Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Blackgaze'owcy z Kalifornii wpuszczają do swojej metalowej klatki zakochanego we wczesnym Built to Spill kanarka. Dwunastominutowa, żwawa eskapada wprost w pluszową, beachouse'ową czeluść. Uwaga, jeśli wytrwacie do końca tej efektownej, wielokrotnie złożonej epopei (mi udało się z trzy razy, więc nie jest to jakieś szczególnie trudne wyzwanie), to czeka Was plot twist, zderzenie ze środkiem wyrazu, z którego Deafheaven chyba jeszcze nigdy nie korzystali.
Mam już trochę zsiniałe usta od wyczekiwania na Tommy’ego. A po tej mrocznej, zostawiającej za sobą smugę twinpeaksowego cienia trawestacji twórczości Sally Shapiro to już zupełnie nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Może po prostu lepiej się zamknę i włączę sobie kolejny raz świetne “Blue Girl”, Wam również to polecam.

Zabrakło bengerów na nowej Tinashe i wszyscy tego żałujemy, bo przecież "All Hands On Deck" czy "2 On" to już klasyki; no ale ten kawałek to choć trochę rekompensuje – niby takie nic, a jak siądzie, to nie wyjdzie (tacy ludzie też są), co jest zasługą głosów obu pań (Yukimi Nagano) i przyjemnego basu; latało u mnie na pętli kilka tygodni temu.
Coś tam wiesz, czyli nie wiesz; nowy album Pushy otwiera "If You Know, You Know" i już wiesz, że nie wiesz, że jak typ rapuje "we all clickin' like Golden State", to gra w innej lidze i LeBron może mu skoczyć, ale dla mnie jednak najfajniejszy dżoint na całej płytce to uliczno-klubowy "The Games We Play": niby prosty bit Ye, ale przecież smaczek za smaczkiem i chociaż Kanye sampluje funkowy numer Bookera Averhearta, to słychać w tym raczej bluesa znad Mississipi, a u samego Pushy słychać to, co ma być słychać, nie? We don't need a globe to show you the world is ours.
Sting o seksie tantrycznym [memy]; inszallach [bojaźń i drżenie]; Lolo Zouaï [kalokagatia]; "Desert Rose" [albo-albo]; Lolo Zouaï to najfajniejsza wariatka w tej grze i choć lepiej, jak śpiewa o randkach i emenemsach albo o dwubiegunówce, to ta „wyznaniowa” piosenka mnie jednak rusza, może dlatego, że przez ostatnie lata czytałem głównie o Bliskim Wschodzie, może dlatego że lubię Ziemię Ulro [to też o wykorzenieniu], a może po prostu dlatego, że to nadal najfajniejsza wariatka w grze i ściskam kciuki.

Niestety nowy album Cudiego okazał się dla mnie pewnego rodzaju rozczarowaniem, oczywiście jest to płyta na niezłym poziomie, ale w porównaniu z Pushą T i Westem to druga liga. Niemniej i na KSG są utwory, które świecą własnym, oryginalnym blaskiem na nieboskłonie dzisiejszego rapu. Szczególnie minimalistyczne, nokturnowe nagranie tytułowe zasługuje tu na słowa pochwały. Zawsze gdy wrzucam tego psychodelika, to widzę martwych ludzi i nie mam nic przeciwko.
Szwedzki producent o węgierskich korzeniach swoim nowym, cieplutkim house-szlagierem usytuowanym na mało wybrednym, mechanicznym fundamencie najwyraźniej celuje w przebój lata wśród fanów niszowej elektroniki. Carpik, Kornél, dwa bratanki, i do tańca, i do szklanki.
A już myślałem, że "Accelerate" będzie jedynym udanym singlem na comebacku Aguilery. Na szczęście się pomyliłem, bo najświeższa, wyprodukowana przez Andersona Paaka. propozycja Christiny to istne tour de force pociętego, konturowo uhouse’owionego synth-r'n'b-popu z domieszką hip-hopowych patentów. Mainstreamowe granie w najlepszym wydaniu.