Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Coś dla sierot po minimalistycznej twórczości Clipse pod kuratelą Neptunes. Wszystko gites, ale lepiej już wyłączę, bo dwie staruchy za firaną.
Tinashe odsłania przed nami ekstrawertyczną, mainstreamową stronę swojej osobowości. Choreograficzny popis Kachingwe na tle popu/r’n’b z układu słonecznego Trappist-1 co prawda nie ścina z nóg, ale zdecydowanie nie ma dramatu.
Z reguły nie po drodze mi z popowymi eksperymentami Dawn Richard, jednak w przypadku “Stopwatch” sytuacja ma się zgoła inaczej. Największa w tym oczywiście zasługa Machinedruma i jego ultrafioletowej, dynamicznej produkcji. Performance wokalny byłej członkini Danity Kane też niczego sobie.
Ujmująco pozytywny, zdigitalizowany alt-soul w duchu FE to miód na moje serce, a w obecnej sytuacji pogodowej to już w ogóle. Muzyka na pohybel separatystom rasowym.
Post-apokaliptyczne future-country autorstwa Neptunes (fajnie, że Pharrell i Chad znowu są razem) podchodzi mi znacznie bardziej niż “Filthy”. Nie wierzcie Pitchforkowi, to naprawdę dobry utwór.
Azealia wciela się w postać Chaki Khan na przestrzennym, oddychającym pełną piersią, house'owym bicie. W takim wydaniu lubię ją najbardziej. Banks w stanie nieważności – to jest właśnie to!
Islandzki Lil Yachty marzy o międzynarodowym sukcesie. Jeszcze kilka takich numerów i może coś z tych dalekosiężnych planów będzie.
Kolejna wariacja na temat epokowego "We Can't Stop", tym razem w wykonaniu fińskiej nadziei popu. Czasem niewiele potrzeba mi do szczęścia.
Na debiucie poznanianki znajdziecie wiele świetnych utworów, ale mi największą frajdę sprawia kompozycja ukryta pod indeksem trzecim. Pastelowe, wymuskane produkcje Chloe Martini zawsze wzbudzają we mnie uczucie głębokiej nostalgii za doskonałością r’n’b z lat 90., w tym konkretnym przypadku za twórczością TLC i Janet Jackson. Z kolei Rosalie robi wrażenie wokalistki, która poleci nawet na drzwiach od stodoły, choć tutaj mamy raczej do czynienia z luksusowym spa.
Okazuje się, że Pharrell wciąż to ma, zwłaszcza za konsoletą. A Uzi? No cóż, moi ludzie to klasyk.