Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Kendrick "Mówię tylko ważne rzeczy" Lamar i SZA z wielką estymą hołubią bogactwo i różnorodność afrykańskiej kultury. Owszem, utwór lśni niczym krwawy diament, ale to klip wjeżdża tutaj cały na biało.
Kaytranada mógłby już przestać tak bezwstydnie wymiatać za konsoletą. Co bit, to strzał w sam środek tarczy. Jeśli powstanie kiedyś polski fanklub Kajtry, to już zawczasu zgłaszam swoją kandydaturę na prezesa.
Uroczy, bezpretensjonalny indie-pop zmagający się z tematem paraliżującego poczynania zauroczenia. Granie pod rękę z mniej wysublimowanym Exit Someone.
Kto by pomyślał, że w tym truchle jest jeszcze tyle życie? Elegancja tej violensowskiej ballady inkrustowanej petshopboysowskimi wpływami to dla mnie na razie największe zaskoczenie tego roku.
Psych-trapowi gondolierzy transportują weneckimi kanałami swoje narkotyczne makaronizmy. Michał Milowicz zapewne słucha tej namiastki LSO z wypiekami na twarzy.
Liz strzela potrójne tulupy na szklisto-metalicznej tafli zgrabnego electro-popu. Norwescy konserwatorzy lodowiska również spisali się na medal.
Zwarty, zmuszający do energicznego podrygiwania art-pop wysyłający na emeryturę obecne, wydrenowane z dobrych pomysłów wcielenie Dirty Projectors. Obywatel Kane daje okejkę.
Katalońska księżniczka futurystycznego dancehallu ani myśli o zwijaniu świeżo rozpostartych żagli. Blink, blink i cała naprzód ku międzynarodowej sławie.
Kipiący stłumioną złością, eksperymentalny post-grime kolidujący z wczesną twórczością Rascala momentalnie podnosi poziom adrenaliny. Nowy angielski rap ponownie ciska gromy.
Zwykle z dużą rezerwą podchodzę do białasów wcielających się w rolę motownoskich amantów o miękkim sercu. Tutaj jednak nie mam za bardzo do czego się przyczepić.