Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Steve Lacy z The Internet i panna Lenae zastanawiają się, jakby wyglądał świat, gdyby współpraca Timbalanda z Aaliyah była bardziej organiczna i w większym stopniu oparta na pracy gitar. Czyżby zatem kroił nam się nowy ekscytujący duet, który na dokładkę wyznaje zasadę, że jeżeli śnić, to tylko o potędze? Zdecydowanie nie miałbym nic przeciwko.
Stroboskopowe digi-r’n’b pod auspicjami OVO Sound. Uważajcie, żeby nie rozjebać pensji w jeden Weeknd.
Uroczyste, tonące w przepychu romantycznych syntezatorów wyznanie zakochanego absztyfikanta o złamanym sercu. Bez chusteczek do otarcia łez nawet nie zasiadajcie do słuchania.
Każdy na swój sposób radzi sobie z kryzysem wieku średniego, niejaki Rosenberg np. wraca myślami do chwalebnych początków swojej piwnicznej kariery. Marzycielskie "I Wanna Be Young" to w istocie taki schizofreniczny, arielowsko pokawałkowany synth-pop at its finest.
Cholernie stęskniłem się za wiecznie nieobecną Cassandrą. Pierwszy tegoroczny utwór niedoszłej księżniczki minimalistycznego popu raczej nie umywa się do jej największych osiągnięć, ale wciąż pozwala żywić nikłą nadzieję, że coś z tej kariery jeszcze będzie.
Trzeci nieformalny członek Rae Sremmurd (pozdro Ambrocore) bawi się w jamajskiego Archy'ego Marschalla, który jedzie bmx-em do swojej niuni na londyńskich suburbiach. W czasach niesprzyjających warunków atmosferycznych lepsze nawet od solarium.
To uczucie, kiedy pełen entuzjazmu wchodzisz na swoje konto, a tam znowu manko. Savage przypuszczalnie nie pamięta już, jak to jest, ale dla większości z was to zapewne codzienność. Bądźcie więc przez chwilę jak Dillinger i posłuchajcie beznamiętnie metodologicznego "Bank Account".
Nie będzie chyba wielką przesadą stwierdzenie, że Kanada w ostatnich latach urasta powoli do miana światowej stolicy zwiewnego sophisti-popu. Co więcej, nie zdziwiłbym się, gdyby Justin Trudeau miał "Petals" na swoim Ipodzie.
W szkole songwritingu na wykładach z porcyswave’u byłaby to pozycja obowiązkowa. Lepiej notujcie przebieg harmoniczny, jełopy.
Duchowy spadkobierca hauntologicznej klawiszologii "Chambers Of Reflection", który wprost idealnie pasuje do wyniesienia na sztandary diastemicznej rewolucji. Poza tym jak znalazł na przydomowy seans spirytystyczny.