Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Michael Greene zaprasza na hipnotyzującą, powoli wskazującą swój azymut wędrówkę w stronę tech-house'owego raju. Jak już dotrzecie na miejsce, to za żadne skarby nie będziecie chcieli stamtąd wracać. Życie Pablo w kleszczach brytolskiego, geometrycznego basu.
Umarł Avicii, niech żyje zasłuchany w polskiej muzyce chodnikowej z przełomu transformacji D A V I C I I. Jego melancholijne, cloud-trapowe eksperymenty na żywej tkance melodyki Papa Dance przyniosły nad wyraz satysfakcjonujące rezultaty. Jeśli kiedyś miałem pewne wątpliwości co do niskobudżetowej twórczości Panów, to teraz już ich nie mam, bo Dawid gra sam ze sobą w swojej własnej, wpędzającej w nostalgiczno-depresyjny nastrój lidze. "Love is evil", jak powiada pewien profet.
Najlepszy w tej chwili meme muzyk zapodaje syntezatorową, airfrance'ową (czyżby jakiś revival?) mutację "Despacito" według własnej, śmieszkowej receptury. Aż na nowo zapragnąłem nauczyć się w końcu tego przeklętego hiszpańskiego.

Ani myślę stroić sobie żartów z Ramony, kiedy chwyta za keytar i odstawia Dam-Funka w skumulowanej, zwartej do granic wersji. Nie wiem jak Wy, ale ja nie mogę usiedzieć w miejscu. Prawdziwy funkowy klejnot.
- Halo, policja, podoba mi się nowy wakacyjny joincik Gorillaz, czy to podchodzi pod jakiś paragraf?
- Nie, o ile to faktycznie będzie hit tegorocznego lata.
- Niestety nie widzę innej możliwości, taki calvinowski, słoneczny post-funk to wakacyjny pewniak.
- To co mi pan truje dupę w ten upał?
I jak tu żyć bez Internetu? Najbardziej utalentowany dziś zespół z okolic okołosoulowych (każdy member kręci na boku spoko rzeczy!) w klasycznym r'n'b-synth-funkowym wydaniu to leniwie lejący się miód na serca wszystkich wyczilowanych laidbackowców. Zmysłowy głos Sid, giętki bas, psychodeliczne gitki w mostku – czy może być coś lepszego na obecną aurę?

A gdybym taki mem, że funkowa Lanberry skacze z pomnika smoleńskiego w objęcia Ariany Grande, albo inaczej (oj jak gardzę), w tłum zmultiplikowanych Arian. Kto zrobi?
Kamasi znowu funduje nam solidną dawkę odprężającego, mięciutkiego jazzu dla mieszczuchów. Tym razem jednak trademarkowe gospelowe chórki i wyważone partie saksofonu wzbogacone zostają dość zaskakującym, herbiehancockowsko-g-funkowym basem. Jazzowy poptymizm z górnej półki.