SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Pudelsi: Psychopop 090Pudelsi
Psychopop
[1999, S.P.]

Nie mogło na liście zabraknąć takiej postaci, jak Maciej Maleńczuk, co nie? A właściwe bądźmy precyzyjni: nie mogło zabraknąć na niej Psychopopu, który do dziś uchodzi za największe albumowe osiągnięcie Püdelsów. Formacja postawiła tu na eklektyczny mariaż niekoniecznie przyswajalnych składników oraz pakiet chwytliwych, łatwych do odczytania, popowych szlagwortów, wciąż jednak zamkniętych w konwencję rockowej piosenki (stąd między innymi wziął się tytuł krążka). Wielu stawia sobie za cel osiągnięcie takiej równowagi w poczynaniach, ale wiadomo, że tylko nielicznym udaje wrócić z tarczą z takiej potyczki. Bieniasz, Hajdasz, Deriglasoff i Maleńczuk są przykładem ekipy, której ta sztuka na luzie się udała. Wystarczy szybki przegląd tracklisty, żeby się o tym przekonać. Na pierwszy rzut idzie absurdalnie zażerający dancing "Emeryten Part", następnie okraszona branżowym komentarzem, tytułowa wizytówka longplaya, dalej latynoska przyśpiewka "Samba Mamba" i śmigający na rasowych riffach "Szpaner". Pierwsze cztery kawałki i wszystko jasne, a przecież pod piątym indeksem mamy krzyżówkę reggae'owej rytmiki i 60sowej piosenki "Noś dobre ciuchy", a pod szóstką pędzące w gitarowym wygrzewie "Szuwary" z mistrzowskim storytellingiem i interpretacją Maleńczuka. Choć jeśli chodzi o warstwę tekstualną, najlepsze dostajemy w złożonej z jungle'owego loopa i acidowego sosu "Kolacyi", która w zasadzie nie odstaje od leksykalnych ekscesów Tymona na Kabloxie. Idziemy dalej? Zwiewna historia o rozterkach pierwszej kobiety w raju "Boski ogród" urzeka hookami w refrenie, "Lucyfugus", choć z lekko irytującymi quasi-didaskaliami, wynagradza wszystko wybuchem "Panta RHEEeeeEEEeeI" na 1:30, no i jest oczywiście lekko Floydowsko-bluesowy standard na 6/4, "Jestem sam", ze słynnym "grałem pop / * / grałem jazz / * / grałem rocka" (zresztą na omówienie tego tekstu, jak i pozostałych na Psychopopie przydałoby się inne miejsce). A na koniec niemal filmowa, dziesięciominutowa narracja "Wampir", której w świetle dzisiejszych wydarzeń nie powstydziłby się nawet Mark Kozelek. Także nie ma złudzeń: Psychopop rządzi. –Tomasz Skowyra

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Siekiera: Nowa Aleksandria 089Siekiera
Nowa Aleksandria
[1986, Tonpress]

Zardzewiała wschodnia Europa w połowie lat 80. Czas czołgów na śniegu właśnie się skończył, ale białe lady nadal straszą. Wszystko, jak ujął rzecz Paddy McAloon, "as obsolete as warships in the Baltic". Rozpad, zmierzch imperium, dymiące kominy i gruz. Nowa Aleksandria to przewrotny tytuł, bo przecież biblioteki już dawno spalono, światła latarni brak – w mroku za oknem siekierezada tysiąca i jednej ciemnej nocy. Z tego albumu aż bije chłód. Choć zwrotu w kierunku zimnej fali starzy załoganci nie mogli Adamskiemu wybaczyć, a nawet próbowali wyperswadować mu ten pomysł za kulisami, to druga Siekiera jest na wielu poziomach bardziej nieustępliwa i skrajna, niż wcześniejsze bestialskie nagrania. Najlepszym punktem odniesienia pozostaje debiut Killing Joke. Tam też pojawia się obsesja zgliszczy i ruin, która ostatecznie sprawiła nawet, że Geordie Walker przeprowadził się na stałe do ezoterycznej, centralnej Europy. A jednak Nowa Aleksandria to płyta zorientowana dokładnie w przeciwnym kierunku. To album graniczny: ktoś ciągle gdzieś rusza, dokądś idzie, próbuje się wyrwać. Szczątkowe teksty demaskują marionetkowe społeczeństwo, odkrywają fasadową rzeczywistość. Siekiera wypowiada jej wojnę. Bębnienie Musińskiego jest bardzo fizyczne, bas nie traci na chwilę mechanicznego rytmu, Młynarczyk klawiszami zapala na horyzoncie zimną łunę pożogi, a surowe riffy Adamskiego uzupełniają ten kadłubowy, potrzaskany pejzaż. Kluczem do interpretacji płyty jest piosenka "Ludzie Wschodu". Z kim my tu właściwie mamy do czynienia? W Przyjdzie Mordor i nas zje Szczerka jeden z galicyjskich znajomych tłumaczy narratorowi ukryte znaczenie geografii Śródziemia, które tak naprawdę reprezentowało spojrzenie angielskiego dżentelmena na ówczesną Europę. Na wschodzie są pustkowia, tam mieszkają Easterlingowie. Na wschodzie leży również groźny słowiański Mordor. Przejrzałem kilka nałożonych na siebie map – w najlepszym wypadku Samotna Góra nakreślona jest w okolicach Piły, w najgorszym Polska jest białą plamą bez jednego znaku. Pustką. Idziemy więc: przez las, na skraj, na zewnątrz. Tutaj, czyli nigdzie. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj


Kozidrak: Beata 088Beata Kozidrak
Beata
[1998, EMI]

Tak, to jest ten moment: patrzysz i nie wierzysz. Już czubki palców zaczynają płonąć hejtem, już powoli zaczyna on skapywać na klawierę, już tera-zaraz-natychmiast ironia-negacja-oburzenie. O Kozidrak napisali! Jak śmieli! Pewnie jeszcze o puszystych misiach albo o muszce nie zabitej przez Nosowską albo o numerze 48 z serii Polish Jazz zapomnieli! Wiem, kolego, koleżanko, pewnie szukasz tutaj potwierdzenia, że ogarniasz ten Poland, fajne nutki sobie obczajasz i w ogóle jest uber. Kwestia jednak opierasz się na tym, że zamiast wrzeszczeć "zamiast mojego ulubionego schabowego, do jedzenia dali mi pomelo!", warto po prostu posłuchać i poeksperymentować. Na każdą listę może wpaść Mr. President i dzisiaj trafiło na Beatę. Pierwszy album Beaty Kozidrak to rasowy pop głównego nurtu z czasów, kiedy nasza popkultura nie zaliczyła przaśnych i niszczących 00s. Siedzisz i siedzisz, myślisz i myślisz i przy takim sztosie jak "Olek" (!), miękkiej produkcji, tych wszystkich sophisti jazzowo-gitarowych wstawkach nie sposób nie kojarzyć całej armii Porcys Darlings. Lubisz Bird And The Bee, Izę Lach, "Just The Way You Are", Kindness, Steely Dan, Rycerzyki, Sally Shapiro, "Nic O Mnie Nie Wiecie", Plastic, Róisín, Furię Futrzaków, "Marcello", Sophie Ellis-Bextor, Nellie Mckay, Air, "Let's Get Ready To Crumble"? Polubisz Beatę. To ten sam język. –Ryszard Gawroński

posłuchaj


Czerwone Gitary: Spokój Serca 087Czerwone Gitary
Spokój Serca
[1971, Muza]

Początek rządów Edwarda Gierka nie był dla Czerwonych Gitar udany. Wiatr zmian wiał od morza, docierały wieści o rozpadzie Beatlesów, a w kraju coraz częściej powtarzano plotki o śmierci estetyki beatowej. Oczywiście, patrząc na rzecz chłodno, polskie grupy instrumentalno-wokalne tkwiły ze swoimi inspiracjami nadal w pierwszej połowie lat sześćdziesiątych i publiczność zaczęła chyba ten fakt coraz wyraźniej dostrzegać. Na VIII Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu widownia gwizdami i buczeniem podjęła reprezentantów młodzieżowego stylu. Krawaty zaczynały zaciskać im się na gardłach. Kryzys nie ominął także najpopularniejszego polskiego ansamblu. Właśnie w 1970 roku Czerwone Gitary opuścił Krzysztof Klenczon, co spowodowało tak wielkie problemy tożsamościowe, że rozważano nawet zmianę nazwy na "Krajewski Band". Zwolennicy grupy coraz częściej ziewali na koncertach. Miarka przebrała się, gdy tygodnik Dookoła Świata opublikował pochwalny artykuł na temat zespołu. Rzesza czytelników zdecydowała się go listownie oprotestować: "Ambicje dzisiejszej młodzieży sięgają nieco wyżej. To, co kilka lat temu było cudowne, dzisiaj już nie cieszy" – pisała na ten temat pani A.M. Głowacka z Krakowa – "Czy pan zauważył kto do nich pisze? Głupie gęsi 14, 15, 16-letnie. Z Beatlesami mają tyle wspólnego, że jest ich czterech i trzech gra na gitarach, a jeden na perkusji. Ja bym raczej porównała ich do kaszy, którą się je codziennie przez cztery lata" – ironizowała dalej zniesmaczona czytelniczka.

Czerwone Gitary musiały więc szybko znaleźć sposób, by tę trącącą myszką kaszę zamienić jakoś w cudowną mannę. I udało się, bo pomimo niepokojów, grupa nagrała w tym okresie swoje dwie najlepsze płyty. Album Na Fujarce pod wieloma względami oznaczał prawdziwy przełom. Prezentował odważniejsze, testujące oblicze Gitar. Chłopaki miały chyba świadomość, że piszą całkiem nową historię, zrywając w końcu łatkę "wyrośniętych przedszkolaków", a utwory w stylu "Dawno i Daleko" czy tytułowy były wtedy najlepsze w całymi ich dorobku. Choć płyta spotkała się z chłodnym przyjęciem, to zespół nie zamierzał już się cofać. Nagrany rok później Spokój Serca domykał wiele wątków poprzednika. Pozbawiony szufladkujących dźwięków fletu Dominika Konrada, nagrany przez tercet Krajewski, Skrzypczyk, Dornowski wydaje się też spójniejszy. Jest zresztą niemal w całości dziełem Krajewskiego, który zdecydował się porzucić obywatelską beztroskę cenioną przez państwowe rozgłośnie nad Odrą i Wisłą, proponując materiał dużo bardziej osobisty i niejednoznaczny. Tylko otwierający "Uwierz mi, Lili", ukłon w kierunku starych słuchaczy, nie jest jego autorstwa. Ta pocztówka wysłana nad Wołgę, wspomnienie dziewczyny na bratnim stepie, to również jedyny fragment, który tekstowo przypomina o beatowym kompromisie, choć i tak pewnie tyle samo w nim echa dziarskiego "płynie, płynie Oka", co oczu Poli Raksy. Dalej jest już tylko Pola Raksa. Spokój Serca wypełniają kameralne popowe kompozycje, piosenki o miłości w klimacie nokturnu: "Gdy Trudno Zasnąć" i "Jesteś Dziewczyno, Tęsknotą" zaskakują delikatnością, a razem z "Płoną Góry, Płoną Lasy", w którym gitara Krajewskiego "wciąż łagodnie łka", są rozdartym sercem tego kompletu. Do twarzy mu również z wyciszonym zakończeniem. Niewiele jest w polskiej muzyce zjawisk tak subtelnych jak ten album. Repertuar w żadnym wypadku nie jest ckliwy, raczej czuły i zaprezentowany z emocjonalnym wdziękiem, który współcześnie zyskuje jeszcze uszlachetniający odcień sepii – jak na starych fotografiach, gdzie trzymają się za ręce zakochani, których imiona dawno uleciały już z pamięci. –Wawrzyn Kowalski

posłuchaj


Christopher: The Show Never Ends 086Christopher
The Show Never Ends
[1977, Clay Pigeon Productions]

Prawdziwa perełka chamber-psych-popu z kraju nad Wisłą. A odpowiada za nią nie kto inny, jak sam Krzysztof Klenczon – z tym Christopherem to tylko taka sprytna sztuczka, dzięki której lider Czerwonych Gitar miał "gonić Zachód". Nie do końca mu się to udało, ale za to artysta popełnił bodaj najrówniejszą płytę w swoim dorobku (moje zdanie jakby co), przy okazji tworząc chyba najbardziej beatlesowski krążek sygnowany polskim nazwiskiem (no, powiedzmy). Bo nie dość, że angielski Klenczona jest na zadowalającym poziomie (a nie jakiś "Beger po angielsku"), to jeszcze same ułożone przezeń melodie są piękne jak Mazury latem, Zakopane zimą, a nawet jak Irena Karel w Poradniku matrymonialnym. Serio, jeśli chodzi o stylistykę, The Show Never Ends ociera się o takie nazwy jak Zombies, Smoke czy The Beatles właśnie, a więc fajna sprawa. Taki trochę polski Paul McCartney, bo nawet wokal jest mocno podobny. Jasne, to nie są tak wybitne piosenki, aby wstawiać Christophera do panteonu legend, ale mimo wszystko, w tym przesiąkniętym słowiańskością zestawie zebrała się pokaźna ilość hooków. Najbardziej wyrazisty skrył się w ekstatycznym refrenie "Dancing", który został jeszcze silniej uwypuklony dzięki mniej porywistej (świadomie) zwrotce. Rozpoczynający całość "Suddenly" to coś w rodzaju wypoczynkowego rewersu "Ob-La-Di, Ob-La-Da", uroczysty chorus "Workday" również wymiata, ale mknące po orbitach ścieżki klawiszy też warto docenić, no i "Vacation" jest z podobnej bajki, więc również ląduje w teczce z highlightami. Ogólnie ciężko powiedzieć, że coś jest tutaj słabsze, bo śmigający na temaciku jak z Wieczorynki "The Happy Song", zbliżający się niebezpiecznie do biesiady "Seven Days", czy nawet przesadnie uczuciowa serenada "Lost Soul", to kawałki, które w sumie też można zapisać na plus. Pozostaje się tylko się cieszyć, że Krzysztof "Christopher" Klenczon nagrał płytę, dzięki której potwierdził swoją obecność w drużynie z Andrzejem Dąbrowskim i Zbigniewem Wodeckim. Szacun. –Tomasz Skowyra

bull; posłuchaj


Starzy Singers: Rock A Bubu 085Starzy Singers
Rock A Bubu
[1999, Antena Krzyku]

Już. Proszę Państwa, a teraz Starzy Singers. Czekaj, jeszcze raz. Ale teraz się wydrę na maksa. Uwaga, a teraz Starzy Singers (tym samym mniej więcej tonem co poprzednio...). Buenos dias seniorita wbijaj marsa jesteśmy kwita. Starzy Singers mieli wpływ na moje poczucie humoru. Na to jak się wyrażam. W skład arsenału złotych sentencji, którymi imponuję w towarzystwie do dziś wchodzą takie nobliwe stejtmenty jak: "Janek Kos by to wygrał wyjmując pistolet z kabury", "czy coś w tym rodzaju zależy w jakim kraju", "Allright is OK, allright is goodbye. Allright is OK, OK is allright", "git brukselka", "gdzie jest mój bryloczek?", "nie ma już prawdziwych żab w Nasiołce", "wciśnij buton men" i oczywiście "Bronksik". Starzy Singers byli i są objawieniem, pozostają najbardziej żywiołowym aktem postpunkowego łojenia na polskim gruncie ever. Dr Sikore na Hel poniosło poniosło Fugazi, Go Go to Hel emuluje Sonic Youth, w Jemadzidzi wirażujemy w rozkosznym stężeniu primusowego noiru, a w Baracie spotykamy się z pixiesowską ścianą diabolicznej destrukcji. Wszystko wypełnione tekstami, które można stawiać równo obok takich zjawisk rodzimej humorystyki jak Polovirus, Łyżka Czyli Chili, opowieści dziwnej treści Jarka Janiszewskiego czy też zlewy Paulusa Mazura. Rock A Bubu w latach świetności docierała do większości jezior w województwie zachodniopomorskim w sezonach letnich. Z groszkami i dzidzi w kaburze cabron cabron cabron cabron! –Krzysztof Zakrocki

posłuchaj


Michał Urbaniak: Fusion 084Michał Urbaniak
Fusion
[1974, Columbia]

To pierwszy amerykański album Urbaniaka, na którym ustabilizował się jego dojrzały styl, pewnie kroczący za takim bardziej freaky-funky-rockowym fusion w rodzaju Weather Report. Sam Urbaniak gra tu też trochę na modłę Ponty'ego, ale czuć w jego smykach słowiańską, ludową duszę, co jest bardzo fajne i zapewnia takim trackom jak "Good Times, Bad Times" czy "Impromptu" szczyptę niepowtarzalnego kolorytu. Warto też zwrócić uwagę na wokalizy Dudziak, dodające +10 do ekspresji i stylówy zespołu oraz zapowiadające miejscami nieco bardziej przebojową, ale nie mniej urokliwą wersję jej scatu na Urszuli. Oczywiście swoje robią również Karolak i Makowicz, ale moim osobistym faworytem jest tu Czesław Bartkowski, dwojący się i trojący na perce, aby nadążyć za tymi wszystkimi psychodelizującymi odjazdami i utrzymać je w ludzkich ryzach. Posłuchajcie tylko "Seresty" albo "Bengala" – czasami mam wrażenie, że gdyby nie on, te utwory po prostu rozsypałyby się na niezbyt zrozumiałe części, a każdy z pozostałych muzyków odleciałby w swoją stronę, co zresztą w pewnym stopniu stało się ich udziałem na późniejszej Atmie. Kontynuacja tej przygody na Fusion III czy chociażby wydany przez Inner City s/t z 1977 roku udowodniły jednak, że Urbaniak potrafi być wizjonerskim liderem, a wszystko tak na poważnie zaczęło się właśnie tym albumem. –Krzysztof Michalak

posłuchaj


Andrzej Dąbrowski: Andrzej Dąbrowski 083Andrzej Dąbrowski
Andrzej Dąbrowski
[1974, Pronit]





Andrzej Dąbrowski

 

–Magda Janicka

posłuchaj


Adam Makowicz: Unit 082Adam Makowicz
Unit
[1973, Polskie Nagrania Muza]

W gorącym tyglu, jakim niewątpliwie był polski jazz w latach siedemdziesiątych, Unit wydaje się być pozycją niepozorną. I pewnie znajdą się ultrasi, którzy uznają ten rozpisany na piano Fendera i perkusję, zaledwie półgodzinny longplay, jako żart w stosunku do bardziej rozbuchanych muzycznie form w cyklu Polish Jazz, ale przecież nie o monumentalizm i rozmach na tym albumie chodzi. Unit to nie tylko obdarzony uchem do pięknych melodii Adam Makowicz, ale i Czesław Bartkowski, który nie jest na płycie wcale postacią drugorzędną. Zgrany to tandem i zarazem ambitny, bowiem za cel postawił sobie wykreowanie autorskiej wizji, nazwijmy to, minimal jazzu. Przede wszystkim jest jednak treść objawiająca się w czarujących motywach wygrywanych na pianinie przez Makowicza, znakomitym zgraniu i obopólnej zajawce na "wyciśnięcie najlepszego miąższu" z tych dziesięciu miniatur. Weźmy pierwszą z brzegu "Pieśń ze wzgórz" albo "Pieśń pijacką", kiedy rozimprowizowane pianino Makowicza nawiązuje dialog z szaleńczym wymiataniem Bartkowskiego na perce. Nie ma tutaj jednak pogoni. Nie ma wyścigu, kto jest lepszy w sztuce jazzowej, chociaż obaj panowie to absolutny top level wśród polskich jazzmanów (niedługo po wydaniu albumu Makowiczowi ulegnie nowojorska Carnegie Hall, natomiast Bartkowski wyda swoje dzieło życia, Drums Dream). Próżno szukać takiej pozycji w polskim i światowym katalogu, gdzie dwa instrumenty nie skupiają się na suchej improwizacji, ale próbują stworzyć pełną fusionowego wdzięku i miękkości nową wrażliwość. No i te partie Bartkowskiego – ostatni raz tak zajawiłem się perką słuchając partii niejakiego Jakiego Liebezeita. –Jacek Marczuk

posłuchaj


DJ 600V: Szejsekilovolt 081DJ 600V
Szejsekilovolt
[1999, R.R.X.]

Cholera, dawno nie słuchałem tego albumu i trochę zapomniałem, jaki to ma ładunek. Zajebiste bity 600V, produkcyjnie definiujące Warszawę późnych dziewięćdziesiątych, ale przecież z luzem przywołujące Premiera albo Havoca (smyki tam samplowane, ciężar, tempo), rzadziej lżejsze, bardziej w stylu Tedego (beatmakera) na przykład. Na tym bardzo różnorodni pod względem flow raperzy (co ciekawe nawet największe noskille wypadają fajnie na tym albumie), wszyscy nawijający wstrząsające, poruszające do cna teksty o elementarnych, ogólnoludzkich wartościach ("Szacunek miej dla mamy, a wtedy wiele zyskasz" – Chada). Rozważania o kondycji świata, życiu, porażające uliczną bezpośredniością ("Pierdolić komendanta Halskiego na rewirach" – Kapeć i Eskobar) i trafnością socjologicznych diagnoz, trochę przytłaczające. Czasami jakieś niesamowite opcje, gdy osły w stylu V.E.T.O. zapodają swoje Uzasadnienia metafizyki moralności. Kilka momentów kluczowych dla historii polskiego hip-hopu ("93...94", "Nie jestem kurwa biznesmenem", "THC beat i rym"), kilka pozycji rozpierdalających wizją producencką, kilka kultowych linijek, bardzo mało przestrzałów. Pozycja obowiązkowa, która obok pierwszej Molesty i debiutu WFD powinna być traktowana jako kamień milowy nie tylko sceny warszawskiej, ale i całego polskiego hip-hopu. –Krzysztof Michalak

posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
20 najlepszych singli 2016
Rekomendacje płytowe 2016