Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.

Pytacie w listach, gdzie to cholerne Arctic Monkeys. Szczerze, to daleko od sfery moich zainteresowań, ale już odpaliłem tę nową płytę, żebyście nie zawracali mi gitary. I wiecie co? Nawet specjalnie nie żałuję tych 40 minut, jednak wracać nie będę, no ewentualnie do glamrockowego, nieco teatralnego “Golden Trunks” z wrzynającym się w pamięć chropowatym riffem. Może to jedynie Bowie czy inny T. Rex w krzywym zwierciadle, ale jak to wrze.
Debiut Sophie to queerowe, kiczowate połączenie popowej ironiczności PC Music z brutalizmem Amnesia Scanner. Mam na tej płycie kilku faworytów, ale mój typ do listy mógł być tylko jeden, spójrzcie na grafikę w tle fanpeja. "Immaterial" to najbardziej przebojowy, przyswajalny moment na tym albumie, a zarazem interesująca polemika z hitem Madonny. Afirmatywna muzyka, przy której wszystko wydaje się możliwe.
Pora na coś bardziej obskurnego, na muzykę dla wtajemniczonych, elitarystyczne gówno. Jacob Allen z południowego Londynu w "Moon Undah Water" odnajduje w sobie wewnętrznego Kinga Krule'a skoligaconego z braćmi Aged. Rzutki jazz-pop wywrócony na drugą stronę. Czysty, nieodkryty talent.
Przepraszam, ale który mamy rok, że Pharrell jest tak zawalony robotą? Bo wiecie, to taki utwór, że od razu wiadomo, kto za nim stoi, kto pociąga za sznurki. Tylko dość nieoczekiwanie jest to bardziej taki plemienny clipsiak niż typowy, instant przebojowy pop, do którego przyzwyczaiła nas Arianka. Tak właśnie wygląda mainstreamowe zaklinanie lepszych dni.
Bardzo zgrabny, wakacyjny pop-house zaserwowała nam tu Ptakova. Taneczna, dopaminowa odtrutka na kaca po wczorajszym meczu. Teraz Polska!
Najbardziej eksperymentalny numer w karierze Rossa z Przyjaciół, którego nietypowa, labiryntowa architektura dźwiękowa wprawia w osłupienie. Brzmi to wszystko jakby w drugim pokoju odbywała się jakaś obłąkana, narkotyczna potańcówka dla robotów na skraju załamania nerwowego. Przysłuchujcie się z uwagą.

Klasyczny, wspominkowy Tedzik sprzed gimbazowej lobotomii (nie żebym miał mu ją jakoś bardzo za złe, bo przyniosła ona sporo absurdalnych, pojebanie wkręcających się numerów) na wyszlifowanym na połysk klawiszowym bicie. Szczególnie refren z krzykliwymi, euforycznymi wokalami w tle jest tu godny zapamiętania, a jeszcze bardziej ripitu. Nie bądź hejter pleja, polub Jacka.
Mogłoby się wydawać, że to kolejny gustowny numer Unknown Mortal Orchestra, ale nie, bo to najnowsza, wysublimowana propozycja nadziei psych-r'n'b-popu. Zresztą co ja się będę nadmiernie produkował, przecież i tak wszyscy czekają teraz na mecz, zapewne z podobnym utęsknieniem jak MorMor na ciepło.