Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Jack Tatum tym razem wyskakuje z kunsztownym, podszytym wajbem lat osiemdziesiątych synthwave'em wyprodukowanym z wielkim pietyzmem (selektywność!) przez niezwykle zapracowanego ostatnio Jorge Elbrechta. Egzystencjalny smutek zaklęty w songwriterskim krysztale.

Na początek małe wyznanie, rzadko kiedy irytuję mnie wokal w muzyce, ale akurat zmanieryzowany głos Seana zawsze trochę działa mi na nerwy, zwłaszcza w pozbawionych bitu, smutnych balladach. Jednak w ejtisowym, funkowo zorientowanym w drugiej części "Splash" zupełnie nie zwracam uwagi na ten mankament, tylko chłonę całym sobą dopływ synth-popowej, hynesowskiej dopaminy do poptymistycznego mózgu. Jeśli nie poczujecie tego chociaż przez chwilę, to możecie składać zażalenia do wyższej instancji.
Halko, Beyonce, czy to ty? Nie, to powracająca z trzyletniego urlopu roztańczona, zdeterminowana księżniczka crunk&b. Przyznam, że trochę smutno było mi bez niej na popowej scenie, ale teraz już jest i to ze świetnym, zmechanizowanym r'n'b pod ręką. Wskoczcie zatem z Ciarą na wyższy level.
Katja z Moskwy naśladuje Steve'a Reicha i wychodzi z tego obronną ręką, co udaje się naprawdę niewielu (CFCF też jest dobry w te klocki). Owszem, artystowski minimalizm na Carpigiani to nieco karkołomny wybór, ale nic nie poradzę na to, że urzekło mnie dyskretne piękno tej kompozycji. Mam nikłą nadzieję, że Wy też je dostrzeżecie.
Na nowej płycie Deafheaven metalu ostało się już stosunkowo niewiele, ale na szczęście goście mają na tyle talentu do tworzenia ciekawych kompozycji, że w niczym nie ucierpiały na tym ich kawałki. I właśnie delikatny, oparty w głównej mierze na szlachetnych pasażach fortepianu opener tego LP chyba najlepiej obrazuje dość nietypową drogę ku jasności, jaką pokonali niegdysiejsi apostołowie blackgaze'u. Zbyt popowi dla słuchaczy metalu, zbyt metalowi dla apologetów popu, czy może być lepszy komplement?
Tak ładniutkie, mainstreamowe r'n'b to ja kupuję bez zmrużenia okiem. Kiedy ktoś wykłada na ladę taki najntisowy, nienachalnie funkujący joint z fruwającym, the-dreamowskim refrenem, odruchowo sięgam po mój poptymistyczny portfel. Tak że śpiewajcie mi tu pięknie i bierzcie moją kasę.
Kolejny chilloutowy, post-funkowy preview wychodzącego już w najbliższy piątek longpleja Internetów, a przy okazji przystępny wykład z historii soulu i okolic, bowiem mamy tu trochę z EW&F, trochę z Jamiroquai, nieco z Pharrella (bridge!), a na dodatek Syd momentami brzmi jak Erykah Badu. Nie wiem jak Wy, ale ja daję na ripit i czekam na Hive Mind.
#JEZUCHRYSTE, Kubi, ale dałeś mistrzowskiego, psych-trapowego bita, którego nie powstydziłby się sam Mike Will Made It. Żabson z Multim też postradali tu zmysły i przepoczwarzyli się w polskich Rae Sremmurd. Mówicie, że chyba sufit zwalił mi się na łeb? Nieważne, bo ja lecę nad Waszymi narzekaniami jak Superman.