Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Pytają mnie na indie-rockowym kwadracie, czy słyszałem już oficjalny debiut Soccer Mommy? A i owszem, ale niestety poza obdarzonym zapamiętywalnym riffem "Your Dog" nie pozostał w mojej bani nawet ślad.

Porządne post-drejkowskie r'n'b, w którym intymne ciepło spod znaku Jessie Ware ładnie kontrapunktuje ze szklanymi taflami podkładu.
Post-rozstaniowe "10 Minutek" w wersji emo-rap. Porzucony Lil Malone wylewa swoje żale na depresyjnym, syntezatorowym poszyciu.
No takie reklamy to ja rozumiem. Jonze za kamerą, FKA kręcąca piruety i białasowskie, nieco eksperymentalne alt-r’n’b Paaka, czego chcieć więcej?
Słynny australijski szybowiec po rzetelnym przeglądzie wzbija się w nu-disco popowe przestworza. Zafascynowany stworzonym pod kardio w miłosnym tandemie refrenem Arnie siedzi za sterami.
Zupgrejdowana wersja młodej Lily Allen wprzęgnięta w jaskrawy, post-pcmusicowy świat. Jazz-koktajlowy, sielankowy mostek na dodatkowy plusik.
Diplodok i jego crew wyglądają bezproblemowego życia zza xx’owego węgła w wesołym miasteczku. Gdy słucham tego wyrywnego letniaczka, to nie robi mi nawet powolny przyrost fanów na Carpigiani.
Nawarstwiony, kandyzowany synth-funk-pop wystrzelony na orbitę wczesnego Phoenix. Typy z 1975 obserwują nieoczywistą trajektorię.
Nostalgiczna, airfrance'owa sampeliada Nicolasa Jaara przywodzi na myśl plądrofoniczną ekwilibrystykę The Avalanches. Nigdy nie śniłem, że ktoś zrobi to tak dobrze.