Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Niemcy odpadają z Mundialu już w fazie grupowej, to rzeczywiście coś nowego. Trzeba jakoś uczcić tę wiekopomną chwilę, porcja funkującego k-popu wydaje się wprost stworzona do takich sytuacji. Skoczna, optymistyczna muzyka w służbie schadenfreude.
Propsowana przez Iggy'ego Popa japońska songwriterka z Nowego Jorku przestawia rockistowski semafor i wprowadza swój pianinowy, smutnawy indie-pop na żwawe, dyskotekowe tory. Liczę, że w tym przypadku końcową stacją będzie czołówka listy Carpigiani, ale nikt nie wie, jak będzie.
Najlepszy producent w historii komercyjnego popu znowu wyczarowuje piękny, autoreferencyjny bicik, którego nie mogę wyrzucić z głowy. Tak więc Carterowie wożą się nie tylko na trapowych patentach (ja tak o tym myślę, męczybuły), ale też na plecach wiecznie młodego Pharrella. W to mi graj (szczególnie wieczorową porą), choć słuchać płyty w całości więcej niż raz raczej nie polecam.
Niestety mam sporo zarzutów względem comebacku GGD. Po pierwsze, to bardzo estetyczne, ale jednak flaki z olejem, po drugie, utwór tytułowy ciągnie się w nieskończoność, a po trzecie, interludia dodatkowo rozwadniają strukturę albumu. Na szczęście w całym tym gąszczu zawiedzionych nadziei i ostentacyjnej beztreściowości znalazły się dwa wybitne osiągnięcia, a konkretnie wzmiankowane już tu wcześniej "Lotus" i tropikalnie krautrockowe (circa wczesny Kraftwerk), orzeźwiające niczym limonkowy sorbet na skwarnej, karaibskiej plaży "Too Much, Too Soon". Zatem rzućcie wszystko (a zwłaszcza słuchanie pozostałych tracków z Kazuashity) i delektujcie się tym czystym, niczym nieskalanym pięknem.
Co prawda były już na liście dwa dobre utwory Puszatego z Daytony, ale wydaje mi się, że to właśnie epileptyczne, yeezusowe "If You Know You Know" ma największą siłę rażenia i zostanie z nami na lata. Ten odjazdowy, pociachany podkład w połączeniu z charyzmatyczną, surową nawijką to prawdziwy ogień, wy to wiecie i ja to wiem.
Kończymy soulful rapem z Manchesteru. Spędziłem tam kiedyś całe wakacje robiąc kanapki dla linii lotniczych. Czego się nie robi żeby kupić pierwszego Technicsa 1200? Anyways, posłuchajcie tych ziomali i dodajcie do kalendarza 13 lipca - premierę ich albumu Travel Light. Over and out.
Syclops wraca z prawdziwym dzikusem. "Where's Jason K" to jeden z moich ulubionych dancefloor classics. "Skipper" może klasykiem nie będzie, ale na pewno zawojuje wiele parkietów w te wakacje. Ta melodia jest tak "silly", że uzależnia. Polecam cały album Pink Eye.
Zaczynamy od bassu! Martijn (podobno tak to się czyta) wrócił z nowym (piątym) albumem na Ostgut Ton. Pionier muzyki kiedyś nazywanej "Future Bass". Mój faworyt od czasów albumu "Great Lenghts", który zalałem piwem i podeptałem w 2010 supportując Deadbeata w Eskulapie 😞 Smutna historia. Muzyka też niezbyt wesoła, ale na pewno nie pozbawiona emocji. "Voids Two" to utwór zamykający album. Mroczny bassline, loop wokalny i synthy prosto ze snu. Idealne na początek tego burego tygodnia. Let's go!
Dziewiętnastoletnia Lindsey Jordan pozytywnie mnie zaskoczyła na swoim studyjnym debiucie. Myślałem, że będą to jakieś mało zajmujące, najntisowe gitarki, a tu nie do końca, bo ta nastolatka z Maryland pokazuje spory potencjał songwriterski. "Heat Wave" to wakacyjne, coming-upowe dylematy i wątpliwości zgrabnie opakowane w bezpretensjonalny, wyrazisty indie rock z power-popowymi mazajami. W zalewie niezalowej przeciętności Snail Mail prezentuje się naprawdę przyzwoicie, sprawdźcie też bartosiewiczowskie "Golden Dream".