Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Poniższy dostojny, progresywny trap z polichromatyczną, trójwymiarową nawijką ugruntował pozycję Migosów i pozwolił im na dobre roztopić śniegi ortodoksyjnego rapu. Bitelsi naszych czasów? Donald Glover nie blefował.
Kolejne przesłuchanie do programu Life Of Mac Demarco. Halko, dzwoni twoja dupa po jaranko.
Urodzona w Seulu okularnica zamienia w house’owe złoto wszystko, czego się nie dotknie. Teraz wzięła się za Drake'a. I co? I bingo.
Kolorowy, pozytywkowy trap Cartiego pędzi na złamanie karku i nie pozwala usiedzieć w miejscu. Sprawdźcie to na trenażerze, tylko kontrolujcie tętno, bo chyba nie chcecie skończyć jak Tupac.
Romantyczny, lekko smutnawy lo-fi house autorstwa znanego amerykańskiego komika pozwala bezboleśnie wtulić się w kocyk nostalgii. Kto się nie wzrusza, ten najpewniej z policji.
Lekko psychodeliczny, klawiszowy pop/r'n'b nie pozwala na spokojne podpieranie ściany. Być może nie olśniewa za pierwszym odsłuchem, ale z każdym kolejnym jest coraz lepiej. Każdą tegoroczną domówkę bez Miguela uznaję za niebyłą.
Jeden z najzdolniejszych młodych nawijaczy zmienia kierunek i odważnie wypuszcza się na głębokie, house’owe wody. Vince i jego rapowy ekwiwalent Szczęk.
Maxwell kłania się w pas, D'Angelo też z uznaniem kiwa głową. A ja po prostu ripituje z uporem maniaka, wam również zalecam.
Kanadyjski indie-pop w czułych objęciach z lekka frankofilskiego basu. Swoją drogą, pamiętacie jeszcze o Whitest Boy Alive?
Owszem, "Passionfruit" zajebiste, jednak moje serce skradła dopiero ta zmysłowa, wydelikacona kołysanka do snu w luksusowym penthousie. Wiecznie niezaspokojona potrzeba bliskości w czasach Tindera, czyli typowa drake’owszczyzna, tym razem subsydiowana jamajską rytmiką przefiltrowaną przez deep house'owy powab.