Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Zurbanizowane Inc. No World wieczorową porą w nienagannej interpretacji londyńskiego Franka Oceana. Przy tak magnetyzujących dźwiękach miasto faktycznie może nigdy nie zasypiać.
Muzyka Tylera z płyty na płytę staje się coraz bardziej wysublimowana i zniuansowana. I właśnie pharrellowskie, sielankowe "Boredom" jest wzorcowym zobrazowaniem tej brzmieniowej ewolucji. Nie dajcie się zwieść tytułowi. Zero nudy, z wyłączeniem fanów Death Grips.
Ramona Gonzalez w końcu nagrała album, w stosunku do którego nie mam większych zastrzeżeń. A pierwszy zapowiadający go singiel to już w ogóle jest za dobry, żeby mógł być prawdziwy. Zjewelizowany disco/house szachujący śmierć wartościowej muzyki.
Młodszy braciak kanonicznego "Inspectora Norse'a" może i nigdy nie dorówna norweskiemu majstersztykowi w gromadzeniu tłumów na parkiecie, ale swoje trzy grosze w kwestii uzależniających, błyskotliwych melodyjek dorzuca z nawiązką. Bansujcie do tego.
Najbardziej przygnębiony mc w grze zapodaje dojmująco osobisty tekst na reprezentatywnym dla flute-rapu bicie. Hendrix naszej ery zdejmuje maskę i wkłada kolejny przebój do gabloty.
Norweski pop na sterydach z refrenem, którego nie powstydziłby się Lido w najwyższej formie. Mówią, że co za dużo, to niezdrowo, na szczęście nie dotyczy to tego napędzanego paliwem rakietowym utworu.
Kanadyjskie duo potrafi w sophisti jak obecnie prawie nikt inny. Praktycznie zerowa rozpoznawalność zespołu Thoma i June to jawna niesprawiedliwość, chociaż wy okażcie im trochę serca.
Nie wiem, jak wy, ale ja lubię zapach eterycznego house’u o poranku. Od razu lepiej się wstaje, szczególnie po tych wszystkich nieprzespanych nocach. Piona dla piony, zdecydowanie.
Rozchwytywana Nowozelandka daje zielone światło bezwstydnie przebojowemu synth-popowi z potężnym, ekstrawertycznym chorusem. "Nigdy więcej szarych myszek, zawsze już petardy".
Coraz głośniej hype’owana Turczynka z Londynu, z tym swoim kolorowym, rozmierzwionym jazz-popikiem, niedaleko pada od King Krule'a, ale raczej takiego, który nafaszerowany jest antydepresantami. Z takiej złotej klatki mógłbym nigdy nie wychodzić.