Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Szkatułkowy, post-hipisowski psych-pop równomiernie rozpięty między twórczością Kevina Parkera i ekwilibrystyką kompozycyjną Ariela Pinka to powiew świeżości na polskiej scenie muzycznej. Kto by pomyślał, że Ania Rusowicz odnotuje taki progres i będzie ważną częścią tak ciekawego tria? Ja na pewno nie.
Wchodzę do pokoju, a ona wali kryształ hehe. Krajowe Biuro Do Spraw Przeciwdziałania Narkomanii raczej nie pochwaliłoby tej kanciastej, charlixcxowej ody do bycia na haju. Ale my tu się mamy przecież bawić, więc "i smoke it, i snort it, i roll it, i love it" możemy nucić do aż blackoutu.
Niezawodny, niezwykle kreatywny językowo Jacek w RnBassowym, bangerowym wydaniu z absurdalnie chwytliwym refrenem to coś, o czym nie śniło się najaktywniejszym forumowiczom Ślizgu. A tak na marginesie, to w jakich spodenkach najlepiej słucha się kawałków z listy Carpigiani?
Frank ponownie wodzi nas za nos swoim złamanym, roztkliwiającym r’n’b. "My guy pretty like a girl" - to podobnie jak z tym zdezelowanym, na wskroś osobistym utworem, cokolwiek miałoby to znaczyć.
Ta niesamowicie charyzmatyczna przewózka osadzona na ciętym, monumentalnym, grime’owym bicie wprawia w ruch wszystkie okoliczne sejsmografy. Znam słodkich chuliganów, dla których jest to singiel roku, w sumie niedaleko mi do nich.
Odhumanizowany, nawarstwiony weird-pop z osobliwie powykręcanymi wokalami to woda na młyn dla Iluminatów. Mój wewnętrzny jaszczur czeka z wypiekami na twarzy na pełne rozwinięcie skrzydeł nordyckiego duetu, bo dziewczyny mają duży potencjał na rozsadzenie współczesnego popu od środka.
Ostatnia nadzieja białych (Andrzej, nie daruję Ci tej/tych nocy) serwuje niepodrabialny, znerwicowany jazz-pop dla snobujących się zombiaków. Być może najbardziej nieoczywista pozycja w stawce najlepszych singli AD 2017. Rudy, pokazałeś im, jak to się robi!
Epokowe "Papierosy" wreszcie doczekały się godnego następcy. "Rym za rymem, jak stroboskop, zapierdala od epilepsji".
To chyba jedyny rzetelnie rozpisany numer na prześmiewczym, wypełnionym po brzegi suchymi żartami albumie Alejandra Cardenasa, którego z tylnego siedzenia wspomaga utalentowany pan Elbrecht. Gdyby było tam więcej takiego inteligentnego, iskrzącego pomysłami post-disco, to pewnie byłaby to moja płyta roku. A tak, zostaje mi tylko ta poptymistyczna reklama OZE na 9.0.
Prawdopodobnie najważniejszy feministyczny manifest w tym ze wszech miar parszywym roku. Charli zajęta jest myśleniem o chłopakach, a ja ripitowaniem tego skandyzowanego, rozmiękczonego azjatyckimi wpływami post-EDM-u.