Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
W cholerę utalentowany ten młodzian z Norwegii. Każdy jego ostatni utwór to wysublimowany, indie-popowy strzał między oczy fanów Maca DeMarco, choć Nicolas jest coraz bliżej wykucia własnego stylu. Chore uczucie, kiedy niezal z Europy jest lepszy od tego amerykańskiego.
Nie byłam pewna jaki utwór wybrać jako ostatni. Rozważałam kilka opcji ale chciałam by każdy z trzech utworów różnił się od siebie znacząco. Padło na "Livid" do którego możecie się zakochać na jedną noc i zapomnieć na ten moment o reszcie świata. Być może znacie ją jako Elizę Doolittle która kiedyś śpiewała popowe piosenki a nawet zdarzyło jej się raz zagościć na albumie Disclosure śpiewając "You And Me" (prawdopodobnie lepiej znane w remiksie Flume). Teraz (już tylko jako) Eliza przeszła niemałą metamorfozę i wyszło jej to w 100% na dobre.
Co prawda Pride month skończył się w zeszłym tygodniu, a Tessa Thompson potwierdziła spekulacje o związku z Janelle Monae #yournewfavouritecouplealert. "Make Me Feel" bez cienia wątpliwości jest ukłonem w stronę dziedzictwa Prince’a. Prawdę mówiąc niewielu artystów naszego pokolenia może sobie pozwolić na tak oczywistą inspirację Purple One bez stania się tylko jego gorszą kopią. Janelle robi to według mnie mistrzowsko.
Miałam okazję współpracować z Kwaye, który okazał się być moim ulubionym kolaboratorem do tej pory. Zarówno jego głos jak i melodie są bardzo ponadczasowe. "I Go" jest jednym z moich ulubionych utworów Kwaye. Wokalne synkopy rytmiczne w drugiej zwrotce są tak genialne jak u pierwszoligowych raperów. Za to refren i hook nie wypadną wam z głowy przez jakiś czas.
Gorzkie lody to swoisty oksymoron, ale i AlaZaStary są pewnego rodzaju oksymoronem w polskim popie, bo każda ich piosenka to mała słodycz. Tym razem duet jest w wakacyjnych nastrojach i z typową dla siebie gracją wysyła w świat juniorboysową pocztówkę pełną słońca. Zamawiam trzy gałki i proszę o więcej.
Wow, ale energetyczny, house'owy pocisk, taki trochę w typie słynnego "Overpowered". Ewidentnie współpraca Róisín z legendarnym mistrzem konsolety Maurice’em Fultonem nabiera klubowych rumieńców. Parkietowe harce do białego rana albo śmierć pośród nudnych balladziarzy.
Londyński producent rozświetla ciepłą letnią noc blaskiem bardzo kojącego, karaibsko taktowanego house’u nienachalnie odsyłającego do twórczości Janet Jackson. Ptaszki ćwierkają, blue curacao leniwie się sączy, odprężający, orbitujący wokół soki (chyba tak się to odmienia, no nie?) bit płynie, czyż to nie wymarzony scenariusz pod grę wstępną? A może to tylko majaki z samotności w gasnącym świetle miasta?
Całkiem intrygująca, pozbawiona futurystycznych pretensji zapowiedź albumu Louisa z KNOWER w barwach Brianfeedera. Ten bogaty harmonicznie jazz-synth-funk-pop z thundercatowskim basem to świetny sposób na zapomnienie o rozczarowującej, nieprzystającej do wyobrażeń codzienności albo po prostu bardzo dobry utwór.
Kolega w oczekiwaniu na sofomora Sivana nie śpi po nocach. Ja w sumie też jestem ciekaw, co tam zmajstruje nowa ikona ruchu LGBT. Tym bardziej, że jego najnowszy utwór z Arianą to przykład nowoczesnego, nostalgicznego popu, którym nie pogardziłbym na radiowej rotacji. Trochę "One Dance" Drake'a, co nie?
Trochę się naczekaliśmy na nową płytę w kolekcji najważniejszego projektu chicagowskiego maga elektroniki Larry'ego Hearda, ale chyba było warto, bo to wytworne, deep house'owe dzieło. Ciekawe, że Celebral Hemispheres podzielone jest na dwie części, jedną kawiarniano-lounge'ującą, drugą mroczno-klubową. I właśnie z tego pierwszego zbioru najbliższe mojemu sercu jest "Full Moon", w którym Sade gra house’ową suitę w świetle księżyca. Jeśli to jest muzyka do windy, to mógłbym z niej nie wychodzić z tydzień.