Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Krótka historia o tym, jak werbalny automat traci układ scalony dla repetytywnego, post-reichowego trapu. Minimalistyczny, grawitacyjny bicik Bourne'a to prawdziwy majstersztyk szkoły nowego rapu, który wysyła wszystkich świeżo zniewolonych absztyfikantów gdzieś daleko poza układ słoneczny. Pamiętacie "Fashion Killa" Asapa? Już nie musicie.
Kolejny świetny, sophistiwave’owy numer gości, tym razem do tablicy zostaje wywołany solowy Donald Fagen wyprodukowany przez jakieś a-Ha według zaleceń Ariela Pinka. Septymy, fantomowi kochankowie i kasety video.
Przyznam, że nie wiązałem wielkich nadziei z powrotem Christiny, a tu taki post-r’n’b-trapowy, wielokrotnie złożony zaskok. W teorii to tylko zlepek większości obecnych trendów w popie, ale wszystko jest tu tak ciekawie i wielowątkowo skonstruowane (Kanye, zdejm czapkę!), że utwór z miejsca sprawia wrażenie czegoś naprawdę świeżego. Wszystko przyspieszyło jak w syntezatorowej, ovosoundowej zorbie.
Ruban Nielson to obecnie pewnie jeden z najzdolniejszych songwriterów w branży, który na dodatek pokazuje swoje nietuzinkowe umiejętności w obrębie wielu gatunków muzycznych. Niestety na jego płytach zawsze czegoś mi brakuje, niemniej na odcinku piosenkowym typ to bezdyskusyjny mistrz. Ta szlachetna, usmyczkowiona ballada z kwaśnymi, nieco zeppelinowskimi gitarkami w mostku to prawdziwa, acz subtelna demonstracja siły Nowozelandczyka, a zarazem utwór, który zrobi Wam lepiej niż większość hipisowskich popierdółek.
Mac DeMarco skrzyknął paczkę znajomków, żeby dorzucić swoje trzy autotune-r'n'b-lo-fi-synthowe grosze do modowej gali, która ostatnio zawładnęła wallami na fejsiku. Fajny, luzacki song, liczę, że to coś więcej niż jednorazowa akcja.
Teraz coś na przełamanie pozytywno-poptymistycznego nastroju. Monachijski producent i jego sejsmicznie rozedrgane, majestatyczne ambient-techno pod znakiem Saturna znają sposób na to, jak popsuć mi humor i wprawić mnie w kontemplacyjny mood. Wydaję 50 euraków jakbym spluwał schyłkowym człowieczeństwem.
Bartosz Kruczyński na dobre przepędził już ptaki i teraz przygląda się wiosennemu, avalanchesowskiemu pejzażowi. "Z Drugiej Strony Światła" jako bezpretensjonalna odpowiedź na Since I Left You. W sam raz na piknik z przyjaciółmi.
Hiszpański fanklub Chaza Bundicka znowu w znakomitym, ciut hoopsowym stylu daje o sobie znać napchanym pod korek świetnymi melodiami indie-psych-popem. Inni próbują, ale tylko Baywaves potrafią zrobić tak piękny bajzel w głowach gitarocentrystów.
Indonezyjska Mariah Carey roztapia serca popowym entuzjastom słodkim, najtisowym prodiżem. Zazdrosna Ariana robi wielką grande.
No takiego Quebo to ja szanuję. Doprawdy, trudno nie zakochać się na zabój w tym poskręcanym niczym laseczki wanilii indie-sophisti-popie. Zadurzony po uszy DeMarco ma w rękach wykwintne, soft-rockowe Top(s)y.