SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Obywatel G.C.: Tak, Tak! 070Obywatel G.C.
Tak, Tak!
[1988, Polskie Nagrania Muza]

W dobie politycznych niesnasek połowy lat osiemdziesiątych, w czasach tęsknoty za wynalazkami zachodniej popkultury, których nigdy nie było dane nam posmakować, na etapie dziejów, kiedy dominował model wyraźnie pozbawionego własnej tożsamości, bądź powątpiewającego w posiadanie takowej Polaka. Właśnie wtedy pisał, jadł, tworzył, oddychał i przeżywał swoje najlepsze dni Grzegorz Ciechowski, Grzegorz z Ciechowa, Ewa Omernik, frontman Republiki, czy wreszcie – Obywatel G.C. Czołowy, wybitny reprezentant realizowanej na naszym poletku nowej fali, charakteryzującej się tekstową monotematycznością odnoszącą bezpośrednio do pragnień, żądzy, nadziei oraz oczekiwań współobywateli. Autor najbardziej jazzowej płyty art rockowej, która w istocie jazzująca była zaledwie szczątkowo. Tak, tak, to o Tak! Tak! mowa!

To jeden z pierwszych krajowych albumów dystrybuowany już jako płyta CD i niewątpliwie najlepsza rzecz, jaka w okresie sześcioletniej przerwy od Republiki przytrafiła się charakternemu warszawiakowi. Zebranie w jednym studiu śmietanki (nie tylko) polskich muzyków zaowocowało zupełnie nowym, zdecydowanie różnorodniejszym brzmieniowo w stosunku do zespołowych dokonań podejściem do muzyki. Europejski mistrz organów Hammonda Karolak, obok niego trębacz-wirtuoz Stańko, zaraz za nimi akustyczny Porter i obsługujący instrumenty perkusyjne Torres wspomogli twórczo niebanalne, mające swoje drugie dno teksty Ciechowskiego, o których kunszcie napomykać nawet nie wypada, bo to nie budząca wątpliwości i sprzeciwów kwestia – prawda powszechnie znana. Najdobitniejszym potwierdzeniem owocności współpracy jest ironiczna, prześmiewcza "Depesza Do Producenta", wykorzystująca głos partnerki G.C., Małgorzaty Potockiej, z najmocniej słyszalną, bardzo wyraźnie uwypukloną, prawie trzyminutową jazzową wariacją o bogatym instrumentarium. Z kolei w "Umarłych Słowach" słyszalny explicite jest wpływ zajmującego się aranżacją płyty realizatora dźwięku Rafała Paczkowskiego i jego wizji przestrzennej, bezpardonowo świeżej muzyki wykorzystującej technikę samplingu oraz nieodpartą chęć tworzenia niekonwencjonalnych, niemożliwych do uzyskania w inny sposób kombinacji.

Oczywistym faux pas byłoby nie wspomnieć o dwóch największych, pokoleniowych hitach na płycie – osobliwej deklaracji patriotyzmu, miłości do kraju alegorycznie przedstawionego pod postacią kochanki, "Nie pytaj o Polskę", a także jednym z niewielu zasłużenie umieszczonych w czołówce Trójkowego Topu Wszech Czasów "Tak... Tak... To Ja". Utworu w warstwie lirycznej nad wyraz osobistego, który dzięki temu przymiotowi, jak i głosowym modulacjom, czy przez swoją dynamikę nabiera niepowtarzalnego, emocjonalnego charakteru. Razem ze wspomnianymi wyżej fragmentami jednym tchem wymieniam wybitną, niemożliwie niedocenioną "Piosenkę Kata". Dodatkowy smaczek na Tak! Tak! stanowi wykorzystanie sopranu w "Podróżach Do Ciepłych Krajów". Reasumując: tak proszę państwa, tak wygląda album bardzo dobry, a przede wszystkim krążek kompletny od "a" do "z". Sztandarowa kompozycja ejtisowego new wave'u w Polsce. –Witold Tyczka

posłuchaj


Jerzy Milian: Baazaar 069Jerzy Milian Trio
Baazaar
[1969, Polskie Nagrania Muza]

Polskie słowo "bazar" pochodzi z tureckiego (tam wymawiane chyba przez "p") i oznacza mniej więcej targowisko, ale nasze, słowiańskie, bezsłoneczne, deszczowe i chłodne pojęcie o targowisku bliższe jest chyba targowicy, niż temu, co kryje się za nieuchwytnym, sekretnym powabem południowo-wschodnio-europejskiego "baazaaru". Nie byłem w Aszchabadzie, ale dla odmiany byłem niedawno w Skopje, gdzie mieści się Stary Baazaar czyli drugi w kolejności największy bałkański bazar po Stambule. I zaprawdę powiadam Wam, że rozpostarty na lekkim wzniesieniu, pełen tajemniczych skrótów między straganami, zaklętych uliczek, skonstruowany nieco jak labirynt Stary Baazaar w stolicy Macedonii – zwłaszcza pilotowany przez chętnego do pomocy i przewodnictwa lokalsa – jawi się miejscem, w którym łatwo się zatracić. Malownicza feeria barw, sugestywna symfonia smaków i zapachów oraz łaskoczący ucho gwar przechodniów reprezentujących oczywiście tak wiele narodowości, ile pomieszkuje w FYROM (a więc niemało) składają się na tygiel obezwładniający bogactwem doznań zmysłowych. Podobnie nieco ponad półgodzinny Baazaar, dzieło życia poznańskiego koryfeusza modern jazzu – ono również imponuje kolorowym wachlarzem tropów, a do tego kusi subtelną nieprzewidywalnością, znienacka prowadząc ku zakamuflowanej, niedopowiedzianej narkotyczności. A mówiąc po ludzku, ta płyta jest trochę jak nocny, międzyimprezowy, spontanicznie zszamany kebs z Efezu na Saskiej, obowiązkowo w wersji z hummusem i mieszanym sosem, którego intrygujący impakt pozostaje w konsumencie znacznie dłużej, niż byśmy tego oczekiwali.

Wprawdzie "Memory of Bach" Komedy (u którego Milian terminował) zaczyna krążek całkiem konserwatywnie (i wzorcowo w tym temacie), prowokując do porównań z afroamerykańskimi tuzami w rodzaju Hutchersona czy Milta Jacksona (wiele lat temu sporo słuchałem Fontessy, więc mi się kojarzy, c'nie). Szybko jednak pan gospodarz przejmuje kompozycje i zabiera nas w egzotyczną podróż, zdradzając skłonności hipnotyczne, a ostatecznie i wprost psychodeliczne. Już z samej biografii JM można sporo wywnioskować, że skoro zaczynał jako pianista, studiował kompozycję i na boku maluje sobie ikony, to jego styl wibrafonowania niekoniecznie musi należeć do najgeneryczniejszych. Ale frazowanie na vibesach swoją drogą, a spektrum penetrowane przez trio wspierane sekcją Jacek Bednarek & Grzegorz Gierłowski swoją. Jeśli sięgający znienacka po marimbę (jak w rewelacyjnym "Rewelacyjnym Luciano") lider zahacza nagle o proto-indonezyjskie rytuały zgromadzone na składakach typu Bali: Music From The Morning Of The World, jeśli gościnny flet Janusza Mycha i abstrakcyjne żeńskie wokalizy Ewy Wanat mimochodem mrugają znacząco do Reichowszczyzny ("Szkice Ludowe"), a numer quasi-tytułowy niewiele odróżnia od wydanego ledwie rok wcześniej przećpanego transu "Set The Controls For The Heart Of The Sun" Floydów (mówię o wersji studyjnej), to jakby żarty w tym momencie się kończą. Aha, zdaje się, że w tym roku jest w ogóle jakiś revival i lans na pana Jerzego. "Good... Well done...". –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


Edyta Bartosiewicz: Dziecko 068Edyta Bartosiewicz
Dziecko
[1997, Izabelin]

Feminizm trzeciej fali wpłynął nie tylko na wysyp głośnych – lepszych i gorszych – żeńskich bandów siejących moralną panikę, ale również miał swój udział w reviwalu popularności singer-songwriterek piszących pop-rocka. Za oceanem powszechnie rozpoznawalne stały się Alanis Morissette, Sheryl Crowe czy Fiona Apple, w Polsce pojawiła się właśnie Bartosiewicz – z bardziej melodyjnym i bardziej interesującym materiałem. Dziecko jest czwartym albumem Edyty, osobistym i najbardziej świadomym dziełem kobiety z bogatym doświadczeniem życia; w większej części minimalistycznym, odżegnującym się od nieco chaotycznego poprzednika Szok'n'Show i równającym do jakości Snu. Opener "Jenny" sam w sobie jest małym manifestem feministycznym skrzywdzonej w młodości kobiety. Przywodzący na myśli ballady Corgana, dramatyczny utwór z chwytliwym, dynamicznym motywem klawiszowym, który co chwilę ustępuje pierwszeństwa gitarze, basowi, by przejść w dość płaczliwą partię refrenu, pozostaje nie tylko flagowym singlem Bartosiewicz, ale również, zasłużenie, jedną z popularniejszych polskich piosenek ogólnie. Nie dajmy się zwieść swoistemu zmęczeniu jej przez radio – to jest wielki utwór.

Kompozycją doskonałą jest tu jednak poszukująca katharsis "Skłamałam" wraz z wyrafinowanym basem i najlepszą próbą oraz melodią wokalu Bartosiewicz w całej jej dyskografii. Album zawiera również kilka ładnych, akustycznych ballad na temat miłości i izolacji, stylistycznie wpisujących się w krajobraz albumów Joni Mitchell, która wydaje mi się być najbardziej stosownym nawiązaniem do twórczości Edyty (Joni Mitchell minus studio Trójki). Mam natomiast wielką słabość do utrzymanej w konwencji kołysanki spod znaku Fleetwood Mac wysmakowanej piosenki tytułowej, której emocjonalny bagaż rośnie z każdą repetycją przewodniego riffu. "Dziecko, gdybyś przeżyła tyle co ja...". Dziecko jest gorzką i poufną refleksją na temat dorosłości, ubraną w przejmujące i znakomite kompozycje, które bronią się i dziś. Edyta, jako wytrawna songwriterka, tekściarka oraz wokalistka, weszła tym albumem do kanonu najlepszych polskich artystów w historii. –Iwona Czekirda

posłuchaj
przeczytaj recenzję


Kaliber: Księga Tajemnicza. Prolog 067Kaliber 44
Księga Tajemnicza. Prolog
[1996, S.P.]

Fani hip-hopu inspirowani na przykład wypowiedziami Tego Typa Mezo chętnie krytykują "psycho-rap" pierwszego Kalibra, przypominając tym samym czytelników Porcys circa 2005, zajawionych już wąsko definiowanym, pavementowym indie i sarkających na Nevermind. Błądzić jest rzeczą ludzką – sam pewnie gdzieś podchwyciłem tę narrację – ale recydywa jest rzeczą głupią i dziś staje mi przed państwem pisać o płycie, którą Pawły Kukizy i Muńki Staszczyki tej ziemi chciały wielokrotnie przerobić na wzór dla rapu nie o blokowiskach, że reprezentuje biede, jeździ bmw. Płycie, którą zna każdy, kto chciał się rozejrzeć co to jest ten polski rap, czyli każden jeden. A przecież wszystko rozgrywa się obok nurtu. Album na poziomie muzycznym brzmi unikatowo (świetne produkcje siedemnastoletnich Magików i Rahimów – szkoda, że później stracili Jaja, że Jajonasza) – trochę jak miks Gravediggaz i Anji Orthodox wykonany przy pomocy Amigi 500. Z drugiej strony, gdyby nie dziwne, brzydkie, odstręczające panczurskie wokale, takie "Nasze Mózgi Wypełnione Są Marią" mogłoby być gotyckim odpowiednikiem "Things Done Changed" albo "Shook Ones Pt. 2". Choć pewnie zapamiętaliście to inaczej – od gimba, przez erę dopalaczy, po dziś Kaliber wzbudza moją ambiwalencję, ale z wiekiem chyba coraz mocniej doceniam ten triumf umysłu nad materią; lo-fi etiudę o polskim skunie w latach 90., opowieść o tym, co tu się nie dzieje naprawdę – chciwość, tanie horrory, tanie pornosy, metafizyczne tąpnięcie i w opór jarania. A że przy okazji to jednorazowy pomysł na wydawnictwo, który w przypadku naśladownictwa niesie za sobą Bukę i L.U.C-a (duet B.U.C) – tak to już jest, koszty rewolucji bywają straszne. –Łukasz Łachecki

posłuchaj


Crash: Senna Opowieść Jana B 066Crash
Senna Opowieść Jana B.
[1979, Polskie Nagrania Muza]

Miałem sen. Już nie Inara (nara) George podbijała nasze serca. Ja sam nie opróżniałem zaś Piasta z puszki, ucząc się do kolokwium, ale siedziałem do późnej nocy w jakimś kafkowskim biurze. Ba, zawalony robotą zawalałem deadline. Koszmar. Leciała płyta. Z 1979 roku. Fajna, rzuciłem okiem na okładkę. Clash. No tak, pasuje. Choć dziwne, bo nie znam. Później zamglona rzeczywistość skręciła się jak w starej komputerowej animacji i okazało się, że nie całkiem. Crash? No i jeszcze ta dziwna wokaliza – jakby z prog-rockowej ballady, która przycupnęła na puszystym, soulowym podkładzie. Za białe na Motown, więc może nowy Flying Lotus trawiony retromanią? Ej, co jest!? Basik fajnie podryguje, klawisze punktują, saksofon gra solo, a wokal jakoś pod prąd, w drugą stronę. Zapisz to! Saksofon skomle, a klawisz jak na starym Heronie albo heroinie. Rysopis podaje na wszelki wypadek. Bemibeka rapsod żałobny. Trudno będzie wstać i wyjść, gdy to Grażyna Łobaszewska. Patrzysz nie wierzysz. Dziwny sen miałem. –Jan Błaszczak

posłuchaj


Bemibek: Dziennik Mej Podróży 065Bemibek
Dziennik Mej Podróży
[1993, Soundpol]

Powstanie tego feature'a, oprócz logicznej kumulacji rodzimej większości esencjonalnych, przeważnie respektowanych przez słuchaczy wydawnictw, dysponuje dodatkowo jedną nieoszacowaną cnotą – możliwością przeprowadzania mini-rehabilitacji pewnych płyt, które nie miały szczęścia trafić do "internetowego" kanonu klasyków. Nie zmierzam oczywiście do tego, że bestialstwo dyskwalifikacji dorobku zespołów współtworzonych przez Ewę Bem swoją skalą przywołuje wstydliwy casus, nie przymierzając, Papa Dance, ale względnie często można niestety nadziać się na taką ewentualność, że jej obszerne dokonania poddawane są niesprawiedliwemu deprecjonowaniu do, skądinąd świetnego, "Podaruj mi trochę słońca". "I dlatego mam nadzieję, mam nadzieję, że... nigdy się nie zestarzeję, nie zgorzknieję, nie" wyśpiewuje swoim aksamitnym głosem wokalistka w tytułowym utworze. Obawiam się, że czas nieubłaganie potraktuje fizyczność każdego z nas, nie mam natomiast żadnych wątpliwości odnośnie wykluczenia tej zasady w przypadku tkanki muzycznej Dziennika Mej Podróży. Świetnie smooth-wyprodukowane, utrzymane w tropikalnych ryzach piosenki, w których jazzowe akordy pędzą slalomem między ślicznymi popowymi melodiami, fusionowym vibe'em i wokalami na tyle istotnymi, że pełnią one funkcję dodatkowego instrumentu. Zatrzymując się jeszcze na chwilę przy tym ostatnim elemencie: po pierwsze, pomysł naprzemiennego pojawiania się wokali poszczególnych członków okazał się strategicznym strzałem w dziesiątkę. Dwa, to jednak Ewa w ostatecznym rozrachunku jest tutaj bossem wszystkiego i jeszcze więcej. Nostalgiczne manipulowanie głosem w "Jakoś Sobie Radę Dam" = zawsze przed uszami pojawiają mi się skojarzenia z akrobacjami Isabelle Anteny, zajebista sprawa. –Rafał Marek

posłuchaj


Alex Band: Zderzenie Myśli 064Alex Band
Zderzenie Myśli
[1980, Tonpress]

Z płytami jazzowych big bandów, do których ochoczo wracam, jest tylko odrobinę łatwiej, niż z szukaniem ukochanego klasyka jazzowej violinistyki jako referencji do tekstu o Seifercie, dlatego zachwyt nad Alex Bandem to dla mnie dość świeże doświadczenie. Dwa albumy laureata nagrody konkursu "najbardziej retro strona internetowa należąca do autorów co najmniej dwóch klasyków polskiej muzyki rozrywkowej" wznowiło w tym roku GAD Records. Nie dajcie się zwieść pobieżnym przesłuchaniom – oczywiście, The Eccentric jest monumentalne, a Zderzenie Myśli luzackie, funkowe – ale to nie do niuansów należy wstawianie cudzysłowów między wyżej wymienione przymiotniki, to głównym nurtem płynie przegryzanie i konsekwencja. I tak do funkowego początku, który w dwóch indeksach załatwia dla mnie kwestię nieobecności zespołu Kram na liście, dołączają prześliczne "Łzy miłości" i "Serce jesieni", kompozycje na luzie pasujące do Eccentric, liryczne jak soundtracki Satanowskiego do Ekstradycji, a to już kolejny nurt załatwiony. Pieniężne granie, wizualna, gęsta wyobraźnia i przez swoją organiczność i narracyjność coś znacznie więcej niż tylko kopalnia sampli. –Łukasz Łachecki

posłuchaj


Maanam: Maanam 063Maanam
Maanam
[1981, Wifon]

Jak debiutujący w tym samym roku Perfect, Maanam był zespołem założonym przez doświadczonych muzyków, którzy w okolicach trzydziestki zabrali się za granie nowej fali. W momencie wydania pierwszej płyty Marek Jackowski miał trzydzieści pięć lat i dekadę grania w hipisowskich kapelach za sobą, ale od przeszłości odcina się sprawnym cięciem gitary, które otwiera "Stoję, Stoję, Czuję Się Świetnie" i całą płytę. "Stoję, Stoję" w niecałe cztery minuty streszcza wizję zwartego, precyzyjnego rocka, który ten zespół chciał tworzyć. A nieodzownym elementem tego rocka było to, że Maanam od przeszłości nigdy do końca nie mógł się odciąć. W zespole Jackowskiego nie grały nie szanujące tradycji dzieciaki, ale kolesie z jazzowym i bluesowym backgroundem. Post-punkowi gitarzyści w Wielkiej Brytanii dochodzili do futuryzmu przez brak umiejętności technicznych, w tym czasie Ryszard Olesiński grał solówki jak naspidowany Tadeusz Nalepa. Kora za to była w takim samym stopniu polską Siouxsie Sioux (starszą od Siouxsie o kilka dobrych lat), co punkową Ewą Demarczyk. Na Maanamie nie pozwala sobie jeszcze na teatralne szarże w stylu "Krakowskiego Spleenu", co wychodzi płycie tylko na dobre. Za opus magnum zespołu najczęściej uznawany jest bardziej eklektyczny i dopracowany brzmieniowo Nocny Patrol, ale debiut to po prostu lepszy zestaw piosenek. Maanam jest tak samo naszpikowany standardami polskiej muzyki rozrywkowej jak Perfect i Lady Pank, ale jest brudniejszy, mroczniejszy i bardziej teatralny. I zdecydowanie bardziej krakowski. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj


Różni Wykonawcy: Podróże Pana Kleksa 062Różni Wykonawcy
Podróże Pana Kleksa
[1985, Polton]

Jak to było z Podróżami Pana Kleksa ? Prosta historia: na fali popularności Akademii polsko-radziecka produkcja dostaje większy budżet niż poprzednia część. To przekłada się na rozmach i egzotykę realizacji zdjęć w Armenii, na Krymie, na Kaukazie, czy u wybrzeży Bajdocji, która okazuje się być Bułgarią. W takiej scenerii atramentowe biznesy kręci profesor Kleks, żeby pociągnąć coroczny festiwal bajek, a potem urzeka swoją historią pewnego małego pacjenta szpitala i zostawia mu kolorową kulę na pamiątkę. Żeby tak orwellowską fabułę pomieścić w filmie i wypuścić w 1986 roku, potrzeba intrygującej mieszanki science-fiction, komedii, i musicalu, a stąd już niedaleko do przypisania niemałej wartości ścieżce dźwiękowej. Dla mnie Podróże Pana Kleksa to jednak jeszcze inna historia, która zaczyna się w kichającej i prychającej kolejce po L4 w przychodni na Grzybowskiej. Zaczepia mnie tam pewien ekscentryczny staruszek, który opowiada o niezapomnianych imprezach za czasów Powstania. Potem mówi, że trochę zna się na muzyce, i że słyszy w moim głosie potencjał do śpiewu. W końcu przyznaje się, że jest kompozytorem. Jakoś nie kojarzę nazwiska Bohdan Mazurek. Dopiero po powrocie do domu dociera do mnie, że to wielka postać Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia, a przede wszystkim twórca elektronicznej magii i psychodelii Podróży Pana Kleksa. Oczywiście tej ścieżki dźwiękowej nie byłoby także bez Andrzeja Korzyńskiego, ojca Franka Kimono i "Mydełka Fa".

Trudno ogarnąć eklektyzm muzyki do Podróży Pana Kleksa . Są tam rockowe ballady ("Podróż W Krainę Baśni" i "Meluzyna, Czyli Historia Podwodnej Miłości") w wykonaniu Małgorzaty Ostrowskiej, są orientalne rytmy i dźwięki "Drogi Do Bajdocji". Za tekst książkowego pierwowzoru Brzechwy bierze się w "Apoteozie Baja" Lech Ordon, ikona Stawki Większej Niż Życie, złośliwa hiena w "Balladzie Alladyna" to Edyta Geppert, a tajemnicę zdrowego trybu życia skocznie wyjawia Piotr Fronczewski. Marcin Barański przejmuje filmową kwestię Wiesława Michnikowskiego w "Zaklęciu Doktora Paj Chi Wo", fani kabaretu TEY mają frajdę z odsłuchu "Tatuażu Tango" w wykonaniu Janusza Rewińskiego. Wszystko to dużo, ale prawdziwe wydarzenie to dopiero wejście Mariusza Zabrodzkiego (Papa Dance!) z "Marszem Robotów". Wniosek za trzy punkty jest taki, że Podróże Pana Kleksa przynoszą jeden z pierwszych powiewów techno i elektro, latające żelazko atakujące armię robotów kluskami i zamknięty w winylu kosmos na dobranoc. –Monika Regiel

posłuchaj


Basspace: Basspace 061Witold Szczurek
Basspace
[1984, PolJazz]

Wśród wielu bardzo dziwnych i zupełnie zapomnianych wydawnictw z kręgu progresywnego jazzu lat 80-tych w PL, to należy być może do super wąskiego grona tych najbardziej zapomnianych i najdziwniejszych. Zakładam, że to być może najmniej przesłuchana płyta z całego naszego rankingu. Krakowski projekt Basspace doświadczonego (Stańko, Ptaszyn, Sun Ship) kontrabasisty i masterminda Witolda Szczurka, który tą nazwą podpisywał się już od albumu następnego, byłby wręcz kartą podejrzanie wyrwaną z annałów krajowej muzy, istną czarną dziurą wsysającą każdego, kto próbował zaczerpnąć jakiegoś konkretniejszego info (trzeci, czwarty krążek Basspace to widma z cyklu "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie"), gdyby nie trzy raczej nieistotne w szerszym ujęciu fakty – po pierwsze w grupie przez chwilę śpiewała Małgo Ostrowska, po drugie gościnnie pogrywał w nim Terje Rypdal, a po trzecie Noon zsamplował urywek sofomora na Muzyce Poważnej Pezeta. Jednak ta względna anonimowość Szczurka w znacznej mierze wynika z trudnej do zdefiniowania stylistyki, którą zagospodarował. A tę chyba najlepiej określić przez zestawienie z muzycznym bliźniakiem.

Tak, to całkiem niesamowite, że w tym samym roku dwóch krakowskich bassmanów z predylekcją do post-fusionowej awangardy wydało swoje autorskie, wizjonerskie płyty. Ale podczas gdy genialny samouk Ścierański nieświadomie przewidywał postać Toma Jenkinsona, antycypował instrumentalny, mglisty lo-fi-funk Rangers i eksperymentalny synth-world-beat Gang Gang Dance, pan Witold – starannie wykształcony, dziś już wykładowca, mieszkający na stałe w Niemczech – uroczo udawał Pastoriusa w konfiguracji z Methenym ("Tomo"), chętnie sięgającego po smyczek ("Fifteen Questions") na tle szklistych, statycznych arpeggiów gitki ("White Song") i tonął w odmętach chorego, francuskiego, wokalnego proga spod znaku Zeuhl (ale myślę tu nie o Magmie, tylko nieco mniej znanych offshootach w rodzaju Vortex czy Weidorje – check "Hey Hullo" i "The Second Break"). Wszystkie wymienione wątki spotykają się zresztą w finałowym "My Harp". Przesyt? Możliwe, natomiast jeśli ktoś chce dziś być prawdziwym Polakiem i bawić się w choć odrobinę prog-jazzowe gierki z aspiracjami do pękniętej melodyjności, musi z pokorą uznać to dzieło za swojego duchowego antenata. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom