RECENZJE

Papa Dance
Papa Dance / Poniżej Krytyki

1985/1986, MTJ 8.3  /  9.8

"Proszę sobie wyobrazić: druga połowa lat osiemdziesiątych. Wtedy zdarzały się takie ponure historie".
–Marcin Świetlicki, "Odciski"

Nim przejdę do meritum, uchylę się grzecznie od opowiedzenia historii zespołu Papa Dance. Zadanie to przerasta format płytowej recenzji, ponieważ rekonstrukcja tychże wydarzeń zdecydowanie nadaje się na opasły tom przygodowy bądź solidne, trzygodzinne, hollywoodzkie kino akcji. Takich sensacyjnych objawień dostarcza właśnie śledzenie kolejnych drobiazgów, układających się w misternie namalowany obraz tego czym "był" ów projekt, zarówno explicite, jak i między wierszami. Do dziś co najmniej parę faktów z dziejów PD pozostaje niewiadomych, nabierając niemal statusu cudów, co można by łatwo udowodnić w potencjalnym procesie beatyfikacyjnym (btw jeśli jeszcze raz zobaczę przy obiedzie tę jebaną szopkę w TV to przysięgam, rozpierdolę ekran). Pytania bez jasnej odpowiedzi aż cisną się na usta. W jaki sposób studyjna prowizorka z żywym składem w roli estradowych marionetek, zamiast spłodzić autoparodię w guście Milli Vanilli, urosła do rangi szczytowego aktu polskiego popu? Czemu oba ze wczesnych wcieleń formacji, różniące się składem i frontmanem/wokalistą, można zaklasyfikować jako ogniwa ewolucji jednego i tego samego podmiotu wykonawczego? Co za pech prześladuje grupę, iż na każdym etapie jej działalności są nieścisłości i kontrowersje dotyczące tożsamości line-upowej i praw do funkcjonowania na rynku pod flagą magicznej nazwy? A to tylko wierzchołek wątpliwości.

Gdy chodzi o dobre płyty, zawsze należy zacząć rozwikływanie kłopotów od podstaw, czyli samej muzyki. Duet odpowiedzialny za materiał, a więc podpisujący się pseudonimem Adam Patoh panowie Mariusz Zabrodzki (głównie kompozytor) i Sławomir Wesołowski (głównie producent), wcześniej współrealizujący debiuty Lady Pank i Franka Kimono, a równolegle działający przy soundtracku do filmów z Panem Kleksem, zaiste przyczynił się do pionierskiego przeszczepienia na nasze ziemie brytyjskiej stylistyki synth/new(romantic)-popowej. I były to odniesienia w sumie bieżące, korespondujące z modnym wtenczas soundem europejskich list przebojów (Duran Duran, Ultravox, Talk Talk, rozkwitające italo). Zresztą sam Paweł Stasiak wspomina, że był wtedy fanem takich artystów, jak Kajagoogoo, Eurythmics, Yazoo czy Depeche Mode. Lecz wiodącym osiągnięciem tandemu było wypracowanie unikatowego stylu songwriterskiego, szokującego jak na tradycję narodu hołdującego długaśnym bluesowym jamom. Formuła ta zakładała operowanie hookiem jako narzędziem konstrukcyjnym (właściwie każdy dodatek aranżacyjny jest chwytliwy), wyciągała maksimum z konwencji zwrotka/refren i kładła nacisk na "ścisłość" struktury, oddając należną cześć kategorii "mostka" (która, jak się utarło mawiać, świadczy o prawdziwym poziomie kompozycji). Tak powstawały hipnotyzujące killery bez sekundy wypełniacza, podobnie jak Steely Dan czy XTC skierowane raczej do koneserów, niż gawiedzi. Na podziw zasługuje też maestria producencka – w słynnym studiu na warszawskim Wawrzyszewie MZ i SW ukręcali olśniewające brzmienia dysponując śmiesznie słabym, jak chcą anegdoty, sprzętem. Niedogodności techniczne rekompensowali kreatywnością i wizją, inkrustując tkankę dźwiękową specjalnymi efektami (warkot silnika, świergot ptaków, komunikat spikerki o lądowaniu samolotu, tłuczenie zastawy etc.), co sprzyjało uzyskaniu filmowej, plastycznej atmosfery.

Dyskurs w ramach opozycji "rockism vs. poptimism" to w przypadku Papa Dance kontekst banalny i zużyty, choć wiadomo, że w krajobrazie zdominowanym przez gitarowe, deklaracyjnie zbuntowane grupy, lajtowe klawiszki musiały wzbudzać konflikt. Ale kluczem do zrozumienia, że obok jednoczącej mądrości Perfectu, błazeńsko gorzkiego dowcipu Lady Pank czy intelektualnych barykad Klausa pasował jak ulał skryty wrzask trwogi Papsów, są teksty. Pisane przez dream-team rodzimych autorów (niemal wszyscy pod pseudonimami) układały się w dramatycznie przenikliwe, naszpikowane aluzjami anty-systemowymi i mrugnięciami okiem do wtajemniczonych relacje z tej ogarniętej stagnacją społeczną epoki, którą podręczniki do historii pomijają, "przewijając czas" dopiero do decyzji KC PZPR o "zmianie stanowiska w sprawie pluralizmu związkowego". Zaskakuje ich spójność. Aż połowa z dwudziestu piosenek zmieszczonych w tych wznowieniach sięga po topos snu, najczęściej symbolizującego emigrację wewnętrzną jako strategię defensywy przed stanem psychicznym, w którym rosnący wgląd w mamiącą blichtrem zagraniczną konsumpcję postępował proporcjonalnie do galopującego marazmu bez szans na przełom. Zabawne, ale warstwę liryczną Papsów można śmiało spolaryzować identycznie, jak u wszystkich punkowych ekip, od wyspiarskich założycielskich załóg z 1977 po CKOD, a mianowicie wedle zasady – love (osobiste wycieczki miłosne) kontra hate (socjologiczno-obywatelskie spostrzeżenia o szerszym zasięgu).

Dualizm ten świetnie uwydatniają dwa startowe single z 1984. "W 40 Dni Dookoła Świata" to archetyp ich pamfletu politycznego ze wznoszącym pochodem akordów w chorusie zorkiestrowanym na modłę The Lexicon Of Love. "Ordynarny Faul" ma z kolei cechy pierwowzoru histerycznego lamentu o miłosnej klęsce, z kulminacją w gigantycznym power-refrenie, który zawstydziłby Human League. Oba te trendy miały potem stale powracać w ciągu dalszej kariery grupy. Przygotowany wkrótce na tej bazie self-titled full-length okazał się dziełem bezprecedance'owym jak na ówczesne PRL-owskie warunki rynkowe. Kraksa specyficznego, eksperymentalnego w gruncie rzeczy soundu i literackiej agresji zrodziła niespotykaną wielopoziomowość odbioru. Niesamowita gorycz, jakby żarząca ironia wypalana na gołej skórze bije od tego krążka. Wszystkie opowieści "miłosne" kontynuują poetykę bolesnych rozczarowań, hiperbolizowanych do skali fizycznych wręcz obrażeń, co potęguje impresję głębokich ran emocjonalnych. Arcydzieło takiej metody i bodaj najbardziej progresywny utwór Papa Dance, bo właściwie tasujący talię pięciu osobnych wątków kompozycyjnych (w tym niewiarygodnie wycipistą zwrotkę) przy nawarstwionym gąszczu faktur, "Tatuowana Róża" brzmi jak Max Tundra ścinający papierem ściernym fragment suity Yes z początku lat siedemdziesiątych. Teoretycznie pogodny nastrojem hit "Kamikadze Wróć!" rozpamiętuje kolejną towarzyską porażkę nośnym sloganem "Bez litości / Zabiłaś moje ja" przy wtórze rozkosznego funku basu i digi-ska klawiszy. W konwencji electro-rytmiki, schemat powielają, z domieszką melancholijnej rezygnacji, "Panorama Tatr" i "Pocztówka Z Wakacji".

Kto wie czy na tle tych tętniących frustracją wynurzeń na pierwszy plan nie wybija się błyskotliwa, pozornie absurdalna parabola "Narodziny Szejka" okraszona chwytliwym, orientalizującym bitem antycypującym "rewolucję", której Timbaland dokonał dopiero na przełomie tysiącleci i wciskającą w fotel sekwencją jazzowych akordów w kompletnie pokurwionym harmonicznie refrenie. Ten zawoalowany komentarz do postępującego wtedy żwawo zjawiska nowobogactwa, stanowiącego do dziś przedmiot zażartej kłótni rodaków (a konkretnie dwóch głównych, przeciwstawnych sobie partii) zawiera sprytne zdania typu "Doprawdy miał on łeb / Myślał w lot / Wiedział dobrze gdzie swój postawić płot". Jedynego serio rywala do miana highlightu płyty stanowi pieśń następna, "Lot Na Wyspę". Forma łącznika między realistycznymi w sumie lirykami z debiutu i bajkowym klimatem rozwijanym na longplayach późniejszych, popularne "Campari" wyzyskuje kontrast zachłyśnięcia mitycznym, kolorowym, "amerykańskim" laifstajlem i przebłyskami świadomości, że to tylko ułuda. Grzegorz Wawrzyszak prawie syczy przez zaciśnięte zęby "Nie chce mi się już wychodzić z tego snu", jak gdyby nagle zdał sobie sprawę, iż na co dzień mieszka w jebanej Szuflandii. Kawałek wieńczy quasi-stadionowy, jak zresztą większość tu, ponadczasowy refren: metaforyczny krzyk za tym, co nieosiągalne. Równie jawne rozdrażnienie słychać w "Czy Ty Lubisz To Co Ja?", numerze nie o młodzieńczej masturbacji, ale właśnie Kingsajz-owym zabranianiu dostępu do normalności.

Interpretacje głosowe Wawrzyszaka balansują na pograniczu kinowego aktorstwa epoki, sięgając po karykaturalne melodeklamacje i stąd osiągając efekt groteski. Szczególnie w skandowanych partiach zbliża się do szyderczej ekspresji Panasewicza. Te elementy nadają muzyce zainspirowanej przecież lotnym new-popem pewien ciężar i rodzaj siermiężnego feelingu, co sprawdza się w "zaangażowanej" odsłonie tracklisty. Napędzane riffem o motoryce Gary Numana, dramatyczne hasło "Nie szukaj sensacji / Jest po prostu tak jak jest" z "Bez Sensacji" (jedyna rzecz zaśpiewana przez perkusistę Tadeusza Łyskawę) przekazem lokuje się między Janerkowym "Chcemy znać ostatnią wersję prawdy" a fałszywym konformizmem "Keep Smiling" Clearlake. Czasem zjadliwość mieni się mrokiem, jak w nocnym, nawiązującym do grudnia 1981 "Kanale XO2", z przejmującym wnioskiem – "Mamy kontakt przez kosmiczną sieć / Podłączyłeś się przypadkiem / Wyłącz się póki czas". Ciarki biegają po plecach gdy padają słowa "Potem całą noc / Wykręcałem po omacku / Numery do / Pogotowia i MO". Bo co niby mają wspólnego milicja i pogotowie z awarią kanału telewizyjnego? Zwłaszcza, zauważcie, "pogotowie". Wzruszająca ballada o próbie przezwyciężenia paranoi zimnej wojny "Te Głupie Strachy", wpisująca się w aktualny wtedy anglosaski nurt anty-nuklearny w popie, zamyka to trudne do ogarnięcia, dziwnie wielowymiarowe, szalenie ambitne i skomplikowane dzieło, autorstwa zespołu, który 95% słuchaczy w Polsce wciąż asocjuje z disco-polo (przypominam, genre reprezentowanym przez gwiazdy pokroju Shazzy, Boys i Milano).

Jeśli wszakże o Papa Dance można przynajmniej dyskutować, to żarty kończą się w momencie rozpoczęcia polemiki o Poniżej Krytyki. Każdy kto podejmuje się krytyki tego majstersztyku, stawia się nieuchronnie w pozycji z góry spedalonej. Zachowuje się jak ciota opiewając perfekcję każdej minuty albumu, ale zachowuje się jak jeszcze gorsza, absolutna ciota do kwadratu tego nie czyniąc lub próbując dissować cokolwiek z tym albumem związanego. I żeby była jasność, nie nawiązuję tu do preferencji seksualnych. Chodzi o wiarygodność. O tym jak bezbłędnie, nieskazitelnie gładko wypolerowano ten album, niech zaświadczy zestawienie dwóch nagrań – koncertowej rejestracji z klubu Park (jeszcze skład numer 1) piosenki "Sezonowi Biznesmeni" i indeksu trzeciego z Poniżeja, wyrosłego z "Biznesmenów" w prostej linii "Naj Story". Podczas gdy "Sezonowi" prezentują interesującą dynamikę, która trybi na styku zaloopowanej sekcji i świdrujących klawiszy, lecz nie spełnia obietnicy melodycznej i grzęźnie odrobinę w nieprzemyślanych interwałach melodii wokalu, "Naj Story" jawi się platońskim ideałem kanciastego, słodkiego, zwartego szlagieru, o proporcjach wyważonych co do milimetra.

Przypuszczalnie taki mechanizm działał przy następnych z brylantowej dychy utworów zawartych na krążku. Wszędzie dosłownie każdy motyw, każde arpeggio, każda kolejna w miksie ścieżka wydają się wprost kapitalne. Delektowanie się nimi – tym jak się ze sobą zazębiają, jak składają polifoniczne plecionki, jak wirują w powietrzu i opadają z gracją baletnicy – to praktycznie najradośniejsza czynność, jaką można wycisnąć z polskojęzycznego popu. Cytowanie akapitów z tych piosenek mogłoby ujść za encyklopedyczną definicję "cool". Tłumaczenie komuś ich zalet jest równie bezsensowne co objaśnianie dowcipu – przecież na tym właśnie ma polegać ich wielkość, że nie potrzeba przekładać ich na język pomocniczego opisu. I, jak obserwuję przynajmniej po swojej skromnej osobie, nigdy się nie znudzą – a to już przywilej i atrybut wąskiego grona albumów-wybrańców. Nieprzypadkowo aż sześć singli urodziło to wydawnictwo. Łącząc Bitelsowską procedurę długoterminowego dopieszczania szkiców i "niemieckie", bezwzględne podejście producenckie w tradycji Spectora bądź Horna, Adam Patoh stworzył chyba niezrównane dzieło w całym (niezależnie od przegródki gatunkowej) katalogu polskiej fonografii, którego multipiętrowych poziomów treściowych nie wyczerpałyby nawet najbardziej detaliczne analizy. Nieco mniej więc, o dziwo, da się powiedzieć o Poniżeju niż o s/t, na tej samej zasadzie, co o Dark Side Of The Moon czy Pet Sounds się nie da – płyta zwyczajnie obezwładnia swoim apollińskim pięknem, nie zostawiając czasu i miejsca na reakcję.

Podstawowym aspektem odróżniającym Poniżeja od poprzednika były oczywiście postaci wokalistów. Co wnieśli, wyrazowo, Paweł Stasiak i Kostek Yoriadis, to głównie oddech, świeżość i chłopięcy urok. W przeciwieństwie do cynicznego w akcentacji/intonacji i dźwięcznego w barwie Wawrzyszaka, Stasiak i Yoriadis dysponowali wyluzowanymi głosami zdradzającymi dziecinną naiwność i bezbronną szczerość. Z tym, że dopełniali się jak yin i yang – Stasiak ze swoim jasnym timbre o niedefiniowalnym darze "ciepła" tudzież "delikatności" i Yoriadis z "ciemniejszym", troszeńkę chropowatym w niższych partiach i potwornie mocnym w falsecie. Ten imponujący arsenał wokalny pozwalał na przewartościowanie koncepcji – teraz muzyka Papa Dance była realnie "śpiewana"; zniknęła gdzieś teatralność, pozostawiając nieskalaną, waniliową melodykę. Przy czym pod nowych frontmanów napisane zostały inne kawałki. Lżejsze muzycznie i tekstowo, rozmarzone i rozkochane, a równocześnie o przyrodniczej wręcz witalności; energetyczne, słoneczne. Nieuchwytny fenomen Poniżeja to jego zadziwiający – w kontekście self-titled – optymizm ducha, zamieniający problemy tej samej co uprzednio rzeczywistości w kompletnie nowe rozwiązania: jad w nostalgię, depresję w uśmiech, przewrotność w dobro, strach w nadzieję. Jest szczytem finezji tak subtelne rozparcelowanie w tych piosenkach antagonistycznych elementów – obok przebijającej ciągle kreskówkowej komediowości koegzystują manifestacyjny sentymentalizm i podskórna, acz namacalna, dezolacja.

Ekstatyczny opener "In Flagranti", na koncertach z Wawrzyszakiem zaganiany półtora tempa, wybucha niczym "Jump" Van Halen, by położyć na łopatki "Take On Me" A-Ha wprost ślicznym, pędzącym refrenem. Septymolki krążą bezustannie, keyboardy lśnią jak ekskluzywna biżuteria, a Yoriadis rzuca cudne chórki do boskich linii Stasiaka. Przewija się topic rozczarowań konfrontacją z brutalnym życiem: "Frankie Czy Ci Nie Żal", nawiązujący w tytule do wymiatających wówczas kolesi od "Relax", strzela linijkami precyzyjnie jak Wilhelm Tell z kuszy ("Życie ci min nie szczędzi"), a "Bez Dopingu" ewokuje białasowskie, chłodne ujęcie Prince'owych bounce'ów przez Scritti Politti (hybryda "When Doves Cry" i "Don't Work That Hard"). Kruche świadectwa perypetii sercowych podtrzymują przewodni temat. "Naj Story", zapowiadająca estetykę medytacyjnej, kameralnej elektro-wrażliwości Junior Boys "Historyjka Z Talii Kart" i zniewalająco ładne, klasyczne post-reggae "O-La-La" wspominają przeszłe szczęście i opłakują przemijanie w najmniej pretensjonalnej manierze – poprzez tęsknotę za bezpowrotnie utraconym. Niedoceniany, fantastycznie synkopowany (bas!) fusion-pop na 2/4 "Wit Boy" wzbudza zawsze powszechną konsternację frazą "zwal to na mnie".

Aczkolwiek to trzy ostatnie fragmenty wspinają się na istne Himalaje absolutu. Eksploatujący takie leksykalne skarby jak "kiermasz", "berło" i "cucić", baśniowy "Kryształek Nocnej Opowieści" przewiduje ideę "dopowiedzenia" refrenu instrumentalnie, bez tekstu – zabieg narracyjny, którym zachwycaliśmy się na Satanic Panic ("All I ever get / Is sad love / ..."). Odbiera mowę "Maksisingiel", pajęczyna z trzech osobnie podążających, mechanicznych riffów, zabijająca z zimną krwią w prowokującym płacz i szlochy, zapętlonym na wieczność refrenie. Aż na finał wkracza odpowiednik "Tych Głupich Strachów" – wyrafinowany, dostojny, ornamentowy "Ocean Wspomnień", adaptujący metafizyczne powłoki wczesnego Cocteau Twins do poetyckich haseł o poszukiwaniu drogi w obliczu nieprzeniknionego bytu, z potocznie strywializowanym "szary wiruje pył" (lepszy eufemizm na kaca niż "Kilimandżaro" Lady Pank) na czele.

Oczywiście, nikt nie jest doskonały, a nazwy Papa Dance bynajmniej nie należy traktować jako "świętej". Z perspektywy dłuższego obcowania, Nasz Ziemski Eden nie wygląda może aż tak katastrofalnie, jak to przedstawiałem w playliście sprzed trzech lat. Zwłaszcza jeśli uważasz się fanem, połowa materiału nawet daje radę – sinusoidalny refren "Naszego Disneylandu" to owszem "rollercoaster to heaven" i trafia się jeszcze kilka przyzwoitych piosenek ("Zły Omen", "Nietykalni" czy "Twój Ziemski Eden"). Problem taki, że reszta jest fatalna, zaś wprowadzenie gitar do miksu psuje całą zwiewność uprzednio wypracowanego trademark-soundu. Zwyczajne wypalenie talentu, zatem. Solowe poczynania Wawrzyszaka jako Ex-Dance, aczkolwiek neutralne, niewiele wnoszą do tematu. Osiągające zawrotne ceny na aukcjach internetowych, dawno out-of-print wydawnictwa Stasiaka sygnowane Mr. Dance to nieco inna bajka – wcielenie raczej "dyskotekowe" i "remixerskie". Reaktywacja w nowym milenium zaowocowała szansą obejrzenia kapeli na scenie, co wielu ludziom (w tym niżej podpisanemu) dostarczyło niezapomnianych wrażeń. Mimo to, Milion Fanek należy taktownie przemilczeć, co zresztą paradoksalne, gdyż krążek w lwiej części zbiera kawałki starsze, zagubione jeszcze w latach 80-tych. Lecz wystarczy porównać szaleńcze, opętane, desperackie wykonanie live "Oszalałeś" (Ariel Pink się kłania!) z występu w klubie Park w roku 1985 do miałkiej aranżacyjnie, mdłej ekspresyjnie wersji z 2005, by nagle zrozumieć ten paradoks. A bieżące oblicze kapeli, zamarkowane singlami "Będziemy Tańczyć" i "Dla Ciebie", póki co jawi się cokolwiek wątpliwym.

W pierwotnym odruchu zamierzałem naturalnie uhonorować Poniżeja oceną 10.0, na którą skądinąd oryginalny winyl z 1986 zasługuje. Niestety, po jednym małym punkciku należy odjąć za stronę techniczną oraz szatę wizualną. Chciałbym mieć ten komfort aby pochwalić oba kompakty za nienaganne brzmienie, pisząc z dumą: "w końcu każda ścieżka gra selektywnie i przejrzyście, nabierając jędrności, pełni, charakteru". Jednak sprawy mają się inaczej – w każdym tracku dość wyraźnie czuć "mrowienie" – ślady trzeszczą i to w miejscach, gdzie znane nam na pamięć ripy z winyli nie skrzeczały. To przykre – na zachodzie efekty remasteringu są zgoła odmienne (mówiąc wprost, dostajemy jakość idealną, a nie "partyzancką"). Do życzenia pozostawia też oprawa graficzna. Raz, że inwazyjna nalepka radiowego patrona psuje obie przednie okładki. Tak, wiem, można ją łatwo odkleić, ale w materiałach promocyjnych występuje jako integralny element cover artu, co nie zdarza się nigdzie na świecie, poza może polskimi produktami dla mas, artystycznie oscylującymi zwyczajowo w rejonach zerowych. Profanacja po prostu. Dwa natomiast, że w obydwu przypadkach wewnątrz książeczek wydrukowano tylko siedem z dziesięciu tekstów. Również wstyd.

Ponadto, nie ukrywajmy – te reedycje nie są też niczym definitywnym. Teraz, gdy modlitwy o debiut i Poniżeja na CD zostały nareszcie wysłuchane, sympatycy Papsów pragnęliby zapewne dalszego penetrowania przepastnych archiwów z dorobku bandu. Osobiście rozpocząłbym od publikacji składanki singli i rarytasów spoza regularnych longplayów, bo wśród nich wałęsały się często nagrania należące do ścisłej czołówki dokonań grupy – jak chociażby omawiane we wstępie inauguracyjne single "W 40 Dni Dookoła Świata" i "Ordynarny Faul" lub sympatyczna "Miłość Z Walkmana". W dalszej kolejności proponowałbym ujawnienie owianego legendą, wzmiankowanego wyżej już kilkakrotnie gigu z Parku. Live At Park, anyone? To mogłoby być dylanowskie Royal Albert Hall nad Wisłą, rodzaj bootlegu z miejsca zasilającego panteon krajowych koncertówek. A przecież zostają jeszcze rejestracje telewizyjne, wersje obcojęzyczne, remixy... Wrzuciłoby się w przyszłości to wszystko do grubego boxa z biografią pisaną przez członków projektu. Racja, sporo pozostało do zrobienia w zakresie uzupełniania luk w oficjalnej dyskografii Papa Dance. Ale zejdźmy na ziemię. Skoro na chwilę obecną nadal nie wiadomo nawet kto ma prawo do nazwy (szykuje się wcale realny powrót Zabrodzkiego i Wesołowskiego z Wawrzyszakiem w roli wokalisty, podczas gdy Stasiak i spółka kontynuują branżową podróż pod szyldem Papa D), to trudno oczekiwać, aby udało się bezspornie i klarownie skoordynować kompilację odrzutów rozsianych po przeróżnych źródłach, właścicielach, bibliotekach. Na dzień dzisiejszy cieszmy się więc tym co mamy. Dokładnie jak w życiu, nie?

Borys Dejnarowicz    
4 kwietnia 2008
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush