Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Najpopularniejszy w tej chwili rapowy boysband wśród rymowców przywdziewa szaty królewskiego duetu z południa, czyli nieodżałowanego Outkast. Macie do spalenia grubego bata w upalne lipcowe popołudnie? To wpisujcie się na listę zajawkowiczów trupy Kevina Abstracta.
Nie jest to już towar pierwszej świeźości, jednak musiałem o nim wspomnieć, żeby nie utkwił na mieliźnie zbiorowej niepamięci. A do tego nie mógłbym dopuścić, bo to micro-synth-funk-soulowa kometa o dziwacznej trajektorii, która brzmi jak efekt podejrzanych machinacji Akufena w r’n’bowej strukturze. Ale tak naprawdę nie trzeba tu żadnego Marca Leclaira z Montrealu, wystarczy sam magiczny dotyk Moodymanna.
Ja podobnie jak Taconafide nie zajmuję stanowiska w sprawie wolnych sądów, ale z chęcią napomknę o nowym kawałku inkarnacji Kurta Heasleya z Kostaryki. Jorge Elbrecht tym razem wyciąga ze swojej legendarnej songwriterskiej sokowirówki miękkiego, psych-popowego letniaczka, który w niczym nie przypomina twórczości Ryszarda Rynkowskiego.

George jak szalony czerpie z muzycznego dorobku lat dziewięćdziesiątych. Gość nie ma za grosz wstydu, ale na szczęście talentu do łączenia różnorakich nitek w okazały ścieg pod dostatkiem. W przypadku “Dumb” mamy do czynienia z bardzo udaną wypadkową szugejzowej mgiełki spod znaku MBV, indierockowej, leniwej melorecytacji z okolic Pavementu (0:53), a nawet odrobiny madchesteru. To wcale nie jest takie głupie połączenie, a nawet wręcz przeciwnie.

Członek hewrańskiego konglomeratu opiewa swoim retardowym, narkotycznym flow uroki znienawidzonego przez wszystkich ogólnych ludzi poniedziałku na hipnagogicznym, kosmologicznym bicie vvaltza, którego to typka możecie kojarzyć z kooperatywy z MFC. Może nie ma się czym specjalnie chwalić, ale u mnie ten soniczny, autotune'owy dzień Don Poldona kręci się na pętli od kilku godzin. Coś mi jednak mówi, że w tych okolicznościach przyrody prędzej zobaczę fluorescencyjnego jednorożca niż mońce w kiermanie.
Post-discowe wzbogacone smugami synth-funku "Better" to prawdopodobnie najbardziej radosny utwór w dość skromnym katalogu (który jednak rozrasta się w zatrważającym tempie) bostońskiej pupilki internetów. Znakomity, bezpretensjonalny soundtrack do wylegiwania się przy basenie i sączenia fikuśnych drinków. Clairo z każdym kolejnym numerem stara się być lepsza i muszę przyznać, że współpraca z SG Lewisem to krok w dobrą, klawiszową stronę.
Jedyna prawdziwa syrena w dzisiejszym popie łamanym na rap (doceniam ostatnie mermaidskie starania Minaj, ale to nie to) szuka obsypanej kosztownościami wyspy skarbów i znajduje ją w efektownym, house-r'n'b-popowym refrenie, który błyszczy jak miliony monet. Krnąbrna panna Banks znowu otwiera bangerowy sezam, bądźcie zatem jak Scrooge McDuck i korzystajcie z dobrodziejstwa tego przebojowego inwentarza.
Teraz na przełamanie wakacyjnej, beztroskiej konwencji trochę egzaltowanego mazgajenia się z klasą. Ten teatralny, melodramatyczny art-pop sytuuje się blisko performansów wokalnych Anhoni na bardziej konwencjonalnym niż zazwyczaj bicie Jamesa Blake'a. Posłuchajcie tego anielskiego chorusa zanim na krzywego zsampluje go Kanye.