-
M - Krótka Piłka - Albumy
-
Mouse On Mars Dimensional People
(23 kwietnia 2018)
Od samego początku Mouse On Mars posiłkowało się gościnnymi muzykami, wokalistami i autorami tekstów, aby wspólnie kształtować jedną z najważniejszych marek IDM-owego grania. Na jedenastym LP niemieckiego duetu, wśród zaproszonych mamy szerokie grono artystów, w tym Justina Vernona (Bon Iver), Aarona i Bryce'a Dessnera (The National), Zacha Condona (Beirut) a także około 41 innych. Wspólnymi siłami muzycy stworzyli oszałamiające pejzaże muzyczne, które prawdopodobnie skończyłyby się dźwiękowym bałaganem, gdyby nie krystaliczna wizja panów z Mouse On Mars. Duet zdecydował się nie angażować zbyt wielu muzyków elektronicznych, skupiając się raczej na wokalistach, saksofonistach, skrzypkach i innych, aby wydobyć z nich organiczne spektrum dźwięków i pomysłów. I w tym, co może być najbardziej odkrywczą decyzją, Mouse On Mars nie precyzuje, który z tych 45 muzyków pracował nad konkretnymi utworami, pozwalając słuchaczowi pozbyć się pojęcia "twórców", i pozwolić mu się wchłonąć we wspaniałe, "pokręcone" dźwięki, które składają się na tę suitę "wymiarowych ludzi". –A.Kiepuszewski
-
Mr Twin Sister Salt
(30 listopada 2018)
Mr Twin Sister uwielbiam, bo to jest zespół, który ma tyle samo stylu co talentu do pisania zostających ze słuchaczem piosenek. Ich kawałki są i dla głowy i dla serca. Płyta sprzed czeterech lat była rewelacyjna, tegoroczna jest przynajmniej bardzo dobra. Zahaczają na niej o rozmaite bliskie mi rzeczy – przebija i jakaś Sade i Anna Domino i ESG, ale nigdy nie w stu procentach ewidentnie, bo to jest jednak muzyka ich i robiona tu i teraz, nie retro hołdy. Kluczowym momentem płyty jest dla mnie "Taste in Movies", w którym Andrea Estella śpiewa jak powściągliwa i tajemnicza diwa, trzymająca bez trudu swoją publiczność w garści. –Ł.Konatowicz (Wyszukane Piosenki)
-
Mssingno Fones (EP)
(10 marca 2016)Ten londyński producent przypomniał o sobie w zeszłym roku bardzo przyjemnym numerem z niezalową królową Iranu – TĀLĄ, konkretnym współczesnym klubowym wygrzewem. Tegoroczna EP-ka uderza w bardziej nostalgiczne nuty i kojarzy się raczej z brzmieniem popularnym kilka lat temu – mi na przykład bardzo przywodzi to na myśl Night Slugsowe brzmienia, czy nawet nieodżałowany debiut Purity Rings. W tym wypadku nie jest to jednak w żadnym stopniu wada, każdy utwór jest godny uwagi, pełen produkcyjnego kunsztu, każdy ma rację bytu tak w pojedynkę, jak i w tym małym zestawie. Jeśli miałbym wyróżnić jeden kawałek, postawiłbym na zamykający całość "Scope", w którym najmocniej zaakcentowane są przebojowe, r'n'b akcenty. Świetna rzecz, której chce się słuchać i mam nadzieję, że na kolejne rzeczy nie będziemy musieli tak długo czekać. –A.Barszczak
-
Mumford & Sons Wilder Mind
(5 maja 2015)Moja bardzo dobra koleżanka powiedziała kiedyś, że lubi Mumford & Sons, bo to taka piękna, inspirująca muzyka drogi. Oj dziecinko. Drogi to jest czas, jaki straciłaś na słuchanie jednego z najgorszych zespołów na świecie. Na Wilder Mind Marcus Mumford skumał, że trochę słabo grać całe życie na banjo, więc schował je do komody i chwycił za jedyny słuszny instrument: gitarę elektryczną. No dobra, chwycił za nią już wcześniej, ale to i tak nie ma żadnego znaczenia, kiedy pisze się jedne z najgorszych piosenek na świecie. Jest wygrzew, są z punktu widzenia popkultury gallagherowskie inklinacje, jest "flircik z elektroniką", nie ma za to choćby sekundy, w której ten przychlast w wieśniackiej czapeczce i obleśnej koszulce na ramiączkach jest w stanie mnie zainteresować. No ale tak to już jest, kiedy jest się jednym z najgorszych songwriterów na świecie, c’nie? –W.Chełmecki
-
Murlo Dolos
(22 marca 2019)
Szkoda, że minął 2018, bo wtedy wyszedł Nightbath Galena Tiptona, gdzie zaoferował purpurowemu dźwiękowi o wiele więcej, a ja bym mu za to wykleiła serduszkami laurkę. Murlo okiełznał tę formułę, ale czy tym samym jej nie zaprzeczył? Może przemyca w swoim albumie nową gałąź gatunku? Pastel sound, post-wonky, elevator glitch, bubblegum glitch? Skojarzenia można rzucać przez całe popołudnie, ale faktem jest, że Chris Pell spojrzał na temat po swojemu. Utwory są oszczędne w muzyczne rozbryzgi, gdyż poukrywane tu odgłosy przyrody – śpiew ptaków, szum wody – projektują raczej kojący pejzażyk ze strumykiem napotykającym kamyki. Murlo wydziergał łagodne szaleństwo lub opracował panaceum na migreny żądnych wrażeń słuchaczy. Jedno jest pewne: można sobie tego posłuchać, pokiwać głową do relatywnie radiowego "End Of The Road", ale nie należy zalewać się łzami, jeżeli się o tym nagraniu zapomni. Może następnym razem producent zaproponuje konkretniejszy materiał. –N.Jałmużna
-
Róisín Murphy Take Her Up To Monto
(15 sierpnia 2016)Róisín zrobiła sobie przerwę, ale jak już wróciła, to od razu z dwiema płytami w ciągu dwóch lat, co musiało zaskoczyć fanów. Za szybko? Niby "Mastermind" to tęczowo-juniorboysowy synth-pop w typowym roisinowym anturażu, który zapowiadał album co najmniej interesujący. I fakt, Take Her Up To Monto jest na tyle ciekawy, aby posłuchać, co Irlandka tym razem zmajstrowała z Eddie'em Stevensem, ale nie ma co się spodziewać popowych fajerwerków. Brakuje tu nośnych hitów figurujących na Overpowered, nie ma klasy i zmysłowości znanej z Ruby Blue, misternej trajektorii "Exploitation" również nie słychać.
Co tu dużo pisać: koleżanka próbuje stworzyć jakieś ambitniejsze, bardziej złożone i DOJRZALSZE rzeczy, ale trochę średnio poszło jej pisanie refrenów i melodii. Dużo tu pomysłów, zamierzeń, kilka udanych posunięć ("Thoughts Wasted"), zdarzają się świetne momenty ("Romantic Comedy"), ale generalnie mamy tu najsłabszy album Murphy w całej solowej karierze, choć życzę każdemu tak słabych najsłabszych albumów w dorobku. –T.Skowyra
-
Laura Mvula The Dreaming Room
(6 grudnia 2016)Autorce tej płyty przyśnił się monumentalny, wręcz epicki pop pełen pięknych ozdobników, urzekających harmonii i budzących zachwyt songwriterskich rozwiązań. Była to wizja tak idealna, że aż nierzeczywista. No i faktycznie, praktycznemu wykonaniu tej wizji daleko do idei arcydzieła powstałego w rozmarzonej głowie Laury Mvuli. Natomiast trzeba przyznać, że jej najnowszy album zasługuje na miano najwybitniejszego laureata tegorocznej nagrody "Nice Try Award". –Ł.Krajnik
-
Młody π Zdycham Powoli Ale Konsekwentnie (EP)
(27 marca 2018)
W życiu chyba nie chodzi o to, aby na swój "specjalny" sposób, utalentowana Mewra Hobbyn była częścią wspólnego uniwersum filmowego z Wiesiem Miernikiem i wyczynami Pietrka Kogucika na czele. Młody Pi czuję niezaspokojoną ambicję i uderza z częstotliwością Młodego Boga kolejną chałupniczą EP-ką, która wydaje się pierwszą próbą wyjścia z mroków piwnicy, ściągnięciem czapki błazna i wciśnięciem się w poważne obowiązki i za krótki gajacz, aby zdążyć na własną osiemnastkę. Zrobić to, co wydaje się, że jako samoświadomy kolektyw czuli i chcieli od zawsze, ale odraczali to rytualne przejście w stronę samoakceptacji i bycia na serio, hibernując je w hektolitrach asekuranckiej ironii, nerwowego dystansu i dogłębnego strachu przed zewnętrzną krytyką. Moment w końcu nadszedł, a ja mogę sobie cytować. Bawisz się jak mężczyzna, płać jak mężczyzna.
I pomimo tego, że wciąż robione jest to w wysoce odważnej i buńczucznej formie ("DAWAJ KUTASIARZU!!!") kogoś krzyczącego z pozycji embrionalnej na wysmarowanej płynami ustrojowymi podłodze, to nie widzę sposobu, aby sprawiedliwie móc wysłać młodemu za tę zabawę zaległy kwit, gdy sam materiał przez wartość repetycyjną każdego kolejnego cloud-rapowego kawałka, broni się wybitnie pomimo nawijkowego uczucia deja-vu, w którym przez te wszystkie niekończące się odnośniki i hiperłącza, znowu czuję, jakbym gwałcił się Grą w klasy. No, ale to kanciaste flow zmieszane z serią losowo porozrzucanych aforyzmów nazwałbym bardziej specyficznym niż amatorskim, tak specyficznym, że na pierwszy strzał z 7 kawałków, hooki z 5 lądują na stałe do słowniczka imprezowych nucanek; zaś zamykający vaporwave to taki wzruszająco piękny sztosik ładnie wieńczący serie precyzyjnych podań brameczką najlepszej rzeczy, jaka chłopakom wybiła z kanału na świat zewnętrzny (z wyłączeniem fantomowych singli). –M.Kołaczyk
-
Stephen Malkmus Groove Denied
(30 kwietnia 2019)
Chcę mysleć o tej płycie jako o efekcie trwającego trzęsienia ziemii, jakie wywołało zeszłoroczne Double Negative. Przebudzenie uśpionych tytanów lat dzięwiędziesiątych, którzy nabrawszy odwagi, postanowili się zredefiniować, w ambitny sposób biorąc się za bary z czymś bardziej współczesnym. Niestety. Mogący wpisać się w tę narrację Malkmus opowiadający liczne historie o inspiracjach berlińskim techno, wodzi za nos moje oczekiwania, w rzeczywistości – w szczególności w początkowych fazach płyty – cofając wskazówkę zegara, co rusz wplatając w te dość zachowawcze struktury, synthpopowe patenty. O ile niemal stadionowy opener "Belzinger" (ta surowa przestrzeń brzmienia oszałamia, prywatnie stając się numerem 1), czy New Order Funky Town w postaci singlowego "Borgia" mają potencjał, to podjęta z początku, kreatywna droga w 4. utworze załamuje się, zostając porzuconą, dając nam w zamian środek pełen utworów do bólu nudnych, poprzekładanych jakimiś minimalistycznymi zakalcami. Z tego powodu miałbym ostatecznie paskudne podejście do tej płyty, ale to co najlepsze, kryje sie na jej końcu, w trzech zamykających ją piosenkach. I pomimo moich początkowych deklaracji – nacisku na renowacje starych schematów gitarowej slackerki – paradoksalnie to one właśnie w swojej skrajnej konserwatywnosci przywołującej bezwstydne reminiscencje dawnej chwały, połowicznie ratują ten z gruntu niezbyt interesujący krążek. –M.Kołaczyk
-
Thurston Moore Rock N Roll Consciousness
(11 września 2017)"Thurston Moore luzuje majty".
No więc, główny bohater odkrywa uroki new-age'owego blubrania. Pozwala sobie na zatracenie w świecie fantazji, zaludnionym przez quasi-mitologiczno-okultystyczne symbole, rozpalające wyobraźnię każdego emerytowanego hipisa. Cyniczne oblicze współzałożyciela Sonic Youth w zaskakujący sposób zmienia się w sympatyczną sylwetkę proroka miłości. Ideologiczna relaksacja wpływa też na akordy. Pozornie skomplikowane, monolityczne suity to tak naprawdę wyluzowane jamy, które po prostu dostarczają szczerej radochy (artyście i publice). Tak miło i przyjemnie to u Pana Thurstona dawno nie było. –Ł.Krajnik