Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Jak mogło powstać "Egoist"? Nie mam pojęcia, ale wyobrażam to sobie tak: do studia wpada Yasutaka Nakata, siada spokojnie w fotelu, wrzuca na ruszt kilka swoich firmowych zagrań, większość mocno spowalnia, upraszcza i dorzuca szczyptę dystynkcji. W teorii ma to sens. A Olivia Hye jest stworzona do takich kołyszących, lecz zarazem dynamicznych aranży, gdzie nawet fajnie wypada w refrenie gwiżdżąca wstawka (a to trzeba docenić).
Zmysłowe r&b naznaczone prostolinijnym refrenem. Na początku może nie chwycić – później już nie odpuszcza i wżyna się w głowę. Przede wszystkim kręci mnie dosadna i soczysta produkcja. Myślę, że świetnie przy tym podkładzie poradziłaby sobie Ariana Grande.
W tym roku za swingbeat chwytali się Bruno Mars i Cardi B, ale powiedzmy sobie prawdę: nie mają startu do "Lady". EXID jest jak drugie życie TLC – tyle że radośniejsze. Lekko naiwna duchologia, fakt. Kogo to jednak obchodzi, skoro mówimy o kuloodpornym hicie z magicznym refrenem.
Autorzy zjawiskowego "Don't You Forget" przełamują swoje syntetyczne podboje najntisową szarżą wyrywnych gitarek. Żywiołowy (zwłaszcza w drugiej połowie), cardigansowy indie-pop na chroniczne dylematy sercowe.

Pan Yuno odznacza w swoim songwriterskim kajeciku wszystkich moich faworytów. Po Kevinie Parkerze i Panda Bearze nastał chaz na Toro I Moi. "I can make you fall in love with me" – w istocie.
Album Pusha T trwa 21 minut, liczę, że Kanye znowu zmienił grę, bo mam już dość półtoragodzinnych płyt. A co do samego longpleja, to najbardziej lubię tu minimalistyczną, latynoską kontrabandę Westa, w której uwięziony jest przebój Lil Kim. Brawo, Puszku Ścieżuszku.
To jest taki numer, taki joint, w którym mamy 200% cholernego Drake'a w Drake'u. Drizzy jest zasmucony na wyblakłym, migosowskim bicie? No nie może być!
