Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Najnowsza, nieco mgławicowa propozycja Adiego brzmi jak zwiastun powrotu chillwave’u w cukierkowym Lechistanie. To wakacyjny, nabrzmiały od treści trip, po którym stracisz grunt pod nogami i będziesz prosił o więcej. Post-discopolowy, sochaczewski sound to coś, o czym nie wiedziałeś, że śniłeś.
Rome na kalejdoskopowym disco-funkowym bicie Chaza Bundicka? Chyba do kogoś uśmiechnęła się tu taneczna fortuna, a już na pewno do DJ Carpigianiego, który nagania blurby zamiast stać w kolejce po piwo na Openerze. Ale to teraz nieistotne, bo od nadpobudliwego "Hoodrich Disco" w głowie kręci mu się jak po kilku.
Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę z tego, że J Balvin to wielka międzynarodowa gwiazda, ten kolumbijski specjalista od wielowektorowego reggaetonu wykręca jakieś niewyobrażalne ilości odsłon. Ale niech mu się wiedzie, skoro wypuszcza tak świetne, latynoskie numery jak “Tu Verdad”. Jeśli więc wzorem DJ Carpigianiego chcecie przenieść się do wyczilowanego, micro-post-dancehallowego świata w samym środku Medellin, to zapraszam do odsłuchu, najlepiej kilkukrotnego.
Koniec z graniem post-country w lasach Montany, czas na wylegiwanie się na piaszczystej plaży. Nie jest to być może szczyt możliwości (patrząc całościowo) Justina, ale chyba jeszcze nikomu nie zaszkodził dobrze zaprojektowany, usoulowiony tropical house, zwłaszcza na początku upalnego lipca. Tak że proszę mi się tu zbytnio nie krzywić, bo tak, a nie inaczej brzmi lato w pełnej krasie.
Wszystko wskazuje na to, że kanye'owski projekt Wyoming wykreował nową, mainstreamową gwiazdę, a przynajmniej postać wyraźnie aspirującą do tego miana. Danielle, która popisywała się wokalnie w patchworkowym "Ghost Town" na solowej ścieżce kariery także pokazuje swój spory talent, umiejętność łączenia trapowych inklinacji z depresyjnym, downtempowym wajbem. Bipolarne, mierzące się problemem samotności “I Laugh... “ ma w sobie coś z młodego Drake'a, i to tylko te dobre rzeczy.

Na początku miałem małe zastrzeżenia wobec tego dziwnego letniaka, ale z czasem doceniłem tę nieco eksperymentalną, post-reagge’ową (zwłaszcza jak wchodzi Camila) nutkę. W końcu nie samym martini z limonką człowiek żyje, czasem warto potańczyć przy kieliszku orzeźwiającej sangrii.
Tajemniczy, portugalski DJ rzuca na żer otępiałego od parkietowej gorączki tłumu plemienny, a zarazem skłaniający do refleksji nad przemijaniem house. Błogie, relaksujące "Fronteiras" składa niewysłowioną obietnicę, że wszystko będzie dobrze, przynajmniej przez najbliższe cztery i pół minuty.

Charli jest w tym roku bardzo płodna artystycznie, z taśmy produkcyjnej zjeżdża utwór za utworem, featuring za featuringiem. Mógłbym na to kręcić nosem, ale zbytnio się do tego nie palę, bo jej propozycje w większości przypadków to wysokojakościowy pop. Earwormowe, ogrzewające się blasku pcmusicowej formuły "No Angel" to również rzecz z górnej, okołomainstreamowej półki.