Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
James Blake chyba nie byłby sobą, gdyby raz na jakiś czas nie uzewnętrznił swojego zamiłowania do Radiohead. W najnowszej, zdeformowanej balladzie wiecznie zafrasowany Brytyjczyk ewidentnie daje Nam do zrozumienia, że wszystko w powyższej kwestii jest na właściwym miejscu. Wsłuchajcie się więc w długość dźwięku samotności.
Współlider kanadyjskiego Vesuvio Solo zasunął tak pięknym, koronkowym yacht-rockiem, że głowa mała. W obliczu tego dość nieoczekiwanego, acz niezwykle radosnego wydarzenia dla akuszerów wysublimowania wyszedłem z siebie i stanąłem obok jako odrodzony fan Dennisa Wilsona. Cam czeka i na Waszą miłość.

Wyszczekana, wzbudzająca spore kontrowersje (polecam artykuł Meaghan Garvey) piętnastolatka jest bardzo zdeterminowana, żeby zostać gwiazdą rapu i trzeba przyznać, że jest już coraz bliżej osiągnięcia tego celu (blisko 40 mln odsłon w niecały miesiąc). Jej progres robi wrażenie, a poniższy numer to jej dotychczasowy szczyt. W "Gucci Flip Flops" daje o sobie znać wielka miłość Bregoli do rapu, bowiem mamy tu: teledysk w stylu Eminema z czasów jego chwały, minimalistyczny, trapowy bit i ponurą nawijkę charakterystyczną dla 21 Savage oraz śmiałe nawiązanie w tytule do słynnych wersów Future’a. Oby tak dalej, młoda.
Najzdolniejszy członek kultowego labelu Dark World efektownie wybił się na artystyczną niepodległość i wydał niedawno dość osobliwy, acz bardzo frapujący album, który trudno do końca sklasyfikować, powiedzmy, że jest to prog-jazz-rap, z tym że nawijce Sena często bliżej do czegoś w rodzaju melodyjnej melorecytacji. Z całej imponującej kolekcji tego gabinetu muzycznych osobliwości najbardziej trafia do mnie delikatnie rundgrenowskie "How It Feels", w którym prog-funkowe wygibasy Thundercata zderzają się z sypialnianą, psych-popową schizofrenią Ryana Powera. Potrójny axel godny Tonyi Harding.
Malkmus wypuszcza swój indierockowy latawiec w niezbadane psych-funk-krautowe przestworza. Mamy tu jeszcze folkowy wstęp, środkową część w duchu wczesnego Stereolab i transowy finisz, czyli dla każdego coś miłego. Eksplorujcie do woli.
Antymaczystowski, uwikłany w płeć hymn w lekko fioletowym odcieniu funkowych wyczynów duetu producenckiego Jimmy Jam/Terry Lewis. Panseksualny, przenoszący do linndrumowych lat osiemdziesiątych wehikuł czasu z Damonem Riddickiem za sterami.
Obłąkany, deliryczny bangierek zdolny wywoływać krwawe zamieszki na mieście. Innowacyjny, ukazujący kobiecą siłę post-grime w oku cyklonu. Wyciągnijcie zawleczkę.
Swoją piątą płytę Lawrence Arabia postanowił wydawać stopniowo w formie Singles Club – wrzucając do sieci jedną piosenkę na miesiąc przez cały rok 2018. I zarazem sprawiając, że czujemy się urodzinowo 12 razy do roku, szczególnie, że co utwór proponuje nam kompletnie różne pomysły. Jakimż zaskoczeniem był dla mnie kwietniowy singiel, gdzie zamiast sztandarowej, beatlesowskiej piosenki, nowozelandzki Incomparable Legend of Song wrzuca bezpretensjonalny, gitarowy utwór w duchu Lilys czy Yo La Tengo. W rzeczy samej, im dalej tym lepiej.
Przedstawiać nie trzeba. Od lat niezmiennie trzymają tak samo wysoki poziom i jakoś tak się na ogół składa, że niezmiennie najbardziej rozkładają mnie ich tzw. openery płyt. Tak jest też w przypadku "Cover The Mountain" z wydanego 11 maja albumu Any Day. Proszę słuchać i głosować.