SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Extra Ball: Birthday 020Extra Ball
Birthday
[1976, Polskie Nagrania Muza]

Kula fusion wirująca w eleganckim kloszu jazz-rocka. Debiut Extra Ball każe myśleć o nich jak o zdolnych i zgranych, acz niezdecydowanych jeszcze szczypiorach, na bieżąco decydujących, czy gramy lirycznie, panowie, czy wszyscy jesteśmy Murzynami. Najczarniejszy jest bodaj Adzik Sendecki, dający w "Podróży W Góry" lekcję klawiszowej pyskówki z saksofonem niedającego na siebie długo czekać Andrzeja Olejniczaka, który poczyna sobie śmielej nawet niż przy "Tańcu Maryny" – kujawiaku suchym suchością Małgorzaty Braunek raczej niż Grace Jones, rozwiązanym jednak chemią klasy Zawinul-Shorter, na świeżutkiej sekcji, która usprawiedliwi cię, gdy zatupiesz nóżką jak bieszczaders. Ten dryg ramion i kiwająca się o cal główka gościa obok to jego moment ekstazy. Pewna kwadratowość tej fuzji jest zresztą jej urokiem. Podobnie nieobca Birthday liryka, którą kwintet raczy w interludium "Siódemki" czy powoli, lecz pewnie prowadzonych "Narodzinach" i "Szczęśliwym Nieszczęśliwcu", ujawniającym dyskretnie dreamrockowe inklinacje lidera grupy, Jarosława Śmietany. Jeśli przyszłoby Wam do głów szukać korzeni Jazzpospolitej, tu należałoby zacząć. Tymczasem zabawa w gruwy kończy się na ogół szybko, po trzech lub czterech minutach, jak w "Bez Powrotu", część jej nastroju ściele się jednak konsekwentnie wśród celnie skomponowanych węzłów, takich jak te, które spinają pięć solówek closera. Chwiejna sprawa, lecz ostatecznie – spójna. Tak dobrych debiutów sobie życzmy. –Karolina Miszczak

posłuchaj


Niemen: Enigmatic 019Niemen
Enigmatic
[1970, Polskie Nagrania Muza]

Temat został wyczerpany tu i przede wszystkim tu:






–Jacek Marczuk

posłuchaj


Ewa Bem: I Co Z Tego Masz? 018Ewa Bem
I Co Z Tego Masz?
[1986, Wifon]

Ten album należy jak najszybciej włączyć do kanonu polskiej muzyki rozrywkowej. Zbigifacja I Co Z Tego Masz?, płyty, która nie wyszła nigdy na CD i która nie ma nawet osobnego hasła na Wikipedii, musi nastąpić, jeśli jest jakaś sprawiedliwość na tym świecie. Na razie pozostaje raczej zapomniana i jest zajawką grupki wtajemniczonych. Tym samym wiem o niej tyle, co wysłuchałem i co przeczytałem na obwolucie. A przeczytać tam można, że autorem wszystkich kompozycji jest gitarzysta Winicjusz Chróst – znany z grania z Breakoutem czy Johnem Porterem (na świetnym China Disco), za to praktycznie nieznany z komponowania. Nie wiem co spowodowało, że Chróst nie dał światu już nigdy później żadnych piosenek, ale jeśli uznał, że na ICZTM wyraził wszystko co miał do wyrażenia, to mogę to zrozumieć. Album wypełnia jedenaście perfekcyjnych i nieskrępowanie dziwnych numerów, które nigdy nie podążają najbardziej oczywistą drogą. To praktycznie muzyka fusion, zagrana zresztą przez jazzowych muzyków (Krzysztof Ścierański na basie), która przybrała formę piosenek oprawionych w syntezatorowe brzmienie. Jeśli Ewa Bem kojarzy ci się konserwatywnym repertuarem, to radzę posłuchać traktowanego vocoderem "Zrobię Wszystko Co Zechesz" albo progowo-fusionowego "Nie Ma Jak Nie Ma Gdzie". Jest jeszcze niepokojący aspekt I Co Z Tego Masz? – teksty Wojciecha Jagielskiego, z których większość opowiada o rozpadających się związkach, a ich niektóre wersy ("Kto Ci na to pozwolił? / Och, uważaj, przecież to boli", "Nie patrz na mnie tak jak na śmieć") wywołują u mnie autentyczny dyskomfort. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj


Zbigniew Wodecki: Zbigniew Wodecki 017Zbigniew Wodecki
Zbigniew Wodecki
[1976, Polskie Nagrania Muza]

"Zapomniany Świat" to cudowne odkreślenie dla tego albumu, bo to jest faktycznie frapująco niedzisiejszy, niezwykle bogaty świat dźwięków – każde zanurzenie się w nim odsłania coś nowego. Mówimy o płycie będącej dla zjawiska, które próbujemy właśnie podsumować, pewnym mitem założycielskim. Można o niej opowiadać już chyba tylko przybyszom z zupełnie innej bajki, w czym trochę, po Mitchach, ciężko dostrzec sens. Pozostaje tylko wymieniać się zachwytami. Zbigniew Wodecki ma przede wszystkim jedno z najlepszych otwarć w dziejach. Po opuszczeniu igły na płytę i kilku chwilach szumu (zawiało pretensjonalnością, ale jakoś z tego nośnika słucha się jej najprzyjemniej), melodia wchodzi z impetem i oszałamia pięknem. Dokonuje tak dużej zmiany otoczenia akustycznego, że momentalnie przenosi słuchacza w zupełnie inną rzeczywistość. W kolejnej "Pieśni Ciszy" Zbig zalicza być może swój najlepszy performens wokalny – jego "smutek już" przeszywa melancholią, ale w towarzystwie Alibabek w refrenie momentalnie młodnieje i łagodnieje. "Wieczór Już" z kolei robi element wcale niekonieczny i dlatego wyjątkowy – przeciągnięcia wersów w zwrotce, powtórzone nietypowym nuceniem ("karakaraka"), jednym ze znaków rozpoznawczych tej płyty – patrz robiące za basową bazę mruczanki w "Partyjce". W zwrotkach i refrenach można wybierać, ale stawiam na fałszywe podprowadzenia do refrenu w "Posłuchaj" jako najlepszy pomysł kompozycyjny. Z wersów wybieram z kolei urokliwie kiczowate "Szłaś ulicą z konwaliami ty i mój niepokój". Jakoś to naprawdę działa tylko tu, na zapomnianej przez jej autora polskiej płycie z 1976 roku – jest w niej coś esencjonalnego dla świata tej bajki. –Kamil Babacz

posłuchaj


Pick-up Formation: Zakaz Fotografowania 016Pick-up Formation
Zakaz Fotografowania
[1985, PolJazz]

Ciężko sklasyfikować, wpisać w jakiś węższy kontekst czy zwyczajnie "ugryźć" z którejś strony debiutancki album Pick-Up Formation. Dochodzi do tego jeszcze jego w pewien sposób mityczny rys niedostępności i unikalności, przypominający dawne historie z płytami w rodzaju Starsailora Tima Buckleya. Longplay do tej pory nie ukazał się na kompakcie (kto wie, może za sprawą tego rankingu to się zmieni?), a wytłoczone w 1985 winyle nigdy nie doczekały się reedycji. Dlatego słuchanie Zakazu Fotografowania w 2014 roku może być, i w zasadzie jest, czynnością dość surrealistyczną. Bo pomyślcie – w dobie niesamowicie łatwego dostępu do Internetu, a zatem do muzyki, trzeba organizować specjalne spotkanie, aby posłuchać muzyki. Tak było w przypadku Pick-Up Formation: część redakcji uczestniczyła w takim właśnie odsłuchu, bo czego nie robi się dla odkrywania wspaniałej muzyki, prawda? Ale właśnie, skoro już zeszliśmy na temat muzyki, to postaram się jakoś możliwie krótko przybliżyć zawartość Zakazu.

Powtórzę znowu, że to dość niełatwe zadanie. Sekstet, w którym czołowymi postaciami byli Krzysztof Głuch (fortepian i perkusja) oraz Krzysztof Popek (flet i perkusja; w ogóle cała szóstka grała na perce...), stworzył tu rasową, organiczną, pulsującą, skrajne skonsolidowaną, zintensyfikowaną, a równocześnie magnetyzującą fuzję czegoś na przecięciu Colemanowskiej harmolodyki (tu każdy instrument podąża własną ścieżką, ale nie ma mowy o chaosie czy bałaganie), free-jazzu Aylera albo Dolphy'ego (jest nawet blues z dedykacją, ale "o tem potem"), rockowej, a nawet punkowej czy wręcz metalowej zadziorności oraz funkowych groove'ów. Podczas słuchania sypią się drzazgi, pękają szyby w oknach, łamią kości, leje się krew, a oddychanie przychodzi z największym trudem (Pick-Up był przez to dissowany przez "obrońców tradycyjnego jazzu"). Niebywała gęstość i potęga motywów przytłacza wręcz przy pierwszych odsłuchach (Borys ochrzcił Zakaz Fotografowania mianem Secaucus polskiego jazzu, i nie ma w tym ani trochę przesady). Dopiero po oswojeniu się można normalnie oddychać i obcować z muzyką.

A wszystko rusza od prężącego się jak Banderas "Ultranerwu" (nie można było nazwać tego lepiej). Słysząc tę kompozycję mam przed oczami gabinet dentystyczny, a w nim krzesło, na którym zasiadam, a przede mną pojawia się nakładający śnieżnobiałe rękawice Bob Weston (a tak naprawdę Andrzej Rusek), z olbrzymim, basowym wiertłem-żądłem, przymierzający się do wykonania leczenia kanałowego. Oczywiście na żywca, bez żadnego znieczulenia rzecz jasna. Najpierw odczuwam chwilowy dyskomfort, potem przeszywający ból, który powoli, stopniowo przeradza się w masochistyczną przyjemność, a następnie perwersyjną rozkosz wywołaną nieokrzesanym brutalizmem dźwięków. No i jeszcze słyszę tu motoryczną nerwowość jakiegoś Toola, co jeszcze wzmacnia wrażenie. Z kolei "Submediator" to rytmicznie rozedrgany quasi-motorik, gdzie plączą się wstęgi fletów i klawiszy, a w finale dochodzi do istnej orgii. Nie potrafię objąć tego utworu w jednym odsłuchaniu, tyle się tu dzieje. Dlatego też nie będę zatrzymywał się przy każdym fragmencie, bo nie chcę odbierać radości z analizowania czy pochłaniania poszczególnych indeksów. Dopowiem tylko, że brawurowa, cyrkowa dezynwoltura "Saloon Fryzjerski" (jedyna kompozycja Aleksandra Koreckiego) miażdży obfitą pętlą wariacji skupionych wokół głównego tematu, a istniejący we własnym uniwersum, spowity w baśniowym ambient-mroku "B.E.D. Blues For Eric Dolphy" znacząco poszerza i tak już rozległy stylistyczny wachlarz dzieła formacji. A czy wspomniałem, że Zakaz Fotografowania antycypuje yass, będą przy okazji rzeczą lepszą od czegokolwiek powstałego w konwencji yassowej (wiem, szalona odwaga, ale takie moje zdanie i już)? No, to teraz wiecie już (prawie) wszystko. –Tomasz Skowyra


Lady Pank: Lady Pank 015Lady Pank
Lady Pank
[1983, Tonpress]

Polski klasyczny rock (choć jego etap "klasyczny" przypada w tym wypadku raczej na lata 80. i narodziny nowej fali) generalnie raczej słabo się starzeje. Nie wiem, co jest tego wyraźniejszym symptomem: aktywność Zbigniewa Hołdysa na Twitterze, obecność Kory w talent show Polsatu, działalność polityczna Pawła Kukiza, czy muzyczna Wojciecha Waglewskiego. Na tym tle "kontrowersyjne" występy Lady Pank jawią się wręcz jako powiew świeżego powietrza: co może być bliższego gitarowemu etosowi, niż najebywanie się w trupa przed koncertami mając już grubo ponad pięć krzyżyków na karku czy pokazywanie dzieciom gołej dupy na scenie? Jakkolwiek chujowa nie byłaby nowa muzyka tandemu Borysewicz/Panasewicz, to poza formacyjną tożsamością zachował on również tożsamość ideową – co w przypadku zespołu, który wraz z wejściem w III Rzeczpospolitą właściwie zniknął z obszaru kulturowej relewancji i ma na koncie co najmniej kilka świetnych płyt, jest zdecydowanie godne pochwały. Żaden z tych krążków nie osiągnął jednak poziomu debiutu – jednego z tych oczywistych klasyków, które trzeba nieustannie przywracać na należne im miejsce w panteonie polskiego rocka. Dłubanie w trackliście naprawdę nie ma tu większego sensu, bo wszyscy doskonale znamy te utwory, może tylko nie zawsze zdajemy sobie sprawę, jak są one dobre. Od siebie tylko dodam, że Lady Pank pomimo oczywistych wizerunkowych konotacji to album, jak na rodzime warunki, wybitnie antyrockistowski. To względnie krótka, przeładowana hookami i konkretem płytka, która w dodatku fantastycznie się zestarzała. Popis songwriterskich możliwości grupy niezwykle zdolnych młodych ludzi, z którymi nawet przyjemnie spędzałoby się czas, gdyby... ekhm, no właśnie. –Jakub Wencel

posłuchaj


Andrzej Trzaskowski Quintet: Polish Jazz Vol. 4 014Andrzej Trzaskowski Quintet
Polish Jazz Vol. 4
[1965, Polskie Nagrania Muza]

Andrzej Trzaskowski, nadzieja białych, na przestrzeni sześciu utworów rozprawia się z szerokim spektrum muzyki XX wieku. Dodekafonia płynnie przechodzi w afro-cuban, jest rozmontowywana przez free, free zamienia się w sonoryzm, hard bop nabiera neoklasycznych kształtów, a ludowa przyśpiewka jest podana w jazzowej skali. Kompozycyjnie to jest jakiś totalny odpał, przecież "Synopsis", LU-DZIE-CO-TAM-SIĘ-DZIE-JE, nie ogarniam. Do tego niesamowita dramaturgia, liryzm, barwa. Śledzenie, w jaki sposób kalejdoskop technik kompozycyjnych z nadprzyrodzoną lekkością przekształca się w spójną strukturę, jak fortepian Trzaskowskiego igra z fakturą, jaka poezja tkwi w saksach Muniaka i trąbce Stańki, jak to wszystko jest pokręcone rytmicznie – to zadanie na długie miesiące, dla znacznie tęższych głów niż moja. Ja mogę tylko wykrzyknąć: arcydzieło! –Krzysztof Michalak

posłuchaj


Kury: P.O.L.O.V.I.R.U.S 013Kury
P.O.L.O.V.I.R.U.S
[1998, Biodro]

Zawsze bardziej niż po prostu krążek pełen świetnych kompozycyjnych zagrywek traktowałem ten album jako skondensowanie w formie jednego, kilkudziesięciominutowego komunikatu wszystkich związanych ze stosunkiem do ojczyzny obsesji, trapiących Tymona w zasadzie na każdym etapie jego bogatej i różnorodnej kariery. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że na drugiej płycie Kur sparodiowany zostaje właściwie każdy specyficznie "zlokalizowany" gatunek muzyczny popularny w latach 90. – od tradycji surowego punku, przez ballady disco polo, przaśny, stadionowy metal, kibicowskie przyśpiewki, aż po piosenkę poetycką i oazowe szanty? Sam nie wiem, co robi tu większe wrażenie – sprawność i całkowicie nieironiczna immersyjność parafrazy czy trafność wyciągania na wierzch najbardziej groteskowych aspektów używanych konwencji. Czy chłopakom chodziło raczej o hołd, czy o parodię? Dzięki formule kabaretu osuwającego się w różnorodność kalejdoskopu przestaje mieć to znaczenie, bo P.O.L.O.V.I.R.U.S materializuje się w momencie rozwoju polskiej muzyki popularnej, gdy niepotrzebny jest nikt, kto "się śmieje", a czasowy progres oznacza wejście w próg oznaczający radykalne zerwanie mainstreamu muzyki alternatywnej z "obciachem" na rzecz całkowitego zanurzenia się zachodnich trendach. Trzy lata później Cool Kids Of Death wydadzą swoją pierwszą epkę, a punktem odniesienia w Polsce stanie się anglosaska gitarowa alternatywa – używał jej też zresztą sam Tymon przy płytach nagranych z Transistors. Czy za kilka lat te czasy doczekają się również swojego P.O.L.O.V.I.R.U.S-a? –Jakub Wencel

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Hey: Karma 012Hey
Karma
[1997, Izabelin]

Jedenaście lat temu, rozmawiając, a jakże, z Wiesławem Królikowskim, Katarzyna Nosowska podsumowała w żołnierskich słowach dotychczasową dyskografię Hey, a ocena najlepszej jak dotychczas (i chyba już na zawsze, bo poprzeczka niezwykle wysoko postawiona) płyty formacji była co najmniej chłodna. Mam takie wrażenie, że tak jak wczesny internet – wśród nielicznych tekstów na temat Karmy najwięcej jest generalnego zdziwienia i autorzy najwyraźniej ulegli ogólnemu nastrojowi, nie dostrzegając, że – najwyraźniej trochę przez przypadek – skonstruowali brylant. A przecież chwila była idealna, w rozwoju zespołu nie mogło być lepszego momentu na uderzenie geniuszu. Bardzo mocna pozycja na rynku, ugruntowana pierwszymi albumami. 26-letnia Nosowska, która wreszcie zaczyna być artystką świadomą. Banach, który może już przestał słuchać tylko Pearl Jamu. Pozostali, których aspiracje rosną. Za wszystkimi już pierwsze, na zmianę genialne i nieudolne eksperymenty na ? – i proszę: nie mamy do czynienia z grupą przypadkowych ludzi, więc prędzej czy później musiało to nastąpić. O co więc chodzi z tą płytą? Ano, nie wiem dokładnie. Z jednej strony jest to powrót do tej polskiej odmiany grunge'u, która, mam wrażenie i w 2014 wciąż cieszy się estymą w rodzimych telewizjach muzycznych, a z drugiej zespół definitywnie wyszedł z zaściankowego zapatrzenia w to, co robią Amerykany. Eksplorowanie wielu rejonów, do których granicy do tej pory jedynie się zbliżali, dopracowanie melodii (bo brzmienia nie, no brzmienia jednak nie) i nieco twórczego luzu. A wszystko to spięte najlepszymi tekstami Nosowskiej w historii. Wiesz, Rysiek, dlaczego nie skumałeś "Wodolanek"? Bo ja skumałem wszystkie tam emocje dopiero teraz, a jestem bodaj pięć lat starszy od Ciebie. A to nie był jedyny moment powrotu i olśnienia, gdy teraz sobie odświeżałem tę płytę. Podsumowując: to jedyny album uznanego zespołu, na którym nie ma słabych momentów, ani muzycznie, ani tekstowo. A co było dalej? Historia zespołu potoczyła się dokładnie tak, jak miliardów innych. Ale to już nic nie szkodzi. –Filip Kekusz

posłuchaj
20 najlepszych utworów Hey i Nosowskiej


Franek Kimono: Franek Kimono 011Franek Kimono
Franek Kimono
[1984, Arston]

"Uwaga, sensacja, rewelacja" – oto nadal przez wielu nieodkryty i niedoceniany skarb rodzimej fonografii. Nieodkryty i niedoceniany oczywiście nie w tym sensie, że mało ludzi go zna, ale w tym sensie, że wciąż konsekwentnie traktuje się go jak komedię, parodię i mruganie okiem. To ujęcie utrwalił beznadziejny przebój "W Aucie" Sokoła i Pono z gościnnym udziałem Fronczewskiego, który nie tylko uważam za kawał czerstwej chujni (w tym miejscu najmocniej przepraszam autorów oraz fanów tej piosenki – nie trawię po prostu), lecz co gorsza miał ten syf tyle wspólnego z oryginalnym Frankiem, co załóżmy film Weekend Pazury z kinem Tarantino. W efekcie zwykło się uznawać oryginalny projekt wykreowany przez Andrzeja Korzyńskiego dla Piotra Fronczewskiego (gdzieś między Akademią, a Podróżami) za "żartobliwy", ewentualnie zauważając, że w tle jakże zabawnych tekstów leci całkiem fajne disco. A przecież nie do końca – już bardziej pasuje podpinanie Franka pod karykaturę, ze wszystkimi jej cieniami w rodzaju goryczy, złośliwości czy bolesnej ironii.

Zaiste, przy wnikliwszym obiorze zaskakująco sporo złej energii promieniuje od tego longpleja – sprawdźcie chociażby niepokojące zmiany trybu dur/moll pod koniec "Poli Monoli", cyniczne zwierzenia "dżokeja" (DJ-a) w "Dysk Dźokeju" (zawsze aktualne w każdej branży zresztą), kulminację mroku w postaci noir-disco bonusowej "Gimnastyki", z zakończeniem, które może przy pierwszym odsłuchu wywołać dreszcze lub po prostu smutne życiowe opowieści ("Dysko Story"). Jest jakaś pseudo-czarnobylska mgła "czarnej dupy komunizmu" w tej płycie, kiedy wersy w rodzaju "Sen dziś miałem ponury jak rany / Że maszyna ożyła w niedzielę" ewokują znienacka apokaliptyczno-kafkowskie kino sci-fi w reżyserii Szulkina. Serio, sporo jeszcze zostało do udowodnienia w kwestii FK, bo to nie tylko "po wódzie jestem lepszy w dżudzie" i antycypacja piosenki chodnikowej. To coś więcej niż żart, a często coś zgoła odmiennego – dziwnego, odrażająco odhumanizowanego, jedynie skrywającego się pod płaszczykiem kreskówki.

Dla odmiany "Tankowanie Nocą" to jedna z najurokliwszych, najsubtelniejszych klawiszowych piosenek 80s w PL, która duchowo przynależy do Poniżeja. Współskomponował ją Zabrodzki, bardziej od Wesołowskiego songwriterska część duetu Adam Patoh – który to wyprodukował całość (co zresztą słychać wyraźnie). Mimo wszechobecnego blasku post-disco, w paru fragmentach aranże nawiązują do ejtisowego rocka ("nic nie zastąpi dobrego rocka", "śpiewam z Perfectem" etc.), ale w kabaretowo-kiczowatej osnowie – weźmy zajebiste rockowe reggae w "Jednorękim Bandycie" czy police'owsko tnące gitary w "Sound Ciężkie Brzmienie". Poza tym to niewyczerpane źródło obskurnych asocjacji i cytatów dla osób pamiętających PRL. Sądzicie, że skąd wzięło się "ewrybady!" w "Sztanach Glanach" Kur? Albo fraza "szyję na basie gdzie tylko da się"? A interpretacje pana Piotra są na tyle kuriozalnie bossowskie, że trudno się oderwać – wstydliwe dla popkultury RP postaci typu Pan Yapa czy Piotr Bukartyk mogłyby się od niego sporo nauczyć. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta
Presentable Corpse"Don't End Up Alone"