SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Molesta: Skandal 010Molesta
Skandal
[1998, B.E.A.T.]

Najprężniej rozwijająca się w kraju w końcówce lat dziewięćdziesiątych warszawska scena potrzebowała krążka kodyfikującego dotychczasowe szczytowe osiągnięcia lokalnych amatorów-emce. Ktoś w końcu musiał poprowadzić przez życie całe hordy osiedlowych prawilniaków i wyłuszczać im moralne prawdy objawione. I tutaj, w odpowiednim momencie pojawiają się: Vienio, Włodi i Kacza, którzy do przekazania mieli dokładnie tyle, ile powiedzieć było trzeba. Przestrogi i groźby, przykazania i porady, nienawiść do policji, obijanie mord, uwodzenie sztuk (czułym do ucha szeptaniem KOBIECINO), no i oczywiście jaranie. Na Skandalu Zjednoczeni Hustlerzy z Ursynowa robili to wszystko. Gdzieniegdzie magicznie i chwytając za serce, innym razem surowo, dosadnie i nie unikając śmieszności, co tylko wzmacniało autentyczność przekazu.

Odnaleźć można tu bogaty wachlarz uniwersalnych przeżyć oraz wskazane, zgodne z ulicznym kodeksem, wzorcowe modele postępowania w określonych sytuacjach. Mamy niemal dekalog pożądanych zachowań w kwestii kontaktów z trawką narkotyczną: "Pamiętaj zawsze jest warto poczęstować / No bo po co jest towar po kiermanach chować / Takie zachowanie może spowodować / Złe wibracje ogólną frustrację / Zawsze musisz dbać o własną reputację / Więc, nabij fifkę i puść ją w obieg". W ogóle temat jarania to taka osnowa Skandalu. Na jej tle rozgrywa się anty-policyjny storytelling "28.09.97" z legendarną zwrotką Wilka kojarzonego później z działalności w Hemp Gru, malujący obraz szarej codzienności blokowisk hymn "Wiedziałem, Że Tak Będzie" okraszony czarnobiałym klipem, wznoszący peany na część marihuany "Wole Się Nastukać", czy wreszcie traktujący o kontaktach damsko-męskich "Sztuki". Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że ta płyta w wielu przypadkach formowała kręgosłup moralny słuchaczy. Wystarczy spojrzeć: ręką rękę myje, pamiętaj komu ufasz, wszystkie wersy w "Szacunku" oraz "Osiedlowych Akcjach". Ciekawostkę stanowi cechujący się hedonizmem quasi-g-funk w "Się Żyje".

Docenić należy również Volta. Legendarny promotor kultury hip-hop nie ograniczył się bowiem do podstawowych, niekoniecznie rozbudowanych beatów, a romansował z niebanalnymi samplami – Krzesimirem Dębskim i String Connection, Jerzym Matuszewskim, a także Dire Straits plus Mayfieldem. Ta płyta to jedno z życiowych osiągnięć stołecznego DJ-a oraz pomost łączący wszystkie odmiany współczesnego polskiego rapu. Skandal followupują zarówno truskule, ulicznicy, inteligencka frakcja, a nawet stricte niuskulowe składy. Tu nie chodziło o doskonałość na płaszczyźnie technicznych rymów, czy flow, ale o klimat. Zamknięty w osiedlach wszechświat zawsze nastukanej Klimy, jak zdjęcia ze studniówki, będziemy jeszcze nie raz wspominać z łezką w oku. –Witold Tyczka & Jacek Kinowski

posłuchaj
Pure Porcys: Molesta: Skandal


Zbigniew Seifert: Man Of The Light 009Zbigniew Seifert
Man Of The Light
[1976, MPS]

Umieranie jest otoczone swoistym tabu. Wcale nie śmierć – ją oswoiliśmy, odartą niemal całkowicie z jakiegokolwiek znaczenia egzystencjalnego, społecznego czy eschatologicznego. Ustanie czynności życiowych zdarza się na ekranach telewizorów codziennie, a po drugiej stronie przecież i tak niczego nie ma. Tym, z czym mamy problem, jest właśnie umieranie – proces rozłożony w czasie, czasem długotrwały. Umiera się na oddziałach opieki paliatywnej, w samotności, prywatnie. Tak bardzo, że nie potrafimy już nadać temu żadnego sensu – to odrętwiałe oczekiwanie na koniec, wyjałowione doświadczenie porażki, którego wolelibyśmy uniknąć, nawet za cenę zbycia się pierwotnego instynktu samozachowawczego. Eutanazja to przecież nie sposób na ucieczkę od bólu, tylko sposób na ucieczkę od poczucia bezsensu. Skonfrontowani z tykającym zegarem jakiejś śmiertelnej choroby, wszyscy czulibyśmy się jednakowo zagubieni. Bo co byście zrobili, gdybyście wiedzieli, że zostało Wam co najwyżej kilka lat życia? Pojechali do Vegas, zaczęli produkować metaamfetaminę? Popkultura nie dostarcza nam zbyt wielu wzorców.

Zbigniew Seifert zadebiutował jako lider swym najwybitniejszym arcydziełem zaledwie kilka miesięcy po tym, jak dowiedział się, że rak toczący jego płuca jest złośliwy i nie daje dobrych rokowań. Mimo że to Passion było jego osobistym pożegnaniem, nie sposób interpretować Man Of The Light w oderwaniu od dramatu jego twórcy. Seifert skoncentrował się na tym albumie na swojej idée fixe, którą była transpozycja modalnych technik Johna Coltrane'a na skrzypce. Jako wykształcony i doświadczony saksofonista, rozumiejący autora A Love Supreme jak mało kto, doprowadził te karkołomne eksperymenty do perfekcji, na dobrą sprawę tworząc nowy, unikatowy styl w jazzie. Coltrane'owską spirytualną ekstazę uzupełnił o europejskie wyważenie i ludową melodykę, wyraźną na przykład w przepięknym, wzruszającym swą czułością "Love In The Garden". Jego granie, obok technicznej i formalnej wirtuozerii, cechowało się niespotykaną emocjonalnością, rozpiętą między swadną energią openera i trwożną melancholią "Stillness", a swój punkt kulminacyjny osiągającą na "Turbulent Ployer", gdzie Seifert wraz z Joachimem Kühnem wykreowali rodzaj intensywnego, duchowego katharsis.

Paradoksalnie, Man Of The Light jest wielkim tryumfem życia. Seifert walczy heroicznie każdą frazą – zapewne z czasem, o majestat swego człowieczeństwa, stawiając sobie pomnik trwalszy od spiżu. I choć to album zadedykowany wybitnemu pianiście McCoyowi Tynerowi, trudno oprzeć się wrażeniu, że to Zbig we własnej osobie jest tytułowym Człowiekiem Światła, który swą muzyką przynosi poruszający, głęboki humanizm. –Krzysztof Michalak

posłuchaj


Papa Dance: Papa Dance 008Papa Dance
Papa Dance
[1985, Savitor]

Dystopia okoliczności, w której niefortunnie przyszło debiutować Papsom oraz jej nieubłagana hermetyczność względem funkcjonujących na Zachodzie, osadzonych dla większości w mydlanej bańce prawideł, jest ostatnią możliwą rzeczą do podważenia. Zmierzch PRL-u prawomocnie nastąpił dopiero kilka lat po omawianym fakcie, łatwo więc pokusić się o spostrzeżenie, że państwo charakteryzowało się wtedy kompletną degradacją na każdym poziomie organizacji społeczeństwa: politycznym, kulturowym, zawodowym, samorządowym lub jakimkolwiek innym. Jeżeli ktoś jednak sądził, że szanse i nadzieje na spreparowanie czegoś ponad przeciętność zostały raz na zawsze pogrzebane, to w sukurs przychodzi jeden z największych (a ręczę, że było ich bez liku!), przełomowy dla kształtów dzisiejszej popkultury paradoksów tej formacji – w tak niechlubnie okrojonych z cienia perspektyw czasach, z ograniczonym dostępem do technologii produkcji napędzającej cały europejski przemysł muzyczny, w miejscu uosabiającym kolebkę zatęchłej świadomości recenzentów, gdzie melodie nastoletnich rozterek nie miały najmniejszych szans w potyczce z zadziornymi obyczajowo tuzami rocka czy szlachetnością jazzmanów, Wesołowskiemu i Zabrodzkiemu wbrew wszystkiemu i tak udało się osiągnąć status kreatorów najcelniejszej rodzimej adaptacji new-romantikowej stylistyki lat osiemdziesiątych z całym jej dobrodziejstwem inwentarza.

Ta fantastyczna dwoistość narracji nie pozostawia złudzeń. Z jednej strony nie ma tutaj szczątków oporu w duchowej dekonstrukcji najbardziej flagowych elementów z dorobku Duran Duran, ABC czy Human League, z drugiej zaś inkorporacja do całości setek pieczołowicie przefaksowanych przez indywidualny system aranżacyjny motywów jest rzeczą, która w pierwszej kolejności zasługuje na osobną wzmiankę. I chociaż spółka kompozytorska Wesołowski/Zabrodzki jeszcze przed narodzinami Papa Dance antycypowała nieposkromione wymiatanie w materii songwritingu (powiązania z Lady Pank, 2+1, Frankiem Kimono i Akademii Pana Kleksa), to dopiero prace nad Papa Dance pozwoliły puścić w powszechny obieg namacalny dowód tego, z jak ogromnym formatem powinniśmy łączyć te dwie postaci.

Elektryzująca własność Papa Dance tkwi w szczególnym obchodzeniu się z formułą piosenkową: strukturą akordowo-melodyczną i wielowątkowością estetyki brzmienia. Wymigam się od konieczności świrowania filozofa jak Eldoka, bo temat tego albumu został już wyeksploatowany wzdłuż i wszerz, do góry i na dół. Wspomnę tylko, że główna linia kompozycyjna oparta została w myśl cyfrowo zaprogramowanego formalizmu, ukierunkowanego na minimalizację władanym instrumentarium, fabryczną redukcję aranżacji, produkcyjną surowość, a także eksponowanie skondensowanych porcji melodii w każdej wolnej przestrzeni akustycznej i przy każdej możliwej sekundzie. Od początku do końca słychać to wręcz podręcznikowo: niewielkim nakładem wydestylowana została sekwencja bezpretensjonalnie chwytliwych, momentami przesiąkniętych gorzkim posmakiem fragmentów wprost na melanż czy wieczorną zadumę. Schematy rytmiczne i budowanie napięcia w mostku "Tatuowanej Róży" do dziś przyprawiają mnie o ciarki, przenikliwość wprowadzenia, z pozoru zupełnie nie pasującego do reszty, funkującego groove'u linii basu w "Kamikadze Wróć!" to materiał na bezlitosne spędzanie wielu nocy z powiek, z kolei syntezatorowe harmonie w schizofrenicznym "Kanale X-0-2" do gruntu nie pozostawiają wątpliwości, w jaki sposób powinno się obchodzić z tym instrumentem, melancholia "Panoramy Tatr" bezceremonialnie zdziera z człowieka każde pasmo dorosłości, a lawina klawiszy w "Czy Ty Lubisz To Co Ja" czaruje swoją subtelnością jak nic innego na świecie. Wszystko to jednak w mgnieniu oka ulega pomniejszeniu do mikroskopijnych rozmiarów, gdy nadchodzi moment kulminacyjny, gwiazda wieczoru, chwila koncentrująca w sobie wrażliwość wszystkich obecnych na płycie drobin: obezwładniający chorus "Lotu Nad Wyspą". Wielka, wielka płyta. –Rafał Marek

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Czan: Samsara 007Czan
Samsara
[1999, Biodro]

Tymona zwykle wszyscy kojarzą z błyskotliwym błaznem, śmiesznym konferansjerem i charyzmatycznym parodystą – spoko. Jeśli jednak zagłębić się w jego 90s-owy dorobek fonograficzny, to odnajdziemy tam sporo argumentów "na serio" za tym, że koleś był również wybitnym artystą – i to nie tylko najzacniejszym krajowym tekściarzem. Samsara to najmocniejszy dowód w sprawie – ziszczenie niepoprawnie idealistycznego wyobrażenia pana Rysia o "bitelsowskim kwartecie" gdzie każdy CZŁONEK to najmocniejsze ogniwo: songwriter, aranżer, wizjoner... heh. "Gwizdek" ("yassowiec,z tradycji avant-rockowo-hendrixowskiej" – kuuurwa wywiady z Tymonem z tamtych lat...) na solo wieśle, "Grzesiu Nawrocki" ("ma kapelę Ego, znakomitą" – so said ówczesny RTT, przed Kobietami jeszcze) na basie i gitce, "Przemek Momot" ("trip-hopowiec, potrafi zagrać wszystko") – bębny, no i as w talii, tajna broń ekipy czyli Piotr Pawlak na produkcji ("Piotrek mówi mi 'lubię jak masz taki zjebany głos, jak tak chrypisz'" - ...). Takiż dream-team zafundowali nam tutaj koledzy. I to ma przełożenie na mroczne, niezgłębione w swojej przaśnej, polandowej, ale jednak wielowymiarowości konstrukcje, w rodzaju otwierającego tę drogę przez mękę "Karola", najlepszej pieśni o (jakimkolwiek) Papieżu ever, gdzie poza genialnymi LYRIKAMI i progresywną kompozycją, zwolnienia, przyśpieszenia i sławetne "przekwaszanie, obracanie w paśmie w ProToolsie [wtedy na rodzimym rynku pierwiosnek zagramanicznej technologii - przyp. mój]" są na porządku dziennym w funkcji budulca utworku, a transgresyjna podniosłość tematu z outro, wieńczącego ten anty-hymn, z miejsca ląduje w światowym panteonie klasik roka. Dalej, świadectwo przekonania Tymona o pewnym continuum muzyki psychodelicznej, od Beatlesów aż po najświeższe wtedy wynalazki w rodzaju Chemical Bros., elektronicznego rocka, programowania zmieszanego w hinduskimi wstawkami, rozgrywa się w wielopiętrowym "Not For Real", a poszukiwanie przejścia na drugą stronę lustra w tytułowej pieśni – zastygłym slo-corze godnym buddyjskich medytacji Low – wywołuje dreszcze. Z kolei "The Practice" to jazzowo zabarwiony strumień świadomości blues-rocka ugryzionego na art-rockowo, rozpadający się na tysiąc drobinek jak lustro w dubowej poświacie. Nic w tym zabawnego nie ma, jest za to autentyczny trans.

Tego typu "poważnych" momentów mamy tu więcej, przez koronkową kompozycję kruchego, acz dynamicznego erotyku "Piosenka Dla Marty" (mój kumpel płacze do dziś nad zmianami akordów) aż do finałowego "Identity Of Relative And Absolute" (jakby wyciętego z takiej płytki Deceit This Heat). Ale całe kuriozum i paradoks Czanu to popierdolona dwulicowość przekazu, bo na każde obrzędowe "Śmierć / Faza", gdzie yass'n'bassowy groove koresponduje z kosmicznymi piskami klawiszy, budząc przestrach małości człowieka wobec wieczności, mamy uzupełnienie w postaci Tymona śpiewającego absurdalne bzdury głosem kabaretowca – tyle, że on robi to na serio. Anegdota: pierwszy odsłuch Czanu przez redaktora MZ (w 2000 bodaj roku, na zimowych feriach w Tatrach) skończył się tak, że słuchając przy zgaszonym świetle płyty o śmierci i wschodnim odrodzeniu nagle zaczął brechtać się, jakby usłyszał kawał o srającym zającu... a to tylko RTT nuci o tym, że śmierć "zza węgła chwyci cię za kark" albo "jaaak tu żyyyć.., jak tu spaać" etc. Ja nie wiem, czy oni umierali ze śmiechu miksując tę płytę, czy raczej śmiali się ze śmierci, ale są tu obie strony medalu – jakby ostateczne zgłębienie średniowiecznie gotyckiej marności bytu i okraszenie tej konkluzji nieskrępowanym karnawałem, wybuchem komicznego rzygu wpisanego niejako w mroczny aspekt istnienia. Nikt nie zrobiłby tego lepiej, a najlepsze, wręcz transcendentalne są te momenty, kiedy dzieje się to jednocześnie – jak w kulminacyjnym "Kobiety Niestety", gdzie Tymański na lekko flamencowym podkładzie ocierającym się o kicz typu YouTube'owego "Nie, Nie Boję Się" KlejNut ("Tymon miał 30 lat kiedy odkrył, że już nie podobają mu się dziewczyny...") w ciągu niecałych dwóch minut dokonał tak niemożliwie sugestywnego podsumowania Ż A Ł O S N O Ś C I popędu seksualnego w kontekście TRAGIZMU EGZYSTENCJI, że do dziś nie ogarniam. Cóż, DŁUGO PIANĘ BY TU BIĆ, ale resztę zostawiam Wam, świadomym słuchaczom. Jeśli nie znacie, to zapodajcie i chociaż spróbujcie skumać, jak ogromny rezonans budziły w nas te nagrania na polskiej niezal-pustyni roku 1999. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Anna Jurksztowicz: Dziękuję, Nie Tańczę 006Anna Jurksztowicz
Dziękuję, Nie Tańczę
[1986, Tonpress]

Historia taka, jakich wiele: pierwszy raz z Anną Jurksztowicz zetknąłem się dzięki czołówce serialu Matki, Żony I Kochanki, którą – notabene – zapamiętałem później na długie lata, niekoniecznie zachowując wspomnienia związane z samą fabułą. Nie wydaje mi się, że ten głośny następca legendarnego W Labiryncie był propozycją nadającą się dla kilkuletniego dzieciaka, ale mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że jeśli można doszukać się w takich seansach jakichś niewłaściwości, to miały one charakter pokoleniowy. Ze sporej grupy moich znajomych ceniących dorobek Anny Jurksztowicz – mniej lub bardziej zainteresowanych muzyką popularną pod kątem historycznym – niemal wszyscy określają ten moment pierwszego zetknięcia tak samo. I niemal wszyscy dzielą te same, wspaniałe uczucie towarzyszące powtórnemu "odkrywaniu" tych samych sekwencji dźwięków, które słyszało się kilkanaście lat wcześniej; jeszcze bez zrozumienia niuansów i porywającej logiki ich progresji.

Niewątpliwie z perspektywy czasu nie można przejść obojętnie wobec zadziwiających podobieństw łączących serial Machulskiego i Zatorskiego z Jurksztowicz na wysokości Dziękuję, Nie Tańczę, pierwszego i najlepszego albumu podpisanego jej nazwiskiem. Obie pozycje – przepraszam za zwrot – stuprocentowo "polskie", jeśli chodzi o posługiwanie się przyjętymi konwencjami i zakorzenienie w kodach kulturowych, obie pomimo popularnej formy (choć z różnym rezultatem) podchodzące na poważnie do wyrażania kobiecej podmiotowości, obie artykułujące specyficzną, zawieszoną pomiędzy obietnicą błyskawicznej modernizacji, a przemijającą, nabierającą pierwsze rysy obiektu nostalgii PRL-owską wrażliwością, atmosferę wyczuwalną w powietrzu (w kinie, literaturze, muzyce) od lat 80. aż do połowy następnej dekady. I choć dzisiaj oglądając Matki, Żony I Kochanki trudno odpędzić się od wrażenia, że od całości wieje nieco naftaliną, to w kontekście telewizyjnego kiczu swojej epoki był to program niemalże przełomowy.

Tak samo gdy odświeżam sobie po raz wtóry Dziękuję, Nie Tańczę, bawi mnie wczesny, jeszcze nieporadnie używany, mieszczański etos, na dobrych kilka lat przed transformacją sięgający po kuriozalne, kapitalistyczne metafory ("Gubisz luz / Twój spada kurs", "Hej man!"), wymieszany z post-arystokratycznymi sentymentami (tu akurat najlepszym przykładem jest "Ostatnia Przedwojenna Miłość", ale to utwór, który w tym blurbie ma wyłącznie przypomnieć, że Jurksztowicz to przecież nie tylko debiut). Jest w tym związku coś więcej ponad recenzencką kliszę z gatunku "wszystko zaczęło się, gdy...", wspólny moment, punkt zbieżny, który może być wskazówką dla określenia wciąż enigmatycznej i jakby zupełnie nie pasującej do postkolonialnego obrazu polskiego popu artystki – nierzadko bardziej "zachodniej" niż zachodni oryginał (czy Madonna nagrała kiedyś coś lepszego niż "Przenikam"?), a zarazem bardziej konserwatywnej i bezpiecznej w swoich tożsamościowych wycieczkach niż swoje rówieśniczki. A tak poza tym to doskonały zestaw piosenek Krzesimira Dębskiego. Czasem tylko się zastanawiam, czy fenomen Dziękuję sprowadza się wyłącznie do tego. –Jakub Wencel

posłuchaj
Polish Songbook #1


Alex Band: The Eccentric 005Alex Band
The Eccentric
[1981, Helicon]

Była pora brzasku, wczesny ranek jednego z późnoletnich dni mijającego roku. Przemierzałem całą Warszawę z jednego końca na drugi, wracając do domu po imprezie, na której didżejowałem. Śmigałem Wisłostradą z absurdalną prędkością, a słońce ścigało się ze mną, zdeterminowane, by dotrzeć do mety jako pierwsze. Mając na tylnym siedzeniu torbę od redaktora MZ pełną kompaktów z polskim jazzem do sprawdzenia, wylosowałem z niej płytę z tajemniczą, fioletowo-czarną okładką i bez żadnych specjalnych oczekiwań zapuściłem ten – jak się miało okazać – future classic. Z początku zaskoczyła mnie podniosła, kunsztownie rozpisana introdukcja dęciaków, o znamionach lamentującej skargi a la Charlie Mingus. Wtedy jednak wkroczyły niepodrabialnie jazzowe wibracje i przyłożyły mi nóż do gardła. Zabójczy, filmowy hook gitary elektrycznej wyszedł na prowadzenie, podczas gdy w tle niestrudzony, kilkunastoosobowy zespół wtórował mu, budując na klarownych aranżach, kanonadach zapierających dech progresji i bliskich harmoniach rodem z Aja Steely Dan nieziemskie napięcie i zostawiając wyluzowane tętno Warszawy daleko przede mną. Gdy miasto stopniowo wyłaniało się z mgły, lider/dyrygent/producent Aleksander Maliszewski i grupa jego podopiecznych zaserwowali mi idealny soundtrack.

Chore pętle, które aż prosiły się o rytmiczne zsamplowanie, piorunujące współbrzmienia big bandowej sekcji dętej i przytłaczające latynoską egzotyką orkiestracje pokazywały mi drogę i nagle poczułem, że jestem bardziej pogrążony w muzyce, niż w niesamowitych widokach stolicy za oknem. Rok później przy nadal czekającym na wznowienie (patrzymy na Ciebie, zacna oficyno G.A.D.), wybornym zresztą follow-upie Straight On Maliszewski powrócił do beztroskiego, funky idiomu Pat Metheny Group i Earth, Wind & Fire, ale na zarejestrowanym w lubelskim Studio Polskiego Radia i Telewizji The Eccentric wycisnął on z ponad tuzina żywych instrumentalistów dźwięki tak perfekcyjnie zorganizowane i równo zestrojone, że mogłyby powstać już w erze samplerów i keyboardów – antycypując nowoczesny jazz przyszłości z pomocą tradycyjnych, akustycznych technologii (symptomatyczne, że w 1982 roku na łamach "Non Stopu" Mateusz Święcicki określił ten album mianem "elektronicznego rock jazzu"). Zasługujący na miejsce w światowym panteonie obok klasycznych albumów, które dopiero półtora dekady później stworzyć mieli kolesie typu Amon Tobin czy Matthew Herbert, The Eccentric to znakomity przykład na to, ile tchnień "nowobrzmieniowych" można uzyskać bez żadnego elektronicznego elementu w miksie, a za to z ogromnymi zasobami talentu. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Lech Janerka: Historia Podwodna 004Lech Janerka
Historia Podwodna
[1986, Tonpress]

Pierwszy kontakt z Lechem mi się nie udał. Pisałem o nim duży tekst do jednego z tygodników, miałem pomysł i deadline, a on zniknął. Wydzwaniałem ja, wydzwaniali jego koledzy. Nic. Po kilku dniach jeden z nich rozłożył tylko bezradnie ręce i westchnął, że pewnie znów przepadł dla świata, grając w symulator lotów.

Rozmawiałem o Janerce z innymi: muzykami, społecznikami, przyjaciółmi. Najbardziej trafiła do mnie diagnoza Waglewskiego, który powiedział: Lechu jest wątpliwy. Choć liderowi Voo Voo chodziło przede wszystkim o życiowe niezdecydowanie, które skutkuje brakiem pewności czy muzyk pojawi się w umówionym miejscu o umówionej porze (np. na koncercie), jasne jest, że ten stan odnosi się również do tekstów pisanych przez Janerkę. Co jest o tyle istotne, że w Polsce nikt nie pisze tak dobrze. A moim zdaniem, niewielu gra w ogóle w tej samej lidze.

Te jego wątpliwości objawiające się nadużywaniem słów: "może", "chyba" czy "raczej" są tym ciekawsze, im bardziej kontrastują z punkowymi riffami. Melodiami, które zazwyczaj niosą prawdy objawione i impregnowane na rozterki. Stąd niezwykłość wrocławskiego artysty, który nawet na Historii Podwodnej – swojej najbardziej wyrazistej poglądowo płycie śpiewa: "nie wiem nikt / nie wiem nikt / wygodnie jest wiedzieć / wygodniej jest iść spać". W genialnym "Jest Jak W Niebie" wydaje się już, że Janerka idzie na całość, kończąc pierwszą zwrotkę ostrym: "I więcej nie ma nic", by zaraz dopowiedzieć: "chyba, że znów ruszy front". Nawet w czasach nie dla dziewczynek, kiedy mogą strzelać i kiedy mogą bić, Janerka woli rozważać hipotezy niż głosić kazania. A może po prostu wie, że w takich chwilach jest to tym bardziej niezbędne?

Oczywiście, Historia Podwodna to nie tylko teksty. Od strony muzycznej mamy do czynienia z klausowym post-punkiem w bogatszych aranżacjach i szerszym przelotem stylistycznym. Są tu "Konstytucje" oparte na – w zasadzie – jamajskim riddimie, jest wyraźnie dubujące "Ta Zabawa Nie Jest Dla Dziewczynek", jest wszędobylski saksofon oraz, rzecz jasna, wiolonczela. Wszystko to jednak skleja się idealnie, tworząc przecież bardziej porywającą niż przegadaną płytę. No bo rzućmy tytułami: "Lola", "Jest Jak W Niebie", "Reformator". To są kawałki, przy których pod scenę wyrywają zarówno oświeceni weterani Hybryd, jak i dzieciarnia odliczająca lata do pierwszych Juwenaliów.

A teraz zestawcie te światy! Poczytajcie, do czego skaczecie! Sprawdźcie dokładnie, co nucicie pod nosem! Nie do ogarnięcia. Trochę jak z Lemem. Kilka dni temu gadałem sobie z Robem Mazurkiem, który jest znanym ekspertem w dziedzinie twórczości tegoż pisarza. Wypytywałem, co go w tym naszym Lemie najbardziej pociąga. Ostatecznie doszedł do tego, że jest to zgoda na niewiedzę. Człowiek, który pół wieku temu pisał o klonowaniu i wirtualnym świecie, żył i pisał w przeświadczeniu, że nie wszystko wiemy i jest to jak najbardziej w porządku. Moim zdaniem ta pokorna i zdystansowana postawa jest równie ciekawa w przypadku twórcy literatury science fiction, jak i u młodego punkowca. Wszak obie te role zasadzają się na wizjonerstwie. Wizjoner wątpiący dla wielu będzie wizjonerem wątpliwym. A jednak.

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączą w sobie ci dwaj geniusze. Mam na myśli połączenie takiej żywej i bardzo szczerej troski o drugiego człowieka ze wspaniałym i niemożliwym do ugaszenia poczuciem humoru. Jakiś tydzień po terminie oddania artykułu dostałem email od Janerki: "Przepraszam za moją opieszałą reakcję […] mam nadzieję, że nie zrujnowałem panu kariery". –Jan Błaszczak

posłuchaj


Komeda Krzysztof: Astigmatic 003Krzysztof Komeda
Astigmatic
[1966, Polskie Nagrania Muza]

Astigmatic owiana obłokiem tajemnicy. Tak jak życie Krzysztofa Komedy, którego kołysanka dla nowonarodzonego antychrysta z filmu Rosemary's Baby, trzy lata po nagraniu Astigmatic, kołysała amerykańskie kawiarnie i kluby podczas gdy w kalifornijskim condo odgrywała się mroczna rytualna rzeź na żonie twórcy tegoż filmu będącej w ostatnim stadium błogosławionego stanu. Tak jak życie Sun Ra, który mówił o nadejściu świętego kosmosu. Astygmatyzm to zaburzenie wzroku zniekształcające rzeczywistość. Zniekształcony, niepełny obraz to także uniwersalna platońska zasada wg której poznanie leży nie tylko w domenie zmysłów. Czy Krzysztof Komeda, tak jak Coltrane, którego śmierć była początkiem religii, był apostołem, przepowiadającym jazzem świat ujawniającej się rzeczywistości, której nie mogliśmy wcześniej dostrzec? Jeśli intencją sesji zarejestrowanej w podziemiach polskiego radia, było uchwycenie powracającej prawdy o tym, że wszyscy jesteśmy astygmatykami, to z upływem czasu zapis tej sesji zamiast obrastać kolejnymi warstwami kurzu nieustannie napełnia się substancją i wybrzmiewa coraz bardziej przeszywającym tonem okazując się szamańską wizją przyszłości.

Marshall Mcluhan na jednym z TV talk show lat 70tych rozpoczął rozmowę od zwrócenia się nie w stronę prowadzącego tylko w stronę akompaniującego nocnemu showtokowi mastercooka big bandu, który właśnie kończył guest welcome theme. Jadąc po bigbandzie zapytał go czy dmuchając w trąbkę on gra, czy mówi? Czy potrafiłby grać jazz gdyby nie znał języka angielskiego? Podobno jazz jako przedłużenie języka angielskiego, nie mógł powstać nigdzie indziej jak tylko w Ameryce. Kwintet Komedy w jedną noc, niczym Sheherezada, zaczarował świat opowiadaniem, które nie tylko nie ustępowało tym pochodzącym zza oceanu poszukiwaniom free jazzowego eldorado, ale równocześnie dokonywał fuzji jazzu z progresywnymi nurtami europejskiej muzyki klasycznej z jednej strony, a z drugiej wplatał w jazzową składnię lirykę, która pochodziła z zupełnie innego źródła niż język angielski, z tradycji sięgającej nokturnalnej poezji Chopina.

We free Komedy eskapistyczna ucieczka w transcendencję nie staje się koronującym dzieło celem. Wizja Komedy opierała jazz na ramie szerszego dramatycznego landscape'u, będącego filarem i jednocześnie figurą, lajtmotywem i kwintesencją. Samym w sobie teatrem, w którym to nie indywidualne instrumentalne fanfaronady są figurami na rytmicznej planszy, ale cały muzyczny organizm jest figurą na tle ujawnianego przez siebie dramatu, teatrem, którego tematem jest teatr. Komeda nie był genialnym wirtuozem, był natomiast wizjonerskim kompozytorem budującym landscapy, co w sposób naturalny łączyło się z komponowaniem przezeń doskonałych soundtracków, które oprócz służenia obrazom filmowym stanowią oddzielne byty rozgrywane w osobnym, akustycznym wymiarze z własnym kodeksem praw. –Krzysztof Zakrocki

posłuchaj


Klaus Mitffoch: Klaus Mitffoch 002Klaus Mitffoch
Klaus Mitffoch
[1985, Tonpress]

Pisanie dziś o self-titled Klausa wydaje się zadaniem śmiesznie łatwym – to prawdopodobnie jeden z najuniwersalniej docenionych albumów w historii krajowej fonografii, dzieło przed którym każda możliwie obrana optyka zmuszona jest klęknąć. To bez wątpienia dziecko PRL-owskiej zgnilizny, stymulujące i porażające w swoim wyrazie anty-systemową deklaracją i bramką strzeloną cenzurze na jej własnym boisku przez wkurzonego, sarkającego intelektualistę-kabareciarza. Ja jednak urodziłem się w latach 90., nigdy nie dostałem lolą przez łeb, a lista moich zatargów z przedstawicielami władzy zaczyna się i kończy na kilku lekkomyślnie "zdobytych" mandatach. Pokoleniowa przynależność pozwala mi więc zdystansować się (co nie oznacza "nie szanować") od treściowego zaangażowania tej płyty, a mimo to doznaję jej na każdej płaszczyźnie. A wiecie dlaczego? Bo to płyta, którą w idealnym świecie puszcza się w gimnazjach jako lekturę obowiązkową. I mówię to z zupełnie poważną miną – z autopsji wiem, jaką rozpierduchę w głowie nastoletniego szczyla robią fetyszyzujące niezależność, kolosalnie oddziałujące na wyobraźnię teksty Janerków (bo nie wiem czy wiecie, ale autorką połowy z nich jest żona Lecha, Bożena) w zestawie z niby daleką od nieprzyswajalności, a jednak co i rusz miotającą wyzwaniami warstwą muzyczną. Z jednej strony Lech lekką ręką komplikujący co tylko się da: melodie, tonacje, rytmikę, życie początkującego basisty – przecież wymyślenie zwichrowanej linii basowej z "Siedzi" albo dziarsko prącego pod prąd przebiegu melodycznego "Nie Jestem Z Nikim" w ogóle nie powinno być możliwe. Z drugiej połyskujące platyną brzmienie i klimat wykolejeńczej klaustrofobii (hehe, musiałem), kurczowo trzymającej gardło w żelaznym uścisku od pierwszych zgrzytów w "Śpij Aniele Mój" po ostatnie nerwowe szarpnięcia strun w "Strzeż Się Tych Miejsc". Gang of Four? XTC, Talking Heads? Pop Group? Jasne, muzycy Klausa byli tam wszędzie, wprawne ucho z łatwością wychwyci poszczególne referencje, niemniej ciężko podważyć unikatowość tego nagrania, plasującą go w absolutnej czołówce post-punkowych albumów w skali świata, a samego Janerkę w uniwersum polskiej alternatywy na pozycji, jaką Brian Eno zajmuje wśród ambientowców – pioniera, estety, autorytetu – albo po prostu ojca. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Papa Dance: PONIŻEJ KLASYKI 001Papa Dance
Poniżej Krytyki
[1986, Arston]

Po polskich latach 80. zostało przede wszystkim dużo muzyki szarej, mrocznej i paranoicznej. Poniżej Krytyki zostało wydane w tym samym roku, co Voo Voo i Nowa Aleksandria – dwa z najzimniejszych i najbardziej przygnębiających klasyków naszego rocka. Na tym tle druga płyta Papa Dance musiała wydawać się skrajnie eskapistyczna.

Po nieudanych próbach podbicia rynku niemieckiego Mariusz Zabrodzki i Sławomir Wesołowski (duet kompozytorsko-producencki, który śmiało można nazwać polskim ZTT) wymienili skład wykreowanego przez siebie boysbandu i stworzyli tchnący optymizmem zestaw potencjalnych hitów. Nie posiadając sprzętu i pieniędzy dostępnych Trevorowi Hornowi, duet podpisujący się pseudonimem Adam Patoh musiał nadrabiać kreatywnością. Ograniczenia musiały tę kreatywność pobudzić, bo piosenka po piosence, Poniżej pokonuje praktycznie wszystkie klasyki new popu, new romantic czy synth popu. The Lexicon Of Love, Dare!, Cupid & Psyche 85 pokonane. Powiem więcej, większość albumów z jakąkolwiek muzyką rozrywkową nie jest tak dobra. "In Flagranti", "Frankie Czy Ci Nie Żal?" czy "Kryształek Nocnej Opowieści" to ciasno upakowane pudełeczka z hookami i zaskakującymi pomysłami produkcyjnymi i aranżacyjnymi. Maestria Patoha polega na tym, że ta kumulacja pomysłów nie przytłacza słuchacza, że to tak bezpośrednie i chwytliwe kawałki, z których każdy mógłby być singlem.

Poniżej Krytyki i Papa Dance z uroczo chłopięcym Pawłem Stasiakiem na pierwszym planie było wykalkulowanym produktem mającym zdobyć popularność wśród mas. Zabrodzki i Wesołowski nie mogli sobie pozwolić na spektakularne akcje promocyjne, które były udziałem Frankie Goes To Hollywood, nie mogli kręcić teledysków w ciepłych krajach jak Duran Duran, ale mogli nagrać i nagrali perfekcyjny album, który łączy skrajnie populistyczne dążenia z absolutną wiernością własnej muzie, czujnie przeszczepione z Zachodu trendy i totalną polskość. I dlatego jest tutaj na tym miejscu. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj
przeczytaj recenzję


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RideWeather Diaries
Brian EllisMirror/Mirror