Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Filipiński, poślubiony LA producent wlewa trochę dance-popowego, ukłutego wirusem azjatyckiej przyswajalności optymizmu w serca wszystkich niepoprawnych romantyków. Główną atrakcją tej sonicznej apoteozy wakacyjnego romansu jest jednak refren, w którym największe wrażenie robi piękny splot chaotycznie porozrzucanych synthów z rozleniwionym wokalem. Dajcie się ponieść uczuciu.
Młoda Australijka z Brisbane całkiem nieźle odnajduje się w krainie naelektryzowanego, stadionowego dream popu. Wcale nie tak daleko to wszystko pada od cukierkowatego Cranberries.
Czy są na sali jeszcze jacyś fani progresywnego electro-popu PP, czy ostałem się już tylko ja? Niemiaszki na kilka lat zniknęli z radarów, ale jak słychać, w ogóle nie wyszli z polaroidowo-chillwave'owej formy. Ich najnowsza, ozdobiona serpentynami kolorowych pasm syntezatorów piosenka zgrabnie sytuuje się w pobliżu nostalgicznych, post-discowych wycinanek Neon Indian. Otwórzcie się na ludzi i wyjdzie z tym w ciepłą noc na miasto.
Progres tego duetu coraz bardziej mnie zadziwia, ale może trzeba się już powoli zacząć przyzwyczajać do tego, że to obecnie najlepszy tandem w polskim rapie. Nie ma ściemy, ta charyzmatyczna, kinofilska przewózka po onirycznym, kabalistycznym bicie w duchu wczesnych produkcji Clamsa Casino wbija się do łba jak zły. Oni Solar i Białas, my Guli i Homex.
Futurystyczny, post-pcmusicowy synth-kawaii-pop o bezwarunkowej miłości na intergalaktycznym statku kosmicznym. Poptymistyczny Falcon Heavy wprost do Waszego bionicznego serca
Moskiewska gwiazda niezalowej sceny elektronicznej lekką ręką hipnotyzuje swoich sympatyków aphexowym, meandrycznym post-dream-dnb w niskiej rozdzielczości sonicznej. Post-soviet vibe w najczystszej postaci.
W muzycznej ofercie Grzomotokota nawet odrzuty z płyt robią piorunujące wrażenie. Nie inaczej jest tym razem, bowiem “First Fight” to jazz-prog-funkowy kopniak, który na długo zostawia swój ślad w pamięci słuchacza, a przynajmniej do czasu premiery kolejnego utworu Brunera.
Clairoizacja sceny muzycznej postępuje w zastraszającym tempie, ale to nic nie szkodzi, skoro stoją za nią coraz lepsze piosenki. Ugfunkowione, nareszcie pozbawione bedroomowej nieśmiałości “4EVER” to jak na razie piosenkowy peak uroczej bostonki, w którym wszystko jest na swoim r'n'b-popowy miejscu.
No nie jest to najświeższy towar, ale słucham sobie styczniowych, zajebistych nutek, no bo jestem samolub i nie podam Ci nowości na tacy, przynajmniej nie w tym wpisie. Hymniczny, nsfworkowy synth-electro-funk pod auspicjami seksualnego wyzwolenia w cieniu Statuy Wolności. Ostrzegam, wysoki współczynnik powtarzalności, jeden raz to stanowczo za mało.