Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Niezrównany Chaz Bundick odstawia zafrasowanego Jacko w electro-popowym, pastelowym anturażu z domieszką chillwave’owej melancholii. Czekajcie, jak to szło, śmierć, podatki i bezbłędne piosenki Toro?
Zaskakująco udany powrót Harrisa, który w swojej karierze nie nagrał jeszcze tak równego materiału. Jednak z tych wszystkich nośnych jointów na płycie najbardziej przypadło mi do gustu eleganckie, discocentryczne "Slide" z kauczukowym basem walczącym o supremację z kaskadą rześkich, różnobarwnych linii syntezatorowych.
Pamiętacie "Linę" Les Sins? Bo Jacques najwyraźniej tak i czyni z tego całkiem niezły użytek, przekształcając ten nasłoneczniony, frenchtouchowy klasyk w uzależniający banger pod osłoną nocy. Tak się bawią w skutej lodem Kanadzie.
Byczki oraz byczys, powiem wprost, jak nie czaicie fenomenu Młodego G, to wypad. Ja imię Mickiewicza czasów memeizacji odmieniam przez wszystkie przypadki, wy też powinniście, bo gość robi wszystko to, co najlepsze.
Młoda, obdarzona zjawiskowym głosem Brytyjka znakomicie odnajduje się w towarzystwie 2-stepowego bitu autorstwa zasłużonego weterana. Kiedyś będzie wielką gwiazdą, gwarantuję. Jeśli mi nie wierzycie, to spytajcie Drake'a.
Nostalgiczny, precyzyjnie odmierzony post-trance duetu z Belfastu sprzyja bezmyślnemu wpatrywaniu się w bezkres oceanu. Dodatkowym plusem jest tu świetny teledysk, który hipnotyzuje równie mocno jak sama kompozycja.
Polski Wu-Tang wsobnego post-rapu nie zasypia kryształków w popiele i wjeżdża na scenę z narkotyczno-kabalistycznym poematem o warszawskich peregrynacjach. Kto nie myśli cytatami z Hewerki, ten nie jest dla mnie człowiekiem.
Dekadenckie, połyskujące bossanovą adult contemporary, które bezapelacyjnie, do samego końca odnosi się do Sade nigdy nie spotka się z moją krytyką. Idealne do sączenia czerwonego wina nad rozkładającym się ciałem kochanka.
Najbardziej zwichrowany liliput w świecie trapowych herosów dostarcza najsmutniejszy przebój tego roku. Czyżby tak miał wyglądać powrót grunge’u na muzyczne salony iksde?
Landrynkowy, flourescencyjny synth-pop z mroźnej Norwegii o niedogodnościach związanych z rozstaniem. Szczególne upodobanie znajduję tu w efektowym podwójnym chorusie, który czyni ze mnie zakochanego astronautę.