Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Pierwszej klasy rudzielec przestał w końcu męczyć bułę i wkupił się w moje łaski syntetycznym, dyskretnie zblake'izowanym funkiem. Lepsze od większości hitów Dua Lipy.
Ta zmysłowa pościelówa lubieżnie spoglądająca w stronę Sade Adu znakomicie nadaje się na podpięcie do konta na Tinderze. Robin Hannibal z Rhye życzy wielu owocnych matchów.
Filigranowa uciekinierka z Fifth Harmony dobija swoją latino-popową barką do brzegu Miami. Wstydliwy grower następczyni JLo z porywającym performance'em Młodego Zbója. "Despacito"? Nie znam.
Nigeryjska Azealia Banks w tańcu się nie pieści i w mgnieniu oka wparowuje na rotację. Nafurany afro-house jak w mordę strzelił.
Kawał porządnego, densflorowego hymnu na rzecz ruchu LGBT. Wysokooktanowy, pocięty chorus jako antidotum na podtatusiałego Timberlake’a.
Ala Boratyn i Jakub Sikora wydostają się z ruchomych piasków popowej niedookreśloności i stawiają pierwsze kroki na pewnym gruncie zajmowanym przez Ducktails bądź Tops. Połyskliwy, bezpretensjonalny soundtrack do milosnych podbojów w blasku księżyca.
Sam McCarthy z Nowej Zelandii ponownie częstuje nas przebojowym electro-popem o lekko chillwave’owej prowienencji. Nieco ponad półtora tysiąca fanów na fejsie? O, kulson!
Piszą państwo w listach, żeby włączyć do głosowania efekt współpracy dwóch być może najwybitniejszych żyjących obecnie muzyków. Dziś zatem wychodzę Waszym oczekiwaniom naprzeciw. Poptymizmu w tym niewiele, ale przeszywających dźwięków aż nadto.
Wasz ulubiony śpiewający Szwed wraca z całym dobrodziejstwem swojego songwriterskiego inwentarza. Big love w rytmie dopaminowego twee-disco z trademarkowymi smyczkami.
Młoda raperka o aparycji przywodzącej na myśl miks Ariany Grande z Cardi B z werwą sunie po schludnym, minimalistycznym bicie. Na waszym miejscu nie spuszczałbym z niej oka. Jeszcze będzie o niej głośno, zapewniam.