SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Oddział Zamknięty: Oddział Zamknięty 040Oddział Zamknięty
Oddział Zamknięty
[1984, Polskie Nagrania Muza]

Zanim kilka lat później duet Staszczyk/Benedek spróbował (zresztą chwilami całkiem przekonująco) wcielić się w role rodzimych odpowiedników tandemu Jagger/Richards, temat został praktycznie wyczerpany przez parę Jaryczewski/Łuczaj-Pogorzelski. To znaczy wiadomo, że tego typu analogie są naciągane niejako z zasady – demoniczna aura Londyńczyków vs. wpisane w kontekst PRL-owskiego ejtisu egzystencjalne rozkminy Jarego – ale fundamenty estetyki się zgadzają. Wydany aż pięć lat po założeniu bandu debiut warszawiaków to przeważnie prosta muzyka, niby bez ambicji, w której jednak co chwila wkrada się taki niepodrabialny luz, przy bliższym oglądzie zdradzający właściwości transcendentne. Zapuszczam se po latach klasyczne "Party" i mam wrażenie, że udało się tam zawrzeć jakąś istotę rokendrola – kolesie biorą instrumenty i zamiast napierdalać ma oślep, to grają z takim właśnie luzem, jakimś namacalnym natchnieniem. A kiedy w refrenie obok rasowego riffu wchodzi ten przewodni falset, to czuję, że nigdy żaden krajowy band nie był bliżej tej esencji stonesowskiego (mówię o Stonesach z "It's Only Rock 'N' Roll", z "Hot Stuff", z "Miss You", z "Dance", ze "Start Me Up") wymiatania "bez spinki", gdzie w kompletnie niepozornym z dupy jamowaniu jest zawarty jakiś sens życia. Masakra.

I ten pierwszy skład właśnie to miał – oczywiście są tu numery tyleż ekscytujące ("Odmienić Los" z gitarowym cytatem z "Remote Control" Clash, costellowskie circa Get Happy!! "Na To Nie Ma Ceny"), co naiwne ("Zabijać Siebie", "Ich Marzenia") oraz ballady, które dziś, w dobie późnego netu reprezentują śmiechowe memy ("Obudź Się" vs. sławny "Przyjaciel Mój" z "Idola"), ale porażająca sekwencja evergreenów ("Andzia", "Ten Wasz Świat", "Twój Każdy Krok" i tak dalej), a także genialne teksty i charyzma Jarego nie pozostawiają wątpliwości – this is the real thing. On sam wyczerpany "niehigienicznym trybem życia" po wydaniu całkiem solidnego sofomora Reda By Night musiał zawiesić statyw na kołku, kapela się rozpadła i los dość mocno ją poturbował, a jej późniejsze reaktywacje sięgały tak smutnych rejonów, że nie jest to odpowiednie miejsce i moment, żeby się nad tym rozwodzić. Dość powiedzieć, że za mikrofonem Jaryczewskiego zastępowali Robert Janowski (tak, TEN), Zbigniew Bieniak, Jarosław Wajek, Krzysztof Wałecki i Marcin Czyżewski, a obecnie w dowodzonym przez Pogorzelskiego składzie już od ponad dekady śpiewa Cezary Zybała-Strzelecki... Cóż z tego, skoro i tak wezmę Jary Band dowolnego dnia ponad jakąkolwiek inną inkarnację Oddziału, niż tę oryginalną. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Andrzej Trzaskowski Sextet feat. Ted Curson: Seant 039Andrzej Trzaskowski Sextet feat. Ted Curson
Seant
[1976, Polskie Nagrania Muza]

"Muzyka, którą uprawiał Trzaskowski, otworzyła mi nowe horyzonty; on już grał be-bop, gdy ja byłem staroświeckim swingowcem naśladującym Teddy Wilsona" – cytował Andrzeja Kurylewicza Jerzy Radliński w znakomitej książce Obywatel Jazz z 1967 roku, będącej obfitym zapiskiem spotkań autora z czołowymi postaciami ówczesnej krajowej sceny jazzowej. Doskonale portretuje to postać Trzaskowskiego – zagorzałego modernisty o nadludzkiej intuicji. Można pokusić się o stwierdzenie, że Seant, przekładając te cechy osobowości swojego twórcy na język jazzu, realizuje jego własną, pokręconą wizję pojęcia free. Ja to widzę tak: podstawowym budulcem są tu partie improwizowane Muniaka, Nahornego i Cursona (tego samego, któremu zdarzało się pogrywać z Mingusem), ale to Trzaskowski rozdaje karty, wcielając się w rolę zręcznego kompozytora-manipulatora, prowokującego ich przebieg już na poziomie fragmentów zaplanowanych, dającego niejako wskazówki co do ich kształtu. Zauważmy, że wyłączając "Oj Tam U Boryny", jego rola jako pianisty sprowadza się do nadania utworom charakterystycznej (i swoją drogą cholernie intrygującej) barwy – on nie musiał bawić się w instrumentalistę, bo jego instrumentami byli właśnie Muniak, Nahorny i Curson. Seant jest więc dla mnie abstrakcyjnym przykładem w lwiej części improwizowanej płyty, która zamiast na feelingu i chemii między uczestniczącymi muzykami, opiera się raczej na chłodnym intelektualizmie i wizjonerstwie na linii kompozytor-kompozycja. Sami sobie zważcie kim trzeba być, żeby coś takiego się udało. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Alibabki: Zagrajmy W Kości Jeszcze Raz 038Alibabki
Zagrajmy W Kości Jeszcze Raz
[1977, Polskie Nagrania Muza]

Album ten przede wszystkim imponuje bogactwem stylistycznych inspiracji, skrojonymi pod polską piosenkę estradową. Imponuje nie dlatego, że są to utwory w różnych stylach, ale właśnie dzięki inspiracjom ubarwiającym wciąż lekki, masowy pop. Właściwie każda z dziesięciu piosenek jest z nieco innej bajki, a jednak składają się na bardzo sensowną całość. To, że są różne, dziwić nie może – ta płyta to pewien the best of, nagrany na podsumowanie najważniejszego okresu w dziejach grupy, pełnego zresztą zmian składów i wynikającego z niej sporu o nazwę.

"Odkładana Miłość", która premierę miała w Opolu w 1975 roku, wydaje się korespondować z będącą u szczytów popularności ABBĄ, wzbogaconą o nadającą ciężar orkiestrowo-jazzową aranżację. "Pani, Ty Jesteś Urocza", to utwór skomponowany przez Marzenę i Jacka Mikułów do... operetki Fredry. Utwór został podarowany zespołowi przez jego autorów, powstał też nowy tekst. Już zestawienie tych dwóch nagrań pokazuje, o jak eklektycznym materiale mówimy. Czymś w rodzaju nadwiślańskiego r&b jest "Zbierać Kolory", podczas gdy "Była Sobie Para" brzmi jak mariaż jazz-popu, bigbitu i... disco. "Muzykalny Zegar" zbudowane jest kolei na... rytmie ska i żeby było śmieszniej, Alibabki miały w tym gatunku sporą wprawę, bo jak mówi Wikipedia, w 1965 roku z grupą Tajfuny wydały W Rytmach Jamajca Ska – pierwszą polską płytę ska. Co my tu jeszcze mamy – "Dom W Malwy Malowany", czyli coś jakby lata dwudzieste, lata trzydzieste, które z poziomu zwykłego pastiszu wyrywa cudowna kilkusekundowa zmiana dosłownie wszystkiego po refrenie w połowie utworu. "Czy To Ładnie Być Leniem" to jest w ogóle jakaś próba pogodzenia jazzowej improwizacji i popowej piosenki – rollercoaster jak u Nakaty. Tytułowy wydaje się po nim niemal zachowawczy – napisana przez Trzcińskiego muzyka środka czaruje podobnymi środkami, co s/t Wodeckiego. Wejście refrenu w "Łagodnym Panie Feelingu" to nie żarty, ale pora się streszczać, bo na koniec zostawiłem sobie to, co najlepsze. I to nie tylko w kontekście tej płyty. "Samotna Rękawiczka" to w mojej opinii kandydat do najlepszej polskiej piosenki wszech czasów. Dość chyba powiedzieć, że utwory, które najmocniej mi się z nią kojarzą to... "Wouldn't It Be Nice" i "God Only Knows" takiego-tam zespołu z Kalifornii. Posłuchajcie tych harmonii i tego, jak rosną te melodie – bez wątpienia nie są to skojarzenia nieuprawnione. –Kamil Babacz

posłuchaj


Republika: Nowe Sytuacje 037Republika
Nowe Sytuacje
[1983, Polton]

Powiedzieć o  Nowych Sytuacjach "klasyczna płyta", to nie powiedzieć nic. Mało jest w historii polskiej muzyki albumów, których strona muzyczna po latach byłaby w stanie przysłonić całą tę przegadaną historyczną otoczkę. I oczywiście powodzenie tego ładnie wydanego longplaya mimo zaporowej ceny (czterokrotnie wyższej niż zazwyczaj) to sprawa ciekawa, jednak z dzisiejszego punktu widzenia chyba już zupełnie nieistotna. Debiut Republiki od pierwszych taktów pokazuje, jak wyjątkowa w polskiej skali to grupa. Post-punkowa surowizna nigdy nie jest do końca surowizną, tworząc jedyny w swoim rodzaju nowofalowy tygiel. Fortepian to tutaj normalny instrument perkusyjny, który przydaje się w kreowaniu poszatkowanej narracji, a fascynacja Ciechowskiego fletem (utarty już "andersonowski flecik") to temat na inne opowiadanie. Nowe Sytuacje od początku do końca pędzą na złamanie karku w sobie znanym tylko kierunku i to mimo zrezygnowania z garści wczesnych hitów, pokroju "Telefonów", "Białej Flagi" czy "Kombinatu". Napędzana chemią sekcji Kuczyński – Ciesielski mechaniczna rytmika "Będzie Plan" czy "Mojego Imperializmu" poruszy każdego, choć swoje robią też teksty. Ciechowszczyzna – jedyne w swoim rodzaju połączenie oniryzmu z politycznym niedopowiedzeniem inspirowanym Orwellem (ten sam materiał w wersji angielskiej wydano z tytułem 1984) – zestarzała się równie godnie, co reszta tego materiału. Chyba tylko Republice mogło się udać nagranie wieloznacznego utworu inspirowanego testami broni atomowej z 1951 roku na atolu Bikini. –Kacper Bartosiak

posłuchaj


Novi Singers: Torpedo 036Novi Singers
Torpedo
[1970, Polskie Nagrania Muza]

Jeśli szukać na tym albumie pierwiastka polskiego, to na pewno nie pod postacią sarmackiego przepychu. Może w epizodycznie wtrąconym słowiańskim akordzie, może w echu melodii zapożyczonej z przedwojennego musicalu, ale nie w rozbuchanej nadprodukcji dźwięku. Na swojej trzeciej płycie NOVI do minimum ograniczyli improwizacje i solówki, a urocze tematy wpisali w czytelne formy rond, wariacji i inwencji. Można odnieść wrażenie, że każda wyśpiewana tu przez kwartet sylaba wie skąd przyszła, kim jest i co ją czeka. Być może właśnie ta klarowność sprawia, że po dziś dzień Torpedo znajduje uznanie wśród szerokiego grona słuchaczy, nawet tych przywykłych do nieco prostszego śpiewania. A druga sprawa to energia. Słyszalna u zgodnie – raz swingowo, raz funkowo, a czasem wręcz transowo (utwór tytułowy) – pulsującego zespołu, ale też obecna pod postacią humoru przenikającego całe nagranie. Drugiej tak ładnej ballady o oddawaniu moczu w polskiej muzyce nie mamy! –Piotr Piechota

posłuchaj


Edyta Bartosiewicz: Sen 035Edyta Bartosiewicz
Sen
[1994, Izabelin]

Doskonale smakuje Edyta Bartosiewicz odsłuchiwana w autobusie z El Cotillo do Puerto del Rosario jadącym w przez pustynię o 6:45. Bomba rockowej energii, "Zabij Swój Strach", brzmi wtedy wyjątkowo pięknie i przekonująco, urodzinowe życzenia mają niemal moc sprawczą, a "Żart W Zoo" irytuje trochę mniej niż zwykle. Po raz kolejny docenia się to, co w płycie ceniło się od zawsze, czyli stare, dobre, polskie teksty. Ale okazuje się, że tak naprawdę niezłe są też kawałki anglojęzyczne, a szczególnie niezobowiązujące, pogodne "Angel". Niespecjalnie ujmuje "Move Over", ale tak się składa, że to tekst Janis Joplin. Neurotyczny "Sen" przypomina, że nie bez powodu artystka zebrała pokaźną wystawkę statuetek, wyróżnień i orderów, a krążek stał się klasyką polskiego pop-rocka.

Ktoś powiedział mi ostatnio, że kiedy myśli o polskiej muzyce lat dziewięćdziesiątych, przychodzi mu do głowy kilka ciekawych pomysłów i aranżacji, ale nie jest w stanie wymyślić nikogo o naprawdę imponujących możliwościach wokalnych. Oczywiście wywiązała się dyskusja, padły nazwiska takich ewenementów jak Justyna Steczkowska, ale Edyta Bartosiewicz została wrzucona do wielkiego wora głosów przeciętnych. Jakoś mnie to zdziwiło, przecież ciarki w okolicy piątego kręgu szyjnego pojawiają się nieprzypadkowo – i to przy niejednej piosence! Choć jeśli się dobrze zastanowić – daleko jej do Marii Callas. I sama mówi o swoim głosie, że nie ma niczego ponad "satysfakcjonujący pułap możliwości". Chodzi jednak o coś innego: o niepowtarzalny rodzaj ekspresji wokalnej, o naszpikowanie śpiewu niekoniecznie dobrymi, ale bardzo silnymi emocjami, o niespożyte zasoby energii, przerzucone ze sportu na muzykę. Sen jest chyba najdoskonalszą kolekcją tych momentów głosu Edyty, które na przemian wzruszają, niepokoją, utulają i zarażają potężną mocą. Nawet jeśli kilka kawałków na płycie wydaje się kompozycyjnie niedomagać, głos Bartosiewicz nie przestaje spopielać nawet po ostatnim, rozrywającym wersie "Zanim Coś".

Jakoś nie może mi się pomieścić w głowie, że Edyta Bartosiewicz jest w wieku mojej mamy. Co prawda zeszłoroczny krążek Renovatio jest dziełem kobiety spełnionej, i, stety lub niestety, pogodzonej, ale wciąż – Edyta koncertuje i ćwiczy Jeet Kune Do! –Monika Riegel

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Users: Nie Idź Do Pracy 034Users
Nie Idź do Pracy
[1999, C.O.D.E.]

Prawdopodobnie nigdy nie powstanie formacja bardziej przeładowana ciężarem kulturowym. Powagę sytuacji niech poświadczy reszta niniejszej listy – prawie cokilkunasta pozycja zawiera przynajmniej jednego z naszych bohaterów. To przekłada się na odbiór, bo jeśli kupujecie charyzmę ich macierzystych projektów, kupicie i Users. Współtworzący połowę polskiego niezalu Tymański i Milo Kurtis, nieco łatwiejsi do zaszufladkowania Brylewski, Trzaska i przedwcześnie zmarła legenda yassowego bębnienia, Jacek Olter, robią tu Świetlickiemu takie tło, jakiego nigdy nie zapewnili nikomu w żadnym ze swoich innych, często poważniejszych i bardziej absorbujących, projektów, i jakiego ten ostatni nigdy nie dostał grając ze Świetlikami. Przy czym "tło" to tutaj taka kategoria pomocnicza, bo jak często ta avant-żulerka sięga absolutu – nie policzysz. Co najwyżej zachwycisz się pięknym impro o yassowym rodowodzie; sposobem, w jaki zostanie za chwilę obsrane ogniem zaporowym zgranulowanego wokalu Świetlickiego, a potem jeszcze skumasz, jak punkowy potrafi być Olter. A potrafi być kardynalnie punkowy. Zupełnie nie przeszkadza, że kawał tych wszystkich tekstów o korporacjach, stalkingu i rodzeniu Słońca istniał już gdzieś w publicznie dostępnym obiegu jako wiersze czy inne bzdury. Jeśli na coś narzekać, to na to, że nie da się tych rozwlekłych form skipować, bo nagle wyskoczy Tymon cytujący "Iść W Stronę Słońca" i co wtedy zrobicie. Takie krotochwilne interpolacje i przygodny rynsztok toczący się z zapijaczonych mord potrafią uczynić najcięższą metafizykę znośną na całe życie, więc głupio byłoby je przegapić. Największa zasługa Nie Idź Do Pracy może właśnie tkwić w tej percepcjotwórczej kolizji jazzowo-postpunkowej erudycji z robieniem sobie przysłowiowego jaja. Pozycja obowiązkowa dla fanów zapadania grawitacyjnego bardzo masywnych gwiazd po pijaku. –Mateusz Jędras

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Laboratorium: Quasimodo 033Laboratorium
Quasimodo
[1979, Polskie Nagrania Muza]

Nie będzie większej przesady, jeśli określę Janusza Grzywacza i Krzysztofa Ścierańskigo największymi malarzami polskiej sceny jazzowej. Quasimodo jest chyba najlepszym dowodem uwypuklającym ich ciągoty do impresyjności i ulotności muzycznej materii, natomiast nie zapominajmy, że obaj muzycy zapisali się złotymi zgłoskami w dziejach polskiej muzyki nie tylko dzięki nagraniu wspomnianego krążka i kilku innych sygnowanych nazwą Laboratorium. Warto tutaj wspomnieć, że Janusz Grzywacz był jednym z bliskich współpracowników Zbigniewa Seiferta (!), natomiast Ścierański aktywnie realizował się poprzez swoje autorskie projekty oraz współpracę z m.in. String Connection (!!!), Krzysztofem Zgrają i innymi znakomitościami. Taki tam opis dokonań w telegraficznym skrócie.

Quasimodo to yang wszystkich jazzowych albumów firmowanych przez polskich artystów, których słuchanie było dla was gehenną, katuszami i mękami. Paradoksalnie, słonecznemu i relaksacyjnemu charakterowi tej muzyki sprzyja przedziwna konstrukcja płyty oparta na zasadzie "miniatura-dłuższy track-miniatura-dłuższy track itd.", która zamiast irytować, zdecydowanie ułatwia odbiór. Otwierający album "Przejazd" zapowiada progresywność i okołoambientowe przygody (z lotu ptaka wygląda to jak przelotne spotkanie Eno z Methenym), ale już drugi w kolejce "I'm Sorry, I'm Not Driver" doskonale potwierdza przyjęte wcześniej założenia. Fuzja zagrywek Weather Report, kalkulacji Steely Dan czy lekkości Herbiego to za mało, żeby opisać cuda, które odstawiają krakowianie na wspomnianym tracku. Wokalizy to jedno, ale podparte precyzyjnym i jednocześnie brawurowym basem Ścierańskiego przebiegi instrumentów wbijają w fotel. Zahaczający o minimalizm instrumentalny pochód na początku "Śniegowej panienki" antycypuje późniejsze dokonania Jazzpospolitej i innych mniej zdolnych epigonów grupy, natomiast kawałek tytułowy to podręcznikowy przykład na pokazanie toru ewolucji okołojazzowego soundu od, powiedzmy, King Crimson na Jaga Jazzist skończywszy. Z kolei napisana w hołdzie Seifertowi ostatnia na płycie "Ikona" to jeden z najpiękniejszych muzycznych hołdów w polskiej muzyce. Nie piszę tego bezpodstawnie, bo wałków o podobnych konotacjach już trochę w życiu słyszałem.

Kontrastując życiówkę grupy z ociężałą i często szaroburą polską sceną jazzową lat 70. nie trzeba przesadnie wielkich analiz do wyciągnięcia wniosków, że album krakowskiego ansablu jest jednym z najładniejszych, jakie się przytrafiły się kiedykolwiek polskiemu jazzowi. I niech owa "ładność" nie zostanie przez was odczytana pejoratywnie, bo zachwycających muzycznych treści jest na Quasimodo w bród. –Jacek Marczuk

posłuchaj


SBB: Follow My Dream 032SBB
Follow My Dream
[1977, Intercord]

Nowy Horyzont, studyjny debiut SBB, ukazał się rok po wydaniu The Lamb Lies Down On Broadway, jednego z ostatnich arcydzieł brytyjskiego rocka progresywnego klasycznego okresu. W wyobraźni dzisiejszego trzydziestolatka wychowanego na progu, pierwsza połowa lat 70. musi jawić się cudowną epoką erudycyjnych sporów o wyższości Close To The Edge nad Pawn Hearts, wypełnionych nerwowym oczekiwaniem na następcę Dark Side Of The Moon, które nasi mityczni, wąsaci wujowie toczyli w chwilach, gdy akurat nie nasłuchiwali z drżeniem serca niemniej mitycznego Radia Luksemburg.

W roku 1978, gdy SBB wydawali na zachodnioniemieckim rynku swój pierwszy anglojęzyczny album, w UK trwała już "jakaś inna epoka". Prog rock widziany oczami młodszego pokolenia słuchaczy przypominał Charliego Kane'a zamkniętego w swoim Xanadu, opuszczonego, starzejącego się, zgorzkniałego potwora targanego napadami sentymentalnego szału pod wpływem powracających wspomnień z poprzedniego życia. W RFN, Holandii, Skandynawii, Włoszech oraz niektórych państwach bloku wschodniego nurt nadal cieszył się jednak sporą sympatią publiczności. Podobnie było w Polsce, która zresztą do dzisiaj, "trochę przesadnie" zakochana jest w prog rocku i wiernie trwa przy swoich idolach z nocnych audycji Piotra Kosińskiego. Często wskazywana jest tym miejscu historyczna rola innego prezentera Trójki, popularnego "Kaczora" i powtarza się wyświechtany, mimo wszystko nieuczciwy frazes o tym, jak słynny dziennikarz "popsuł" Polakom gust, uparcie grając w swoich programach kolejne solowe albumy Jona Andersona i Rogera Watersa. Jednak o wiele ciekawszym niż playlisty Polskiego Radia z okresu PRL czynnikiem kształtującym w Polsce fenomen popularności prog rocka wydaje się być żywotna i kipiąca charyzmą swych bohaterów tutejsza scena jazzowa i jazz rockowa, z której wyrośli Skrzek, Anthimos i Piotrowski. Zapatrzeni w Mahavishnu Orchestra, dojrzewali artystycznie jako Niemen Group, zostawiając w spadku po krótkim okresie współpracy jedne z najciekawszych (i zarazem najbardziej niezrozumianych) albumów w dyskografii Wydrzyckiego. Później, już pod własnym szyldem stawali się w ekspresowym tempie coraz lepiej rozpoznawalną w kontynentalnej Europie marką, słynącą z wypełnionych improwizacjami koncertów, których zapisy szczęśliwie odnalazły się u Skrzeka na strychu i zostały w poprzedniej dekadzie zremasterowane i wydane na płytach CD.

Follow My Dream uchodzi powszechnie za świadectwo zenitu artystycznego SBB, najlepszą ich płytę. Trudno nie przyznać racji takim opiniom, szczególnie jeśli potraktować album jako ulepszoną, zwłaszcza produkcyjnie, wersję obłędnie dobrej Pamięci (przypomnianej tu anglojęzyczną wersją utworu "W Kołysce Dłoni Twych'). Nad Follow My Dream unosi się ciężar dominacji Skrzeka, który z euforią dziecka zamkniętego na noc w sklepie z zabawkami postanawia wykorzystać wszystkie instrumenty, o jakich kilka lat wcześniej mógł tylko pomarzyć i buduje syntezatorowy przepych, wobec którego skromniejsze partie gitarowe Apostolisa Anthimosa, bliskie Gilmourowi z okresu Meddle, schodzą na dalszy plan. A na finał, po efektownej serii instrumentalnych pasaży, malowniczych gier świateł podsycanych nawet żywieckim folklorem w psychodelicznym ujęciu, Piotrowski zagrywa swoje "When The Levee Breaks", Skrzek dokłada funkową partię basu, Anthimos odpowiada oszczędną, lecz zadziorną zmianą akordu i tytułowy utwór unosi się w pogoni za marzeniem, by majestatycznie osiąść na ziemi w brawurowo patetycznej kodzie. Kiedy słuchałem tego po raz pierwszy we wczesnym liceum, myślałem sobie: "niech ktoś zrobi z tego dobry sampel, szkoda, żeby taki numer istniał jedynie w pamięci fanów polskiego proga". "Nie ma sprawy", odpowiedział Madlib po latach. –Piotr Gołąb

posłuchaj


Kazimierz Jonkisz Quintet: Tiri Taka 031Kazimierz Jonkisz Quintet
Tiri Taka
[1981, Polskie Nagrania Muza]

Lester Bowie ponoć kiedyś stwierdził, że jazz to nie to CO grasz, ale to JAK grasz. Pewnie teraz nie zaskoczę nikogo: oczywiście ja się z tą optyką w ogóle nie zgadzam. Ale z jazzowymi albumami jest jeszcze dodatkowo taki oto pikuś, że nazwisko i mordeczka na okładce czasem niekoniecznie oznaczają człowieka w największym stopniu odpowiedzialnego za materiał i tym samym za doznania tak zorientowanych (kompozycyjnie) słuchaczy jak niżej podpisany. Kupiłem kiedyś całkiem "seminalną" płytę Moanin' sygnowaną nazwą Art Blakey & the Jazz Messengers. Z obwoluty łypie groźnie właśnie Art – to spojrzenie nie znające sprzeciwu, jakby chciał samą miną oświadczyć "ja tu rządzę". Lider, a jakże. Potem słuchacie i spoko, nie wątpię, że Blakey, perkusista skądinąd wybitny, swoją charyzmatyczną grą nadaje ton całej drużynie, niczym kapitan na sportowym boisku, ale sprawdzacie i... Koleś nie napisał tych numerów. Zrobili to saksofonista Golson i pianista Timmons. A więc zerknięcie do książeczki albo co najmniej do neta wydaje się tu niezbędne, żeby pewne kwestie wyklarować. Zawsze warto mieć jasność, kto jest projektantem tej dźwiękowego konstrukcji, a kto wykonawcą (pamiętajmy, jak protestował oburzony Schubert, że nie będzie zniżał się do rzemieślników z orkiestry, którzy odgrywają jego partyturę).

Dlatego wyobrażam sobie, jak "typowy czytelnik Porcys" zasiada do odsłuchu Tiri Taki i myśli sobie "oo, ja pana znam Kazimierza, fajny" ("bo to jest facet z wielkim doświadczeniem, zna salony międzynarodowe, pewnie bardzo łatwo będzie mu dotrzeć do wszystkich menadżerów"). I ma rację, bo Jonkisz to faktycznie bębniarz wyśmienity, który zresztą ujawnił się na kilku albumach z niniejszego topu oraz paru, które do setki kandydowały (a i również obdarzony specyficznym poczuciem humoru pan profesor od bębnów – kolega z komentarza do miejsca 21 potwierdzi). No ale tu mamy jego "własny" krążek. Zaczyna się dość niewinnie, od quasi-tytułowego, akustycznego funky, sporadycznie rozprowadzanego improwizacjami (gospodarz ma nawet krótkie solo). Potem wypada podelektować się prawie dziesięciominutową, szlachetną opowieścią "Wszyscy Czekamy", czułymi refleksjami "Dla Sławosza" i zgrabnymi, przygodowymi pasażami "Joewer". Jest pysznie, jest odlot, ale i tak nic nie przygotowuje na rozrywające, metafizyczne, godne Coltrane'owskich rozmów z Bogiem przełamanie około drugiej minuty w epickim "Tuohitorvi". Narastająca jak kula śnieżna intensywność wykonu i jakieś wyższe porozumienie między muzykami w tym arcydziele nie są i tak w stanie przesłonić jednego z najbardziej katartycznych motywów ever written (wyzyskanie do maksimum magii "zostania na jednym dźwięku w basie"). Razem owocuje to imho najboleśniej pięknym, jakby definitywnym i ostatecznym epizodem w całej dyskografii krajowej synkopy – trochę takim rzadko spotykanym momentem, w którym emocjonalne wrzenie wynikające z samego układu dźwięków sięga po prostu masy krytycznej.

No i co? Kto za tym stoi? Owszem, ci bliżej zainteresowani tematem od razu rozpoznają, kto tu zapyla równie iskrzące, co słowiańsko melancholijne partie skrzypiec – nie, to nie jest ani udręczony duchowo Seifert, ani dziwacznie zwichrowany Urbanator. Ale "typowy Porcysiak" raczej nie skojarzy ich po frazie, więc dopiero po wysłuchaniu całości oczarowany zgoogluje se creditsy. Wow, no taaak, niezły personel: piano Skowron, sax Olejniczak, bas Łukasik... A skrzypce i kompozycje? Kto zacz? And suddenly they're like "omg, wtf, whoa, whoa... oh no... him again?". Yes. Him again. Amen. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time