyczny, lo-fi-synth-popowy antydepresant. Zalecam systematyczną aplikacje tego bartosiewiczowo-elliottowskiego leku na złamane serce.

Całkiem do rzeczy ten nowy album Kozalli, pięknie uzupełnia się z wyjątkowo ciepłą tegoroczną wiosną. Dobrych numerów jest tu na pęczki, fakt, frenchtouchowe "Pick Up" to oczywisty highlight, ale podwieszone pod ekstatyczną, avalanchesową linię melodyczną o balearyczno-house’owej charakterystyce "Moving In A Liquid" też prezentuje się nad wyraz godnie. DJ Carpigiani i jego wyznawcy z loży modlą się do Kozy.

Będą ludzie z tego Yuno, na początku roku poleciał z efektowną mimikrą Tame Impali, a teraz rozkłada na czynniki pierwsze niekonwencjonalny emocore. Jakieś pandabearowe (efekt na wokalu) weezery są tu grane z okazjonalnymi olcottowskimi wrzaskami. Czego tu nie lubić?
![]()
najlepsza sekcja about, jaką widziałem od dawna: 'pomalowany na czarno automat, w który wkładasz pieniądze, ale nic z niego nie wylatuje'. a w środku automatu siedzi epigon ariela, jamesa i archiego, który po pierwsze ma pomysły, a po drugie czyż ten tytuł nie podsumowuje nas wszystkich <palacz>
a o tym włoskim obskurnym zespoliku dowiedziałem się poprzez jego kolaboracje z równie obskurnym zespolikiem szwedzkim, testbild!, który śledzę i kocham miłością mało platoniczną, obciągając większości wydawnictw. ale wróćmy do naszych makaronów. goście nagrywają przebogaty aranżacyjnie, posiekany rytmicznie prog-jazz, beznadziejnie zapatrzony w scenę canterbury, co ożenione z włoskim przelotem wokalnym niejednokrotnie brzmi groteskowo, ale zawsze frapująco. w marcu wyszła ich ostatnia i jak na razie najlepsza płyta, polecam całą, ten track to adekwatna próbka możliwości, no i jest w nim petter herbertsson z testbild! na rhodesie i wibrafonie. jeśli jedziesz do san remo, nie zapomnij wpleść we włosy zimozioła północnego o_O
pierwszego stycznia wyszło kolejne gówno od gościa łączącego vocaloidowy j-pop z deathmetalowymi tekstami (często powraca motyw zabijania i jedzenia dzieci). kibolem jestem od debiutu, który pozostaje w dorobku pozycją najbardziej konwencjonalnie piosenkową - już tam słychać ogromne osłuchanie i wiedzę ('tsuki no yokai'!); a te muszą niezawodnie doprowadzić twórcę do stworzenia w końcu płyty rejestrującej proces bicia konia, od pociskania napletka dwupalczaście aż do postorgazmicznej chandry. czyli: najnowszy album kikuo jest folgujący sobie i dla postronnych hermetyczny. porażająca muzykalność wszakże przemawia u tego artysty spod nawet najbardziej wkurwiającego samogwałtu. najmocniej w closerze - tu zostajemy na 150 sekund tylko z hatsune miku i pojedynczym piano rollem. jedzcie go. i dzieci.