SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Justyna Steczkowska: Dziewczyna Szamana 060Justyna Steczkowska
Dziewczyna Szamana
[1996, Pomaton]

"42 lata na karku, a nogi wciąż jak u osiemnastki" to wcale nie największe osiągnięcie w karierze Justyny Steczkowskiej. Najjaśniejszy moment jej życia artystycznego to klasyk polskiej 90sowej muzyki z wielu powodów. Najważniejsza jest w tym wszystkim osoba Grzegorza Ciechowskiego, który z tylnego siedzenia (w roli producenta, autora tekstów i pomocy songwriterskiej) nadał temu projektowi niepowtarzalny, choć jakże różniący się od czegokolwiek, co nagrała Republika, stempel. Współpracował przy tym z jedną z najlepszych i najbardziej charakterystycznych krajowych wokalistek, która rok wcześniej walczyła w finale Eurowizji, a Polskę podbiła rewelacyjnym występem w "Szansie Na Sukces" (z roku na rok reakcja Józefowicza bawi mnie coraz bardziej).

Steczkowska – bez korzennej "rockowej chrypki" i innych tego typu naleciałości, za to z czterooktawowym sopranem i teatralnymi skłonnościami – była ewenementem na polskiej scenie. I choć to artystowskie ukąszenie przybierało czasem kuriozalne formy, to Ciechowski zdołał skierować to wszystko na właściwe tory. Inspiracje Portishead, Massive Attack czy Björk są dosyć wyraźne, ale nie tak przegięte, by zahaczać wręcz o plagiat, jak w wydanym rok później Delfinie Antkowiaka, za którego również odpowiadał lider Republiki. Mimo dusznego charakteru większości kompozycji materiał nic nie traci na przebojowości, a acid jazzowe "Oko Za Oko..." to jeden z najlepszych singli całej dekady (jak nie lepiej!). Oczywiście są i momenty, które gryzą się trochę z okultystyczno-słowiańskim popem Steczkowskiej, ale nawet te grunge'owo-przemykowe fragmenty "Mytych Dusz" i "Grawitacji" specjalnie mnie nie bulwersują. Tym bardziej, że poza hitami pełno tu skrytego dobra. Polecam zwłaszcza "Ukołysze Nas Sitowie" i "W Kazimierzu Dolnym", dwie oryginalne, minimalistycznie zaaranżowane – choć bardzo różniące się od siebie – kołysanki.

Nigdy później polski pop nie wydał czegoś tak oryginalnego, co przy jednoczesnym nienachalnym nadążaniu za tym, co modne na Zachodzie, byłoby do tego stopnia zatopione w tym co "tu i teraz" w kraju. I choć późniejszy dorobek Steczkowskiej boleśnie pokazał, ile traci na braku kogoś z nieszablonową, autorską wizją przy boku, to na Dziewczynie Szamana spełnia się większość moich marzeń o rasowym POLSKIM popie. –Kacper Bartosiak


posłuchaj


Zbigniew Namysłowski Quartet: Zbigniew Namysłowski Quartet 059Zbigniew Namysłowski Quartet
Zbigniew Namysłowski Quartet
[1966, Polskie Nagrania Muza]

W pewnym sensie twórczość Namysłowskiego zatoczyła koło. Zanim zaczął nagrywać klasyczne longpleje i robić zamieszanie w jazzie nowoczesnym czuł się jak ryba w wodzie w repertuarze tradycyjnym, dixielandowym, na co wówczas tak strasznie utyskiwał główny mecenas polskiego jazzu, Leopold Tyrmand. A jak już pan Zbigniew zrobił swoje, powrócił na stare lata do Tygmontowego kotleta, wyspecjalizowując się w liryczno-romantycznych partiach saksofonu i "klasycznych serwetkach Namysłowskiego" (copyright Zakrocki), choć nie pozbawionych smaku, urody i uroku. Wydany jako szósty odcinek serii Polish Jazz, sofomor Namysłowskiego, nagrany w odświeżonym lineupie (Kozłowski za wziętego w kamasze kontrabasistę Wójcika i za Gulgowskiego, na pianinie krakowski ekscentryk, jazzman z krwi i kości Makowicz, którego Namysłowski wyciągnął z klubu Helikon, gdzie Matyszkowicz wówczas ponoć mieszkał, spał na fortepianie i dojadał z nosa kulkę; ostał się jedynie odkryty przez Namysłowskiego perkman Bartkowski, z powodu niedostatku w Polsce dobrych bębniarzy już wkrótce mający stać się najbardziej wyeksploatowanym perkusistą kraju), niektóre wątki Loli rozwija, a niektóre porządkuje.

I tak opener "Siódmawka", majstersztyk z natychmiast kanonicznym powitalnym motywem saksofonu, w wyważony, spokojny sposób nawiązuje do highlightu debiutu, żywiołowej "Piątawki" i po licznych zwrotach i zawijasach, w połowie siódmej minuty dyktuje temat przewodni płyty. Dalej balansuje Namysł jak cyrkowiec, ocierając się o hard-bop i flirtując z zapożyczonym od Trzaskowskiego Silverem, zatrzymując się w pół kroku do Colemanowskiego free (obszerne fragmenty "Strasznej Franki"), łypiąc przelotnie w stronę muzyki współczesnej (czy aby nie znowu Trzaskowski?), kiedy na krótko sekcja udaje się na bok, pokazując swą zamyśloną twarz w sentymentalnej "Mojej Dominice" i nie rezygnując z nieregularnych rozwiązań rytmiczno-harmonicznych ("Siódmawka" przede wszystkim), uważanych za znak rozpoznawczy obu kwartetów. Jedynie closer, kontynuacja serii z Lolą w tytule, trochę tu nie pasuje, choć stanowi przesympatyczne pożegnanie na nutę tradycyjną, dające pewne wyobrażenie jak fajnie tradycyjny band Namysła-puzonisty, z Kurylewiczem na pianinie, musiał swingować. –Michał Zagroba


posłuchaj


Skaldowie: Cała Jesteś W Skowronkach 058Skaldowie
Cała Jesteś W Skowronkach
[1969, Polskie Nagrania Muza]

Kalendarium dyskografii Skaldów wyraźnie nakreśla grubą kreskę między blendem bigbitu, folk(lor)u i chamber-popu, jaki znamy z lat 60., a odejściem w stronę formalnie elegantszych, rozbudowanych bluesowo-progowo-jazzowych eksperymentów w latach 70., które swoje apogeum osiągnęły w prawie dwudziestominutowej, częściowo improwizowanej suicie tytułowej z albumu Stworzenie Świata Część Druga. Za taki moment zmiany sposobu myślenia o konstrukcji utworu możemy uznać przeskok z Cała Jesteś W Skowronkach (1969) do Od Wschodu Do Zachodu Słońca (1970) i, co ciekawe, właśnie te dwie płyty uważam za najwspanialsze fragmenty opasłej księgi dokonań zespołu braci Zielińskich i esencjonalny wywar dla kogoś, kto nie ma czasu albo ochoty zgłębiać jej w całości.

Przyjmując taką systematykę, Cała Jesteś w Skowronkach niejako rekapituluje i przekraja wątki podejmowane na Skaldach i Wszystko Mi Mówi, Że Mnie Ktoś Pokochał, uzupełniając je o wilsonowskie harmonie i doprowadzając na wyższy niż kiedykolwiek wcześniej poziom. Mamy tu możliwość doświadczenia pierdolonej perwersji słuchania środkowych Beach Boysów po polsku w szlachetnym, krystalicznie pięknym utworze tytułowym, skonfrontowania ciężkawych acid-rockowych riffów z temperamentem góralszczyzny w "Malowanym Dymie", zerknięcia przez ramię w przyszłość zespołu w procolharumowskim "Dwadzieścia Minut Po Północy", wypalenia hipisowskiego jointa w folkowym duecie z Marylą Rodowicz "Jeszcze Przed Chwilą" czy, wreszcie, odfrunięcia na ultranośnych skrzydłach najznakomitszych singli, jakie wykluła polska muzyka lat 60. Mowa o ikonicznej, definiującej pojęcie zwiewności "Prześlicznej Wiolonczelistce" i jej nieco słabszym rewersie "Żeby Coś Się Stało Z Nami", o kapitalnym, harmonicznie powyginanym i aranżacyjnie rozbuchanym "Króliczku", oraz o dwóch pędzących, notorycznie bagatelizowanych podwórkowych hiciorach: "Medytacjach Wiejskiego Listonosza" (czy ktoś w tamtych latach zrobił w Polsce lepszy pożytek z wczesnych Bitli?) i "Z Kopyta Kulig Rwie".

Enter Grek: Ach, te melodie... Pamięta się je doskonale z lat dzieciństwa, ale dopiero całościowe i w pełni świadome (z przysłowiowym "bagażem tysiąca płyt na karku") powrócenie do Skowronków pozwala w odpowiednim stopniu ten wspaniały album docenić. Proponuję dla przykładu zagłębić się kiedyś w mccartneyowskie linie basu - normalnie mi się łezka zakręciła, że te partie aż tak wymiatają. Zaiste uroczym jest z jaką klasą się nam ten zbiór wykwintnych evergreenów zestarzał (już 45 lat od wydania). Wzruszyłem się kochani, naprawdę. Exit Grek

W kontekście zawartości tej płyty trudno uwierzyć jak wiele osób nadal tkwi w bagnie uprzedzeń lub po prostu nieświadomości. Bo czym są Skaldowie w oczach przeciętnego dwudziesto-, trzydziestolatka? Wiocha, odgrzewane kotlety, niepoważne piosenki utrzymane w naiwnym anturażu pierwszego zauroczenia, Twoja babcia opowiadająca dowcip o ruchaniu, "dawaj mi tu Floydów". I właśnie po to jest między innymi ta lista – żeby uświadamiać, a podejrzewam, że gdyby nie drobna nierówność materiału (w szczególności okropny "Wieczór Na Dworcu W Kansas City"), bylibyśmy na niej znacznie wyżej, bo czy naprawdę istnieją ludzie, którzy nie uśmiechną się pod nosem słysząc fantastyczne melodie "Prześlicznej" lub "Listonosza" albo piętrowe wokalizy "Skowronków"? A jeśli tak, to czy można ich wtedy nazwać ludźmi? Nie wiem, ta cała muzyka to chyba jednak big deal. –Wojciech Chełmecki & Paweł Greczyn


posłuchaj


Extra Ball: Extra Ball 057Extra Ball
Extra Ball
[1978, PolJazz]

Jarosław Śmietana, wyjaśniając przed laty genezę nazwy założonego przez siebie zespołu, przywołał krakowski klub "Pod Jaszczurami", w którym powstała grupa, i stół do pinballa, zamontowany tam mniej więcej w okresie powołania do życia kwintetu. Prezentowana przy nim zręczność była premiowana dodatkowymi kulkami – stąd Extra Ball. I pomimo tego, iż elementem wspólnym tamtego składu z tym, który w roku 1978 nagrał swoją eponimiczną płytę jest tylko postać gitarzysty-lidera, to muzyka jaką stworzył drugi z ensemblów sprawia, że również na nagrody zasługuje. Żadnych kulek rozdawać nie zamierzam, ale myślę, że miejsce na naszej liście powinno wystarczyć. Nowe wcielenie zespołu porzuciło przywołujący asocjacje z takimi grupami jak Return to Forever czy Weather Report fusion, którym przesiąknięte było debiutanckie Birthday, i skierowało się raczej w stronę opartego w większym stopniu na improwizacji tradycyjnego jazzu.

Podstawowe, najłatwiejsze do wychwycenia różnice to odmienne, pozbawione pianina Władysława Sendeckiego instrumentarium oraz mniejsza złożoność tematów. Ich melodyjność i relatywna prostota podkreślają żywiołowy charakter muzyki, od którego odstępstwo stanowi jedyny utwór nieskomponowany przez Śmietanę, czyli "Pieśń Dla Elvina Jonesa" autorstwa basisty Zbigniewa Wegehaupta (zrobię wyjątek – dwa extra balle za hołd złożony mojemu ulubionemu jazzowemu bębniarzowi). Jest to jedna z tych płyt jazzowych, których siła, pomimo obecności znakomitych instrumentalistów, wynika z efektu synergii płynącego z pełnej harmonizacji zespołu. Wypada wspomnieć o tym, że udaje się to osiągnąć między innymi dzięki przemyślanemu wykorzystaniu wielośladowej techniki nagrywania, czego przykład obecny jest już na samym początku otwierającego album "Marlboro Country", gdzie we wstępie nikt nie odważa się stanąć w szranki o gitarowy prymat z liderem Extra Ball, lecz słyszymy po prostu dwie oddzielnie nagrane partie Śmietany.

Płyta z 1978 stoi na nieznacznie niższym poziomie od wydanego kilka lat wcześniej Birthday, ale i tak należy do najlepszych pozycji z polskiego jazzu lat 70., a śpiewne dęciaki z "Wesołej Pieśni Dla Keesa", rozmyta gitara w "Nocnych Impresjach" czy pełen energii, powtarzany kilkakrotnie na przestrzeni utworu temat z "Krakowskiego Festiwalu Jazzowego" błyskawicznie zapadają w pamięć. –Piotr Ejsmont


posłuchaj


Małe Wu Wu: Małe Wu Wu 056Małe Wu Wu
Małe Wu Wu
[1988, Polskie Nagrania Muza]

W krainie kangurów, na wojennej ścieżce. Po prostu w tarapatach. Jak to jest, że wszystkie te dni odbierane kiedyś jako szkolna nuda z biegiem lat nabierają kolorów, rumieńców i posmaku wielkiej przygody? Małe Wu Wu przebyło tę drogę i dzieli się wrażeniami. Wyruszyło z domu, wyszło na płycie i choć towarzyszyła mu gra planszowa, to nawet Jumanji nie mogłoby zastąpić frajdy słuchania tych piosenek. Pamiętacie trójwymiarowy kącik Tik-Taka? "Zabiorę Brata Na Koniec Świata" Fasolek? Podekscytowani zakładaliśmy z siostrą tekturowe okulary, pstrokate – w papugi albo tropikalne ryby, by zobaczyć wypływające z ekranu telewizora owoce i palmy. A przecież szału nie było. Z Małym Wu Wu jest inaczej. To heca na czternaście fajerek i naprawdę wielowymiarowe doświadczenie. Słuchanie tego albumu przypomina zabawę na podwórku, gdzie każdy krzak wydaje się nieprzebytą dżunglą, zuchy z harcerstwa to plemię czarnych stóp, a przydrożne drzewo robi za bocianie gniazdo, z którego obserwować można dzikie kraje i niebezpieczny czarny ląd. "Księżyca nów jak łowca głów". Cała naprzód ku kolejnej awanturze.

Plan pana Waglewskiego zawiera pułapki i zapadki tak liczne, jak te, które czyhają w piramidach i puszczach Jukatanu. Choć zaczął pisać te piosenki z myślą o synach, mam wrażenie, że projekt wymknął mu się, ożył, wszedł na palmę, a cała płyta zaczęła przypominać eskapadę po slajdach młodości. Małe cudeńko. Kompozycyjne i tekstowe "planetarium w akwarium". Hymn Małego Wu Wu, powtarzany trzykrotnie kawałek skandowanego rapu pod banderą Beastie Boys, wprowadza niepokój na twarze wielbicieli Teleranka. "Indianie Na Tapczanie" to prawdziwe wejście do Nibyladii. Waglewski niczym szalony rewolwerowiec bez pudła znajduje w tym spaghetti country miejsce dla wojennych pokrzykiwań małych Komanczów, którzy już w całości przejmują kontrolę nad "Skacze Ślimak, Śpiewa Żaba". Warto też porozmawiać o "Słoniach Na Balkonie", kompozycji Jana Pospieszalskiego, która najlepiej ilustruje bezbłędny wybór aranży charakteryzujący wszystkie nagrania w zestawie. Fascynuje łatwość z jaką autorzy tych piosenek przechodzą od kreskówkowej egzotyki ku odrealnionym fantasmagorycznym refrenom zmierzającym "tam, gdzie księżyc po kolacji śpi".

Jeśli zdarzyło wam się kiedyś przysnąć na lekcji geografii, gapiąc się w stojący pod tablicą globus i w mig byliście na pustyni Gobi, gdzie, jak wie każdy chłopiec, można odkryć niezliczone kości dinozaurów, jeśli na grzbiecie baktriana pojechaliście nawet dalej, pod Mur Chiński i jeszcze dalej, palcem po mapie, kraina za krainą, to dobrze znacie ten ekscytujący, osobny świat tekstów Jerzego Bielunasa. Słuchane po latach zyskują wymiar podobny zwierzeniom Marka Bieńczyka na temat Winnetou – to smak zabawy w Indian i kowbojów, całej tej literatury pełnej bliskich tajemnic i niesfornej jak klan urwisów z rodu Sawanów. Na Tam Tam I Tu, drugiej części małego cyklu (trzecia z tekstami księdza Twardowskiego, wbrew pozorom jest najmniej księżycowa), Bielunas zapuścił się w jeszcze dalszą robinsonadę i mam wrażenie, że "Nowy Wspaniały Świat" z ostatniej płyty Kobiet dość wyraźnie zaciąga dług wobec tych podróżujących statkiem i parowozem narracji. Tymczasem na debiucie trwają długie wakacje. Jeśli szkoła to na ostatnim czerwcowym apelu – stare ławki mają wycięte miejsce na kałamarz, na świadectwach pełno kleksów. Wieczna laba: urodzinowe torty, żarty na Prima Aprilis, gdy chodzi o to, aby nabrać kogoś na sznurówkę lub robaka, no i kanikuły, kiedy jak powszechnie wiadomo, można nareszcie zaprzestać mitycznego mycia uszu. Wakacje tylko raz do roku? Nie ma szans! Małe Wu Wu ma zupełnie inne plany. –Wawrzyn Kowalski


posłuchaj


Krzysztof Komeda: Rosemary's Baby 055Krzysztof Komeda
Rosemary's Baby
[1968, Dot]

Trudno pisać o ulubionych ścieżkach dźwiękowych bez emocjonalnego tonu, który towarzyszy mi we wszystkich kwestiach związanych z Rosemary's Baby, natomiast bez cienia jakiejkolwiek kokieterii mogę zarzucić tezą, że sława (i niesława) Polańskiego nie byłaby dziś tak mocna, gdyby nie pewien kompozytor-samouk, który ukończył liceum w moim rodzinnym mieście i kilka lat później zdobył dyplom lekarza laryngologa. Spotkanie tych dwóch wyjątkowych indywidualności o poszarpanych życiorysach podczas prac nad filmową etiudą Polańskiego Dwaj Ludzie Z Szafą i ich późniejsza działalność na muzyczno-filmowym polu aż do śmierci Komedy w 1969 roku dała polskiej kulturze więcej niż wszystko, co jest związane z naszym obecnym filmowym oraz muzycznym poletkiem od przynajmniej dekady. Na próżno jednak przykładać jakąkolwiek linijkę, gdyż słuchając tematów Komedy z Noża w Wodzie czy Matni zgarniamy z miejsca pokaźnych rozmiarów lutę i długo nie możemy się pozbierać. Zakładam, że mój odbiór prawdopodobnie najlepszego soundtracku napisanego przez Polaka jest taki sam, jak tysięcy innych zajawkowiczów. Już na samą myśl mam dreszcze i zamiast skupić się na muzyce, widzę kadry z nowojorskiego apartamentu Woodhouse'ów, porażający wzrok Minnie Castevet, poranione plecy Rosemary i makabryczną scenę finałową. Pomińmy kwestię legendarnej, acz przeoranej do cna "Kołysanki Rosemary" (która notabene powraca w różnych aranżacjach wielokrotnie), ale zwróćmy uwagę na dość osobliwą w kontekście ścieżki dźwiękowej filmu grozy prostotę i oszczędność oraz na charakteryzujący Komedę liryzm i "słowiańską melancholię". Przewrotnie, coś co na pierwszy rzut nijak nie przystaje do thrillera psychologicznego, nagle zyskuje inny wymiar i zaczyna zachwycać jeszcze bardziej, nie tracąc nic ze swojej miejscami naiwnej, ale jednak szlachetności. I być może właśnie na tym polega wyjątkowość Komedy i całego zamieszania związanego z sountrackiem do Dziecka Rosemary. –Jacek Marczuk


posłuchaj


Perfect: Perfect 054Perfect
Perfect
[1982, Polskie Nagrania Muza]

Debiut Perfectu to płyta w oczywisty sposób ważna, ale nie będę ukrywał, że nie za bardzo mnie to obchodzi. Zdecydowanie bardziej istotne jest to, że jest to bardzo dobry album. Z dwóch powodów pisze się o nim trudno. Oba dotyczą silnego ukontekstowienia tej muzyki. Po pierwsze podobnie jak w przypadku Papa Dance czy Kombi istnieją różne, krańcowo odmienne pod względem jakościowym oblicza zespołu. Trudno wyprzeć z pamięci pajacowanie Hołdysa czy też ostatnie poczynania Markowskiego i spółki. (Wiedzieliście w ogóle, że Perfect wydał w tym roku płytę o intrygującym tytule DaDaDam? Podobno znajdują się na niej "ponadczasowe ballady, a także kawał gitarowego rockowego brzmienia". Hmm, ja chyba daruję sobie jednak odsłuch i poświęcę zamiast tego czas na rozstrzygnięcie co jest gorsze: nazwa albumu czy też jego okładka.) Dodatkowo, piosenki opisywanej tu grupy w dużo większym stopniu są zakorzenione w muzycznej świadomości Polaków, niż ma to miejsce u innych zespołów, o których wyżej wspomniałem. "Chcemy Być Sobą", "Ale W Koło Jest Wesoło" czy "Nie Płacz Ewka" zna doskonale każdy i chcąc czy nie chcąc słyszał je przynajmniej dziesiątki razy. Wszystko to sprawia, że próba odsłuchania utworów oczyszczona z różnych nabytych wcześniej uprzedzeń staje się zadaniem wymagającym.

Wystarczy jednak choć trochę się otworzyć i okazuje się szybko, że polski biały album to zbiór samych wymiatających kawałków. Nie są to szczególnie skomplikowane numery, ale jeśli jadą tak jak otwierająca płytę "Lokomotywa Z Ogłoszenia" to nie ma przecież powodów do marudzenia, bo tego się od nich w końcu oczekuje. Może wynika to z tego przesadnego kontaktu z legendarnymi perfectowymi balladami, ale w tej chwili najbardziej leżą mi właśnie te najszybciej pędzące tracki na czele z "Bażancim Życiem". Jest coś ujmująco bezczelnego w tych bezpardonowo sunących akordach i wykrzykiwaniu przez Markowskiego kolejnych słów. Ale każdy inny indeks też może być dowodem na to, że nieprzypadkowo Perfect sprzedał się w ponad milionie egzemplarzy. Klasyczność i rasowość bijącą od tego materiału to coś czego nie da się przeoczyć. Niewiele jest w polskiej muzyce płyt gdzie niezachwiana pewność o możliwościach zespołu idzie w parze z tak bezpretensjonalną nośnością piosenek. Warto czasem posłuchać wąsatej muzyki. –Piotr Ejsmont


posłuchaj


Jarosław Śmietana: Talking Guitar 053Jarosław Śmietana
Talking Guitar
[1984, Polskie Nagrania Muza]

Coraz częściej nazywa się Michała Przerwę-Tetmajera polskim Patem Methenym. Tak było już przy pierwszych i kolejnych płytach Jazzpo, a po tegorocznej solówce to się jeszcze nasiliło. Ale jak się okazuje, już wcześniej mieliśmy kogoś, kogo z powodzeniem mogliśmy porównywać do mistrza Methenego. Tym kimś jest właśnie Jarosław Śmietana, czyli gitarzysta Extra Ball, a nawet, jako rzecze Wikipedia, "kierownik" zespołu. Na przepięknej, debiutanckiej solowej płycie Talking Guitar (na której zresztą wspomagają go członkowie Extra Ball), to zestawienie ujawnia się najpełniej. Tak, to album dla tych, którzy kochają wykwintny smooth-jazz i dla tych, którzy kochają Pata (w "Tabasco Song" pojawia się jakby przyspieszony motywik z "San Lorenzo"), ale i dla tych, którzy kochają cudownie lekką, melodyjną muzykę, bo Śmietana to prawdziwy boss, jeśli chodzi o rzucanie ślicznych, uzależniających fraz. Dzieje się tak na całej rozciągłości longa – tu nie ma żadnych przestojów, mielizn czy dłużyzn, tylko i wyłącznie treściwe granie. Od cudnie bujającego, błogiego otwarcia "Bieganie po Manhattanie", do zamykającej całość, bardziej stonowanej, choć nadal czarującej kompozycji "Samochody W Pokrowcach". W środku, jak można się spodziewać, też samo dobro.

Jest też jedna ciekawostka, mianowicie redaktor Zagroba dopatrzył się podobieństwa przewodniego motywu "Podróżując We Śnie" z tematem utworu Krystyny Prońko "Dom W Alei Róż" oraz bardzo podobnym wzorem z czołówki serialu Who's The Boss z lat osiemdziesiątych. Faktycznie, ciężko nie dostrzec punktów stycznych, choć nie ma żadnych informacji, kto komu podebrał dany fragment, więc pozostawiam cały wątek bez odpowiedzi. Mogę tylko dodać swoje spostrzeżenie, że pewnie jakiś Macintosh Plus zrobiłby z "Podróżując..." jakiś zaćpany, vaporwave'owy szlagier, bo numer całkiem nadaje się do tego typu machlojek. Ale patrzmy dalej, bo na horyzoncie już ukazuje się "Samba Carrera" z rozbudowanym intro, w które wpleciono całą serię wymiatających motywików, a potem na 1:06 Śmietana z gracją urywa się z całej zabawy i zapodaje jedną z wielu na tym albumie, zajebistą solówkę. Potem dokleja się do tego brazylijska samba, zwieńczona w finale radosnymi zaśpiewami na tle wylewających się nadal, pysznych manewrów. Klasa. Potem uderzamy w "Papierek Lakmusowy", owinięty w dubowy rytm, schładzający atmosferę poprzedniego indeksu, relaksujący jam. Przy końcu też się dzieje, bo nie wspomnienie chociażby, jak w "Od Siedmiu Wzwyż" zazębiają się fletowe głosy, sprężynowe basy i gitara w ujściu utworu, byłoby zbrodnią. No i "Polowanie Na Robaczka" – to tutaj gitara naprawdę przemawia, a takich monologów można słuchać w nieskończoność. Zresztą, samemu też trzeba nawiązać dialog z Talking Guitar, bo przecież nie od dziś wiadomo, że warto rozmawiać, prawda? –Tomasz Skowyra


posłuchaj


Trzyha Warszafski Deszcz: Nastukafszy 052Trzyha Warszafski Deszcz
Nastukafszy
[1999, R.R.X.]

Nastukafszy ze Skandalem na lata ustawiły głosy w polskim rapie, jeśli chodzi o tematykę, charakter bitów, punkty odniesienia, stworzyły zalążki podziału na ulicę i mainstream, a Tede stał się na lata ambasadorem "jasnej strony", by sięgnąć po systematykę z Produkcji Volta. Album, poprzedzony słynnym nielegalem WuWuA, to właściwie jeden z niewielu argumentów za tym, by produkującego i nadającego ton większości materiału Granieckiego nie traktować z serdecznością należącą się Czesławowi Niemenowi – kiedyś ta "charyzma" mogła faktycznie imponować, na Rolsonie już tylko śmieszy. Numer Raz jest na Nastukafszy o tyle fajny, że dając najczęściej zwrotki kompletnie przezroczyste, staje się niezbywalnym elementem klasycznej płyty (na przykład wjazd w "Konexjach", ciężko uwierzyć, że to ten sam koleś co przez większość płyty przysypia!) – to jednak spora umiejętność. Przezroczystość ogółem bywa przydatną cechą, bo przecież znam ten album na pamięć, co roku wysłuchuję tylu przezroczystych follow-upów do niego, a wciąż słucham z niekłamaną przyjemnością – to nadal głową kiwa, a klimat z "Daj Se Luz" ciągle niepodrabialny. –Łukasz Łachecki


posłuchaj


Księżyc: Księżyc 051Księżyc
Księżyc
[1996, OBUH]

2004. Księgarnia przy CSW w Warszawie. W kącie skromne stoisko z płytami i kasetami. Całość pokryta lepką warstwą kurzu i stęchlizny niechybnie stanowiących zagrożenie epidemiologiczne. Dogłębna analiza toksykologiczna nalotu pokrywającego dostępne tam pozycje z pewnością przysłużyłaby się polskiej nauce. Nie miałem gumowych rękawiczek, więc pewnie jakieś interesujące egzospory odłożyły mi się na mózgu. W każdym razie dalej poszło już gładko. Pierwszy odsłuch w drodze do domu zostawił mnie sam na sam z kołaczącą się z tyłu głowy myślą: "że-co-kurwa-proszę-ja-ciebie?". Nie kupiłem ziemniaków. Mama była zła. Ale umówmy się, NIE BYŁO ZIEMNIAKÓW. Było tylko uporczywe pytanie. Skąd w tym kraju gdzie zwykle są ziemniaki, cebula i pietruszka, zdarza się też czasem mistyczno-minimalistyczny etno folk? To JEST intrygujące pytanie. Jak taka płyta mogła powstać w połowie lat dziewięćdziesiątych gdzieś w Polsce? I tu widzę swój (nasz?) błąd, że jak miałem ku temu okazję, to takich pytań nie zadawałem. Gorzka autorefleksja. Ktoś powinien tych ludzi odszukać i ich o to spytać, a nie pierdolić o ziemniakach.

Mówią o swojej plątaninie dźwięków, że to psychodeliczno–etniczny minimal. Wydali jeden, lekko zapomniany długogrający materiał. Na należne im tantiemy czekali zaszyci gdzieś głęboko pomiędzy kolejnymi muzyczno-folklorowo-wiejskimi projektami, niczym rozkładająca się w metaforycznej piaskownicy bohaterka schizofrenicznej "Zakopanej". Czekali długo, bo dopiero rok temu na nowo zawrzało wokół nich za sprawą brytyjskiego labelu Penultimate Press, który postanowił wydać ich debiut w limitowanej ilości 500 sztuk płyt winylowych. Potem dziewiczy występ w jednej z audycji Polskiego Radia. Tak w skrócie, pomijając kompaktowe wznowienie w 2004 roku, można by nakreślić na chronologicznie uporządkowanej osi czasu przebieg zdarzeń zespołu, który obrósł, w pewnych kręgach, legendą już za życia. Historię Księżyca.

Niewiele jest płyt, które mimowolnie oddziałują na ludzką podświadomość, każąc jej malować niezwykle plastyczne, niespokojne obrazy tak, jak w czarodziejski sposób robi to Księżyc. Oniryczne, ze wszech miar intymne nagranie zawdzięcza swój unikatowy charakter niewątpliwie oczywistemu związkowi z przemyconym w najdorodniejszej postaci, całym zjawiskiem podszytej pogańskim obrządkiem folkowej muzyki Europy Wschodniej ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy. Właśnie tego rodzaju etniczne konotacje przesądzają o silnie akcentowanym psychodelicznym muzycznym tropie. Nie sposób przejść obojętnie obok przyprawiających o ciarki "Śmieszków", trudno mierzyć się z osobliwymi tekstami dwuczęściowego "Verlaine" i obydwu "Historyjek". Ciężko pozostać beznamiętnym w obliczu wszystkich tych zestawień klawiszy, dęciaków, rozpisanych na dwa kobiece głosy kompozycji i taśmowych detali. Nie powinienem mówić zbyt wiele, chcąc pozostawić pole do własnej interpretacji, bowiem taka indywidualna refleksja w moim odczuciu jest nad wyraz wskazana. Konfrontujcie się z Księżycem, gdyż takiego doznaniowego średniowieczno–słowiańskiego neofolku możemy już nigdy nie uświadczyć. Kanon tajemniczego piękna. Nie mogło ich tu zabraknąć. –Paweł Nowotarski & Witold Tyczka


posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Daria ZawiałowA Kysz!
Young MarcoSelectors 002