Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Gdy zbiera się ekipa od "Black Beatles", i to jeszcze wspomagana przez Kendricka, to bez pudła można zakładać, że nie będzie czego zbierać. I rzeczywiście nie ma, warto jednak zaznaczyć, że całe show kradnie anielskie zawodzenie Swae Lee.
Może i nie jest to tak zjawiskowe jak "Good Good", ale wciąż żre jak zły. DJ Mustard zna się na swojej robocie jak mało kto.
Zapracowany coverband wczesnego Talk Talk z wielką swadą i bez kszty skromności wkracza do akcji. Tylko niech lepiej uważają, żeby Yorke nie pozwał ich za basik z “All I Need”.
Ta nostalgiczna pocztówka z lat osiemdziesiątych brzmi jak skrzyżowanie Blood Orange z balladowym wcieleniem 1975. Nikt by się chyba specjalnie nie obraził, gdyby puścili to na potańcówcę w finale drugiego sezonu Stranger Things.
Mój przyszywany kuzyn z Kostaryki zapowiada swój solowy album zdziwaczałym, monochromatycznym post-punkiem uskrzydlonym strzelistymi, niemal anielskimi wokalami. Jorge Elbrecht kolejny raz wychodzi cało spod ostrzału sonicznej banalności.
Norwesko-brytyjski duet dobrze wie, jak mi się przypodobać. Przepis jest stosunkowo prosty: zaprosić na wspólną prywatkę Nite Jewel, Jessie Lanzę i Junior Boys pod patronatem ciętych, przepoławiących na dwie części klawiszy. Zakochajcie się w tej dwójce na zabój, zanim będzie za późno.
Najważniejszy popkulturowo raper obecnej dekady znowu mazgai się na typowym, zduszonym bicie Bo1-dy i spółki. Wciąż to lubię, a wszystkim hejterom mogę powiedzieć jedynie: "take care".
Londyński kolektyw od razu wjeżdża na grubo. Ich debiutancki singiel stawiam co najmniej na równi z dokonaniami Solange bądź Deva Hynesa. Fetyszyści dobrze wyprodukowanej, wysokoenergetycznej muzyki z 80s na start.
Długo musiałem czekać na oficjalną premierę tego bubblegum-popowego cudeńka, ale nareszcie jest. Wave Racer wyciągnął następną modernistyczną perłę ze swojego producenckiego portfolio. Liz oczywiście w niczym mu nie ustępuje i jak zawsze oferuje pełen poptymistyczny pakiet.
Polonia Disco, czyli niedawno powołana do życia warszawska komuna artystyczna para się reinterpretacją disco-polo. Na cale szczęście ich fejkowa muzyka chodnikowa zawiera w sobie dużo przebojowości, czego najdobitniejszym jak do tej pory przykładem jest właśnie “Zebra”. Uwaga, dla każdej z osobna skrzywionej marudy mam już przygotowaną maczugę.