Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Niezwykle zgrabna i na dodatek zakończona wymiernym sukcesem próba przełożenia budzącej podziw spuścizny Steely Dan na język słonecznego, beztroskiego disco-funku. Wypielęgnowany, wprawiający w szampański nastrój utwór stworzony wprost pod wodowanie świeżo oddanego do użytku katamaranu. Ahoj, mieszkańcy przebojowego atolu Carpigiani.
Pierwotna wersja tej trap-popowej ballady nie zrobiła na mnie szczególnego wrażenia, dopiero w zepsutym, stłumionym wariancie pełnym zgrzytliwych pogłosów odsłoniła przede mną prawdziwą, zeitgeistową wartość. Nowy numer Szwedki w połączeniu z klipem w klimacie amatorskiego porno kręconego trapfonem idealnie uchwycił ducha czasu, w którym muzyka jest jedynie dodatkiem do czegoś, lecącymi w tle dźwiękami z laptopa lub komórki. Bardzo mnie to jara pod kątem popkulturowym, bo sama w sobie kompozycja raczej żadna, ale przecież nie o nią tu chodzi. Ripit za ripitem w czasach głębokiego końca.
Bracia Lawrence odstawiają wściekłą przebojowość na rzecz może i nieco euforycznego, ale jednak sinusoidalnego jazz-afrobeat-house'u odbudowanego wokół wokalu malijskiej divy. Niczego sobie ten comeback, czekam na kolejne posunięcia.
Z ciężkim sercem dzielę się z Wami moim ukochanym współczesnym zespołem (przepraszam Adam Sowiński), którego do tej pory strzegłam jak najmroczniejszej tajemnicy (pomijając oczywiście te noce w Polsce, kiedy po pijaku opowiadałam o nich wszystkim znajomym i odkrywałam na kacu dziesiątki wysłanych messengerem linków). Już mają w Stanach rzeszkę wielbicieli, ale jestem przekonana, że za parę lat będą naprawdę wielcy. Arthur to taki jakby Paul McCartney, wyśmienity piosenkarz z zapędami do mariaży wrażliwości oldiesowych ballad z punkiem. Czego nie dotknie zamienia w złoto, a jego teksty... Sachi to odpowiednik Johna Lennona, jakby od niechcenia sypiący chwytliwymi motywami. Podobno Joy Again wydadzą wkrótce kompilację nowych wersji swoich starych piosenek, i z tej okazji chłopaki znowu (w zeszłym roku próbka możliwości w postaci dwusingla "Kim+On A Farm" – najlepszej piosenki w klasyfikacji generalnej Małgola 2017) wstawili po singlu. I choć u mnie na ogół Paul > John (podobnież proszę sprawdzić solowe dokonania Arthura), tym razem proponuję kawałek Sachiego. Choć parę lat temu wydawało mi się, że kompletnie przejadły mi się amerykańskie gitary, chłopaki wnieśli je na kompletnie nowy poziom i odbudowali moją wiarę w lepsze jutro muzyki zespołowej. Dla tych z Was, którzy potrzebują potwierdzenia z zewnątrz: Joy Again wydaje Caleb Laven, producent np. Franka Oceana.
Zgodnie z Waszym życzeniem kilka szlagwortów o toksycznym (czyżby w tle sampel z "Toxic?, no dobra, chyba nie, ale podoba mi się ta myśl), timbalandowo akcentowanym blitzkrieg rapie Andersona. Wchodzi mi to lepiej niż ostatnie numery Kendricka. Bardzo dziwne, mocno dziwne, całkiem dziwne, trochę dziwne, ale bąbelki w szampanie buzują jak najęte.
Długo nieobecny Benjamin zasiada przy pianinie i świruje pogrążonego we wspomnieniach Franka Oceana, który coveruje zaginione demo Steviego Wondera. Czasami nieskazitelne, choć niepozorne piękno tkwi w prostocie – i tak właśnie jest w tym przypadku.
Piękna niczym posąg Adonisa o zmierzchu, post-rozstaniowa (nie słyszę, co tam, kurwa, pierdolisz, jestem ziomek Beethovenem) lo-fi kołysanka pod wezwaniem dyskretnego chłodu curowo-shoegaze'owego kluczenia. Wiosna w sercach zakwitła i już wyłażą…

Młoda, tajemnicza producentka z Miasta Aniołów wykłada na electro-popowy stół błyszczący, post-edmowy patchwork z efektownym, densflorowym chorusem. Jeśli już kochać, to bez półśrodków, co dotyczy także tego ukazującego interesującą stronę mainstreamu refrenu.
