Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Chill-synth-funk Bensona wytycza kierunek wszystkim artystom trudniącym się rezaniem stylowego carpiwave’u/carpicore’u. Forpoczta z najlepszych wakacji nad Morzem Śródziemnym.
Prawdopodobnie najlepszy raper wśród producentów nowej fali hh przybywa z wymarłej planety Namek, aby po raz kolejny zmienić grę. Pi’erre miota smoczymi kulami pod wyczilowane, przeliczające gruby hajs (check dźwięk kasy fiskalnej) biciwo. Bądź przez 3 minuty jak Super Saiyan.

Trochę się pozmieniało od czasu "PonPonPon", choć w zasadzie nie aż tak wiele, bo Kyary wciąż jest wcieleniem wszystkich stereotypów dotyczących japońskiej kultury. Ale nieszczególnie mi to przeszkadza, gdy za konsoletą siedzi Nakata ze swoją zdyscyplinowaną armią post-funkowych, wyżyłowanych syntezatorów. Trup j-popowych sceptyków ściele się gęsto.
Osobiście nie mam nic do Cardi B, ale nachalna, rozpędzona do granic absurdu machina promocyjna, która za nią stoi, trochę odbiera mi smak życia i skupia w sobie jak w soczewce wszystkie wady współczesnej krytyki muzycznej. Może i mam tu do czynienia z typowym curatorcore'em, może i Cardi średnio rapuje (nowy 2Pac? Tjaa) , ale "I Do" ma to gdzieś i robi robotę swoją bezczelną pewnością siebie i charakterną przewózką Solany w refrenie.
Nie biorę się do dzieła, chociaż piękna psych-trapowa sztuka, nie gadaj mnie dziś nawet, że jest spoko, nie chcę mi się nic, jak liżę lody Carpigiani. Neapolitańska pochwała prokrastynacji łamanej na bezkompromisowe lenistwo. Wystarczy ciepły podmuch sirocco, żeby wywiać pół polskiej sceny rapowej, i to patrząc na nią życzliwym okiem.
W istocie, poniższy numer nie ma godnych rywali na nowej, trochę rozczarowującej płycie Tinashe. Być może singlowe propozycje mają w sobie większą przebojowość, ale czysto muzycznie zostają one w progach w porównaniu z tą wyszlifowaną, r'n'bassową balladą klimatycznie zbliżoną do highlightów z Nightride. Kompletnie, konkretnie nie mogę przestać słuchać tego niepozornego, post-aaliyahowego szlagiera.
Szkoda strzępić języka na niedopuszczalne zachowanie Mondanile'a w życiu osobistym, jednak jego talent songwriterski wciąż pozostaje dla mnie bezsporny (trochę trudno w blurbie oddać wszystkie blaski i cienie akcji #metoo, ale natychmiastowe wyrzucanie poza nawias, wygumkowywanie dorobku jeszcze przed procesem i zasądzeniem kary wydaje mi się co najmniej pochopne). Nic na to nie poradzę, że mało który obecnie artysta jest w stanie swoją muzyką wprawić mnie w tak błogi nastrój. Wiosenny, bundickowski psych-synth-pop zaklęty w "Plastic Melody" jest tu kolejnym dowodem w tej sprawie. Plugawy, błądzący człowiek, zajebiste granie.
Ten zespół z Izraela poznałem dopiero w tym roku, ale okazuje się, że wydali kilka EP-ek i singli w ostatnich kilku latach. Na ich pierwszym longplayu jest sporo piosenek takich jak ta, ale "Before I Fall" dobrze streszcza, o co chodzi w tej muzyce – dream pop, Baleary, trochę chillwave, ale w wydaniu raczej hi-fi i z trudnym do uchwycenia elementem niepokoju na dalszym planie, trochę jakby Leon Vynehall był zespołem grającym piosenki. GDM ogrywają lubiane przeze mnie style i tropy niemal do przesady, ale nie mogę przestać do nich wracać.
Toni Braxton wydała w tym roku pierwszą od czterech lat płytę. Jest to dosyć udany i odświeżająco krótki album w konwencji "kobieta doświadczona i z klasą", a szczególnie dobra jest poniższa elegancka ballada, która jednak wywołuje u mnie spory niepokój tekstem o desperackiej fiksacji na punkcie byłego.