Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Muchy po latach wracają do oryginalnego składu i znowu wszystko inne robi się nieistotne. Dajcie im się na powrót sterroryzować.
Ross Geller odwrócił się od przyjaciół w imię coraz bardziej urozmaiconego, wielowektorowego lo-fi house’u. Na jego tegorocznej epce podoba mi się każdy numer, może i wolę Cage'a, ale przy meandrycznym, pogrążonym we wspomnieniach ojcu też chodzę z uznaniem na paluszkach.
"Chcę jej nagiej, albo ona, albo nie chcę żadnej" oplecione w pasie powabnym, repetytywnym synth-lo-fi-r'n'b-funkiem pozbawionym zbędnych ornamentów. W trakcie cudownego, wspominającego początki braci Aged mostku nawet gołębie płaczą w miłosnym uniesieniu.
Belfaska modlitwa o oberwanie chmury w rytm hipnotyzującego, nawiedzonego trance'u obudowanego wokół orientalnego sampla. Niech spadnie z nieba rześki, rave'owy deszcz.

Indie-synth-funk-popowa pochwała dobrotliwego stalkingu ulicami spowitego ciepłą nocą nadmorskiego kurortu. Do zakochania jeden taneczny krok.
Ostatnie wszędzie słyszę Kate Bush, tym razem również. Lorely Rodriguez śni swój mały sen o byciu słynną songwriterką z Kentu. Efektem czego jest bonusowy utwór z Hounds Of Love. Nie budźcie jej.

Gangusy po siedmiu latach hiatusu nadciągają z ambientoidalnym, pustelniczym synth-funk-popem po myśli cocteautwinsowo-bushowskich ballad. Czerwony karzeł muzycznego niedosytu w cieniu zakwitających kwiatów lotosu.
Ernest Greene w ramach serii Adult Swim proponuje romantyczny, melancholijny rejs z Sade po berlińskiej tafli "Take My Breath Away". Pozwólcie sobie na chwilę post-vaporwave’owego zapomnienia.