SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Mieczysław Kosz: Reminiscence 030Mieczysław Kosz
Reminiscence
[1971, Polskie Nagrania Muza]

Na Reminiscence, zawierającym dwie autorskie kompozycje Kosza oraz numery Borodina, Chopina, Liszta i Beatlesów, pianista kradnie motywy, by rozprowadzić je w kreatywnych impresjach i na podobnej zasadzie konstruuje swoje utwory. Całość wieńczy ekspresyjne "Spełnienie" Bronisława Suchanka i to byłby całkiem udany album z eleganckimi, jazzowymi interpretacjami klasycznej i popu oraz nasyconymi, nerwowymi kompozycjami własnymi. Muzykolodzy mogliby doszukiwać się w gęstwinach melodyki śladów romantycznych czy "słowiańskich", słuchacze mogliby się delektować evansowskimi harmoniami, kolorystyką, fakturą i dynamiką – czasem debussy'ańskimi, czasem jarrettowskimi, a czasem horowitzowskimi a rebours. To byłby całkiem udany, elegancki album, gdyby nie jeden drobiazg: absolutnie wstrząsające zwątpienie introwertyka, takie subtelne wahanie, obecne w każdym takcie, które bynajmniej nie ciąży w żaden sposób graniu Kosza (bo te kawałki są w gruncie rzeczy bardzo zwinne i swobodne), ale dodaje mu głębi i niespotykanej emocjonalności. Liryczny rozpizd. –Krzysztof Michalak


posłuchaj


Republika: Nieustanne Tango 029Republika
Nieustanne Tango
[1984, Polton]

Republika znakomicie godziła bezkompromisowe ambicje z talentem do pisania nośnych kompozycji. Nie chcę się tu wdawać w domysły, jak wyglądałaby dziś recepcja dorobku zespołu, gdyby los jego lidera nie potoczył się tak tragicznie, bo do niczego to nie poprowadzi. Bardziej interesującą kwestią wydaje się swoista kolejność dwóch największych osiągnięć Republiki: a więc Nowych Sytuacji oraz Nieustannego Tanga. Nietrudno chyba zgadnąć, że dla fanów, pasjonatów czy nawet dziennikarzy, tym bezspornie najlepszym krążkiem jest debiut, z kilkoma klasycznymi, niepozbawionymi historycznego znaczenia utworami, jak "Śmierć W Bikini", "Arktyka", "Mój Imperializm" czy "Nowe Sytuacje". To oczywiście świetne i ważne utwory, tak jak i cała pierwsza studyjna płyta z biało-czarną okładką, którą cenię i uznaję jej wkład w polską muzykę. Jednak gdybym miał wskazać artystyczny szczyt na długim dystansie grupy, to bez wahania i zastanowienia postawiłbym na Nieustanne Tango. Z prostej przyczyny: podczas gdy na debiucie było słychać, że skład wciąż jeszcze szuka swojego własnego języka, posiłkując się przy tych poszukiwaniach (z zadowalającym skutkiem zresztą) post-punkiem i nową-falą, tak na drugim krążku, Republika jest już ukształtowanym monolitem, w pełni świadomym swoich poczynań i ruchów.

Formalna struktura utworów na Tangu jest znacznie bardziej wykoncypowana, pełna eksperymentów i nieszablonowych założeń. Prawdopodobnie to właśnie jest czynnikiem, który decyduje o większej atrakcyjności poprzedniego dzieła – wykluwa się wręcz opozycja "łatwy" debiut i "trudny" sofomor. Niemniej to w tych pozornie bardziej wymagających utworach kryje się prawdziwa wielkość Republiki. Już tytułowy opener, choć wstępnie niezapowiadający rewolty, jest zupełnie inaczej zaaranżowany od wcześniejszych nagrań bandu. Zwłaszcza rytm tanga uwypukla "nową sytuację" – z tych rzeczywiście nieustannych powtórzeń, którymi włada Ciechowski swoimi żarliwymi wokalizami, wypływa kompletnie nowy charakter dźwięków. "Psy Pawłowa" to podobne podejście do motoryki, ale z kolei rwana kompozycja bardziej przypomina Gang Of Four z Solid Gold, niż zespoły typu Magazine, więc i tu czuć świeżość. W "Na Barykadach Walka Trwa" pośród basowych figur wycinanych przez Kuczyńskiego i piłujących riffów Krzywańskiego,swoje kapitalne melodyczne zakręty na klawiszach dodaje Ciechowski. No i ten frenetyczny finał, w którym wszyscy muzycy w gorączce ogrywają wciąż ten sam takt (nawet jakieś ska się pojawia!). A co z obłąkanym midsection "Hibernatusa"? A rozpoczynająca "Zróbmy To (Teraz)" widmowa repryza openera, do której dochodzi potem jakiś quasi-Queenowy recital, zakończony agresywnym, triumfalnym, tytułowym zaśpiewem w towarzystwie gitarowych posiłków? Czy wreszcie mój ulubiony "Obcy Astronom", którego mógł nasłuchać się Thom Yorke, jak obmyślał kształt The King Of Limbs (serio, sprawdźcie beat i wejście gitki na 0:22). A żeby tego było mało, jak słyszę "wysyłam w kosmos pocałunki swe", to po prostu coś we mnie pęka i wzruszam się maksymalnie. Ale już wystarczy tych rozważań i refleksji – czas już do tanga. –Tomasz Skowyra


posłuchaj


Tomasz Stańko Quintet: Music For K 028Tomasz Stańko Quintet
Music For K
[1970, Polskie Nagrania Muza]

Słuchacze, którzy znają Stańkę z jego XXI-wiecznych dokonań, będą z pewnością zaskoczeni. Music For K to jest Stańko, któremu bliżej do Aylera, Dolphy'ego circa Iron Man, a nawet Schlippenbacha i Brötzmanna, niż dajmy na to do Bakera. Z zespołu Komedy (któremu dzieło jest dedykowane) wyniósł wyczucie frazy i upodobanie do powabnych motywów, które tutaj są konstruowane niezwykle śmiało ("Cry" utwór) i ze skłonnością do ekstatyczności. Dramaturgii dopełniają harmoniczne szaleństwa Seiferta i Muniaka na saksach oraz wszechstronna sekcja, poruszająca się od agresywnej repetycji do skrupulatnego operowania barwą, a często łącząca oba podejścia na raz, co przy pełnym opanowaniu struktury kompozycji daje zapierający dech w piersiach europejski free na najwyższym poziomie. Ale to nie tylko jazz, ten album to w istocie żałobna suita, w której rozprawia się o życiu i śmierci, o przyjaźni i smutku, o wdzięczności i pamięci, o rozpaczy i szczęściu. To w końcu hołd oddany mistrzowi przez ucznia na jego pierwszym w karierze albumie sygnowanym własnym nazwiskiem i naznaczonym własną wrażliwością. Poruszające. –Krzysztof Michalak


posłuchaj


Kobong: Chmury Nie Było 027Kobong
Chmury Nie Było
[1997, Metal Mind]

Metal nie uzyskał na tej liście zbyt rozległego rozpoznania. Jego polscy czempioni przepadli w przedbiegach: zarówno Kat uznawany za najlepszy thrash zza żelaznej kurtyny, jak i Vader czy Behemoth, które zyskały nawet większy rozgłos. Inaczej Kobong. Ten na krajowej scenie mógł uchodzić za wyrzutka. Zresztą pasowało to trochę do otoczki wykreowanej wokół grupy, która w pewnym stopniu dobrze reprezentowała charakterystyczne zawirowania ostatnich pięciu lat ubiegłego wieku z ich post-cobainowską miłością do uzewnętrznianej psychozy oraz towarzyszącym jej myślowym mętlikiem, zagubieniem czy podskórnym przeczuciem matrixu. Tuż przed wydaniem Chmury Nie Było zespół zagrał zresztą mini-trasę, uświetniając premierę Trainspotting, a urywki filmu wpleciono w dostatecznie neurotyczny klip utworu "Przeciwko". Jednak muzycznie Kobong to całkiem inna para kaloszy, nie pasująca ani do wspomnianych wielkich behemotów lokalnego łomotu, ani do naśladowców kalifornijskiej mody na nowe prądy metalu. Aż zadziwiające jak wyświechtany slogan o wyprzedzaniu swoich czasów pasuje do tej płyty. Znajdziemy tu co prawda elementy etno-estetyki, którą z lwim rykiem wprowadziła już Sepultura (duet: "Banjo"-"Rwanda"), obecny jest też ten pierwiastek miejskiego trybalizmu, wymiatający ulice jak Godflesh w swych mechanicznych repetycjach ("The Faithful"), zyskują one jednak nowy kompozycyjny imperatyw wyznaczany matematyczną precyzją Kondrackiego, Miechowicza i Sadowskiego oraz rozwiązłym zdyscyplinowaniem Szymańskiego, który za perkusją wyczynia niesłychane w tych czasach cuda. Jaki my w ogóle mamy rok? 1997? A więc Chaosphere Meshuggah i Obscura Gorguts ukażą się dopiero w przyszłym. I to się nazywa wizja, to znaczy być prekursorem. "Rzutując tę muzykę na szersze pole kultury otrzymujemy doskonałą artystyczną ilustrację zjawiska postindustrialnej nowoplemienności. Z tym, że o ile PRODIGY widziane w tym nurcie gra plemienną pieśń na centralnym placu zabaw, KOBONG jest outsiderem, świętym szaleńcem na tyle niebezpiecznym, że przemawia w tajemnym kręgu inicjowanych" – rozpływał się Rafał Księżyk w Brumie. "Siła, moc i piekielne kręcenie" – dodawał recenzent Andy na łamach Popcornu. I obaj mieli rację. –Wawrzyn Kowalski


posłuchaj


The Quartet: The Quartet / Loaded 026The Quartet
The Quartet / Loaded
[1979 / 1980, PolJazz, Leo]

Namysłowski i Ptaszyn strzelą focha, ale to Kulpowicz stworzył najbardziej wymiatający kwartet w historii polskiego jazzu. Z nazwą się nie wysilił, to fakt, ale to chyba złośliwie, żeby utrudnić googlowanie, coś jak The Band. A zaczyna się nie żadnym wymiataczem tylko błogą, rozpuszczającą balladą "The Promise", na której Erik Kulpowicz Satie pozdrawia Randy Szukalskiego Breckera, by zaraz potem płynnie przejść do Coltrane'owskich post-bopów, nie tracąc z oczu smooth-jazzowego pejzażu. Odsłuch "Arlekin Dance" nie może nie pozostawić na łopatkach. Wyobraźcie sobie Coltrane'a sprzed Ascension, tylko takiego gdzie liderem jest dyktujący tempo i nadający ton McCoy Tyner, a saksofonista ugrzecznia komunikat, wprowadza ładne melodie i jest Methenym saksofonu, ale zdarza mu się też przypierdolić, jak na "Macondo", gdzie kilka jego zwięzłych, dynamicznych zagrywek, przedzielonych samodzielnymi, znowuż tynerowskimi popisami Kulpowicza, wygląda tak, jak powinien wyglądać kanon jazz-rocka (ale nie wygląda). A nie wolno deprecjonować roli Stefańskiego i Jarzębskiego, bo to jest monumentalna, odważna sekcja, nie chowająca się za główne instrumenty, tylko uwypuklająca mocarność motywów. Zajebistość.

Do self-titled dorzucamy Loaded, dublujące dwa kawałki z Quartet – "Macondo" w długiej rozimprowizowanej wersji zahaczającej o free i podobnie wydłużone, niestety nieco rozwodnione "The Promise", ale też oferujące dwa nowe tracki, z czego "Mr. Person" to najbardziej soczyste, urywające dupę osiem minut w historii polskiego jazzu i biorę za te słowa odpowiedzialność. (Niech ktoś wskaże bardziej soczyste, hę?) Pewnie są ludzie, którzy mogliby Quartetowi zarzucić wtórność, zrzynę z Coltrane'a, spóźnienie o jakieś 15 lat, ale to są, proszę pana, "maly" ludzie. Bo jeśli coś spełnia kryteria efektownego, nieintelektualnego jazzu to tym czymś są właśnie dwie płyty opisywanej ekipy (z Warszawy). –Michał Zagroba


posłuchaj


Miłość: Miłość 025Miłość
Miłość
[1993, Gowi]

Kujoni jazzowi i gadatliwe manifesty. W opisie do Azure Excess potraktowałem Miłość, balansując na granicy lekko złośliwych kuksańców wobec projektu. Tymczasem sprawa od samego początku była poważna. Okręt flagowy yassu na płytach nie brzmiał, jak szczyty swady, improwizacji i buntu, ale wciąż był muzyką najwyższej klasy.

O sam yass i jego istotę kłócą się najmocniej wszyscy poza sami zaangażowanymi muzykami: Trzaska, Mazzoll i reszta poszła już daleko daleko w przód ze swoimi pomysłami i wszelkie odgrzebywanie tego tematu przyjmowali z miłym dystansem. O yassie to gadaj z Tymonem – padało, kiedy coś próbowałem od nich na ten temat wyciągnąć. Spryciarz zrobił tak efektywnie szum, że trwa on trochę do dziś.

Tymon naprawdę knuł same nieprawdopodobne plany. Jeżeli w tej chwili spojrzy się na skład "klasycznej" Miłości, to widać tak wielkie nazwiska, że one nie powinny występować razem. Takie osobowości działają solo, a nie są podporządkowane. Mam wrażenie, ze niecnym planem na Miłość była wspólna gra samców alfa z innych bajek. Musieli współpracować i robili to, będąc maksymalnie roziskrzeni: z jednej strony Trzaska walczył o wolność, a z drugiej Możdżer trzymał klasyczne ryzy porządku. W ten sposób powstała muzyka jednocześnie frapująca i czerpiąca całymi garściami z idoli "zastanego" polskiego jazzu. Ułożona i gotowa zaraz do wybuchu.

Podobno to wszystko wyglądało inaczej na koncertach. Było bardziej dziko, dziwnie i był yassowy zlew ze sceny. Tak samo ponoć było z Kurami. Tymon jednak z jakiegoś powodu w studiu wolał uwidaczniać tę przeciwległą naturę swoich projektów. Debiut Miłości właśnie taki jest. Perfekcyjnie wykonany, gdzieś w napięciu czeka, by walnąć cię z dyńki w czoło. –Ryszard Gawroński


posłuchaj


Kaliber 44: W 63 Minuty Dookoła Świata 024Kaliber 44
W 63 Minuty Dookoła Świata
[1998, S.P.]

"Polski hip-hop jak polski curling", rzucił z goryczą Jurgen Kaczówka niedługo po Olimpiadzie w Ateeenach. A przecież zaledwie kilka lat wcześniej (gdzieś na wysokości igrzysk zimowych w Nagano), wydawało się, że nasz hip-hop czeka przyszłość – może trochę niedorobiona, trochę niezgrabna – ale mimo wszystko świetlana. Ilekroć pomyślę o tym wczesnym, już nie założycielskim, jeszcze trochę pionierskim etapie rozwoju rapu nad Wisłą, mam raczej wrażenie, że "polski hip-hop jak kulty cargo". I nie jest to diss, a wyraz kompletnego rozczulenia. "W szejsiątczy" z wyglądu i charakteru naśladuje nagrania złotych lat hip-hopu amerykańskiego – jakieś De La Soul, Boogie Down Productions. W jaki sposób młodzi Kalibrowie dobrali się do tych materiałów – pozostaje jedną z najgłębiej skrywanych tajemnic Śląska (ex aequo: Sztolnia Czarnego Pstrąga). Bywa, że są to patenty podpatrzone i odtworzone chyba trochę na czuja (patrz: bidulne, 3 minutowe intro Feel-Xa), ale znacznie częściej chłopcy wydają się doskonale wiedzieć, co robią, nawet jeśli w rzeczywistości wiedzieli albo nie do końca, albo wcale. Jest tu taka dawka sznytu, kunsztu, dowcipu, talentu i (przede wszystkim) autentycznej, "młodzieńczej kurwa miłości do rapu", że na jakiekolwiek wytykanie epigoństwa nie ma miejsca ani w Uzasadnionej Szkole Krytyki, ani na moim osiedlu (domków jednorodzinnych). Świat Kalibra to świat, w którym w 63 minuty mieszają się blanty, korki z polskiego, Mikimol, blanty, głęboka prawda o życiu, oraz znikąd pojawiające się erudycyjne geek-wtręty, rzucane niby na oślep, a przecież zupełnie w punkt. Jak bardzo POLSZCZYZNA tych tekstów jest bezinteresownie soczysta i chwytliwa, to się w głowie nie mieści. "Pożycz mi żetonu, muszę skorzystać z telefonu"? Gałczyński gdyby żył toby pił (zdrowie polskiego rapu). –Aleksandra Graczyk


posłuchaj


Zbigniew Namysłowski: Winobranie 023Zbigniew Namysłowski
Winobranie
[1973, Polskie Nagrania Muza]

To płyta która chyba jak żaden inny album łączy liryzm i melodykę Komedy z frazą po aylerowsku rozchełstaną i po coltrane'owsku intensywną, oparta na równowadze między tymi elementami, której chyba nigdy nie udało się we fryturze osiągnąć Tomaszowi Stańce. Kapitalny i klasyczny, a przy tym tak strasznie nonszalancki jest powracający na płycie główny temat, spinający album w przemyślany i konsekwentny sposób. Sekcja Jarzębski/Jonkisz pracuje jak maszyna, czasem trochę jak Czukay/Liebzeit ("Gogoszary"), kompozytor sięga po rozwiązania łączące folklor z orientalizującym zacięciem, a jeśli chodzi o siedem lat, na które rozlewa się fonograficzna biała plama między świetnym przecież debiutem Namysłowskiego w roli lidera a tym, najjaśniejszym punktem w jego dyskografii (sorry Kujaviak), to niewiele rzeczy lepiej ilustruje pojęcie bezkompromisowego rozwoju. –Łukasz Łachecki


posłuchaj


Atman: Tradition 022Atman
Tradition
[1996, Fly]

Atman był najlepszym polskim zespołem rockowym. Im dłużej się o tym zastanawiam tym bliższa jest mi ta myśl. Przeanalizujmy to:

1. Nazwa
Buddyzm, te sprawy, wiadomo – sztos. Umiejętnie dobrane samogłoski – tru story. A przy tym jak ładnie indeksuje się w Googlu.

2. Imidż
Polska jest krajem, gdzie jedynym społecznie akceptowalnym ruchem pro-ekologicznym jest Polski Związek Łowiecki, bo myśliwi dokarmiają sarenki na zimę, a segregacja odpadów polega na rozkmince czy śmieci zawieść do lasu, czy podrzucić sąsiadom. W tym kontekście pisanie utworów o zatopionym statku Greenpace ("Lullaby For Rainbow Warrior") jawi się jako najbardziej antyestablishmentowa postawa w polskiej muzyce popularnej, jaka przychodzi mi do głowy. Wliczając Kaczmarskiego i Lady Pank, którzy jak powszechnie wiadomo obalili komunizm.

3. Muzyka
OK, mam niejasne przeczucie, że kiedy Rob Tyner krzyczał "Kick out the jams motherfucker", to nie do końca miał na myśli solówki na cytrze i barwne pasaże na dulcimerze, ale stało się. Tradition to najbardziej równy album w dorobku Atmana (i później Karpat Magicznych). Brzmienie wypracowywane latami i mające swoją kreatywną kulminację na poprzednim, bardziej "eksperymentalnym" Personal Forest, tutaj zamyka się w daleko bardziej przystępnej formie. Na Tradition udało się absolutnie wszystko, łącznie z coverem Jimiego kurwa Hendrixa. Nie co dzień się zdarza, żeby polska muzyka rockowa weszła, jak równy z równym, w dyskurs ze światową kulturą popularną. I to jest oczywiście pospolity truizm, ale jesteśmy z niespełna czterdziestomilionowego kraju daleko od szosy – nasza cała kultura jest jednym wielkim truizmem. The Incredible String Band wydarzyło się w latach sześćdziesiątych, gdzie indziej. Wtedy mój tata zapewne oglądał w telewizji Bonanzę i doznawał przy The Shadows albo Beatlesach. Gdyby mój kochany tata wtedy chciał zostać muzykiem, nie wymyśliłby The Incredible String Band, nie ma takiej możliwości. Atmanowi udało się stworzenie brzmienia, które było kreatywną i błyskotliwą, ale mimo wszystko kontynuacją pewnego trendu w muzyce. Jestem przeświadczony, że ta muzyka, w swojej kategorii, nie ma sobie równych na świecie. Patos, Portos i Cersanit. Polska GOLA.

Tam gdzieś w pierwszej dziesiątce zobaczycie pewnie Czesława Niemena, jedynego polskiego artystę, który w swoim czasie był "relevant" w muzyce pop. Atman jest "relevant" może w węższym gronie post-hippy etno grania, ale to wystarczy żeby być najlepszym polskim zespołem rockowym. To tyle jeśli chodzi o moje Werther's Original. –Paweł Nowotarski


posłuchaj


String Connection: Workoholic 021String Connection
Workoholic
[1982, PolJazz]

"Kto to, kto to? Na melanżu dwaczterynadobę, w największy deszcz, w najchujowszą pogodę". Pamiętacie takie otwarcie utworu? A o tym, że chociaż "Sie żyje" to jednak "Armageddon" jest blisko? Urodzeni w latach 80-tych pewnie dobrze znają te dwa numery ze Skandalu Molesty, bo wysłuchiwali ich na ripicie, siedząc na osiedlowej ławce. Młodzi mogą nie znać, bo dorastali już pod Planem B (no dobra, w Jadło ;) ), a jak nie znają, to niech nadrobią. Starsi mogą nie znać i jeszcze się gniewać na młodzieżowy rap, natomiast jak są niby tacy kulturalni, że na rap się obrażają, to powinni byli w 1982 słuchać jazzu! A jak słuchali, to doskonale znają bity "Sie Żyje" i "Armageddon", bo zostały oparte na samplach z płyty Workoholic zespołu String Connection przewodzonego przez Krzesimira Dębskiego. No właśnie, ale czy opus magnum tego zespołu (moim zdaniem opus magnum, ale ja mam tę płytę wgraną na stałe do głowy, bo słuchałem jej na ripicie na przemian ze Skandalem) to tylko jazz, czy może jeszcze dużo więcej?

Płytę otwiera dynamiczna, funkowa "Bokra" Dębskiego z harmonią i basowym groovem (niezrównany i piekielnie utalentowany Krzysztof Ścierański!), jakiego nie powstydziłby się ani Nile Rogers, ani Mr. Oizo. A jednocześnie w melodii skrzypiec słychać, że jesteśmy w Polsce, w tej zadymionej, klubowo-kawiarnianej, wódczanej Polsce, przy czym solówki klawiszy i saksofonu, oraz funkująca gitara to zachodni świat pełną gębą. Następnie rozrzewnia… nie, to złe słowo – wzrusza, tak zwyczajnie i do łez wzrusza "Cantabile in H-Moll" (dla urodzonych po 1982: "Armageddon") ogromną wrażliwością włożoną w każdy dźwięk tematu i tego jak instrumenty go otaczają. To po prostu piękna piosenka, tylko z solówką zamiast wokalu. Następnie na szaloną, ale jednak radosną przejażdżkę z wieloma zakrętami zabiera nas klawiszowiec Janusz Skowron w kompozycji "Kill The Raven". Znowu wszystkie solówki na najwyższym poziomie i fusion niczym kupiony w Pewexie. Do tego solo na basie przy którym buzia się otwiera, ale nie po to, żeby gadać, tylko z podziwu. No, może żeby zapytać: "dlaczego nie tańczysz?". "Quasi String Waltz" to znowu Dębski, i to przez moment grający razem z Dębskim, czyli wykorzystanie technologii wielośladowego nagrywania, żeby się sklonować razem ze skrzypcami i stworzyć parę minut ilustracyjnęj muzyki, która od amerykańskiej akustycznej melancholii przechodzi do brytyjskiej syntezatorowej psychodelii z polską rytmiką. Widać, że kompozytor nie tylko w jazzie daje radę.

Dalej najmocniejszy punkt płyty, czyli tytułowy "Workoholic". Nie dziwota, że chłopakom z osiedla chciało się żyć przy takim kawałku, który nieśpiesznym funkowym groovem (braaa-wo Zbigniew Lewandowski) z doskonałym tematem potrafi wprowadzić atmosferę większego relaksu niż najlepszy blant. "Seekuh" to jedyny na płycie numer Ścierańskiego, co od razu słychać, bo temat jest zagrany na basie z efektami z charakterystycznym "ścierańskim" brzmieniem (kto słyszał, ten wie o co chodzi). Bardzo przyjemna, momentami smutna, a momentami erotyczna ballada, wspaniała odskocznia od basowego strzelania kciukiem (strzelania najwyższych lotów oczywiście). Po niej następuje również nieśpieszny "Primary" Skowrona, z dramatycznym otwarciem i przynoszącą ukojenie następną częścią. Ciężko scharakteryzować gatunek tego utworu, bo określić mianem fusion takie ładne dzieło byłoby nieadekwatnie, a jednocześnie w pewnym momencie pojawia się bujający bridge z solówką klawiszy, pod którą spokojnie podpisałby się Herbie Hancock. Album zamyka szybki i nerwowy "Gutan Dance" Dębskiego, znowu jakby ilustracyjny, pozwalający sobie wyobrazić scenę pościgu samochodem marki Syrena za jakimś amerykańskim krążownikiem szos, przy czym Syrena nie zostaje wcale w tyle, a w dodatku jedzie zupełnie swoją drogą.

Po przesłuchaniu całości rysuje się bardzo interesujący obraz płyty zachwycającej świeżością (nawet dziś), pomysłowością harmoniczną i kreatywnością melodyczną, świetnym wykonawstwem, przy tym płyty działającej na wyobraźnię i bogatej w wiele estetyk, nieraz wymykających się etykietce jazz. W związku z czym być może należałoby powiedzieć, że Workoholic to wybitny przedstawiciel gatunku Krzesimirpop? Aha, nawet jak ktoś jest zatwardziałym wrogiem muzyki, to od Dębskiego i tak nie ucieknie, bo na pewno ktoś z jego otoczenia włącza telewizor, żeby oglądać Na Dobre I Na Złe, a tam tytułowy utwór napisał...

PS. Panie V.O.L.T., może się pan nie obawiać procesu o niewyczyszczenie sampli, wiem z dobrego źródła ;) –Remek Zawadzki


posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RideWeather Diaries
Brian EllisMirror/Mirror