SPECJALNE - Ranking
Najlepsze polskie płyty XX wieku

Najlepsze polskie płyty XX wieku

11 listopada 2014

Jan Ptaszyn Wróblewski: Sprzedawcy Glonów 050Jan "Ptaszyn" Wróblewski
Sprzedawcy Glonów
[1973, Polskie Nagrania Muza]

Znaczenie Jana Ptaszyna Wróblewskiego w rodzimym jazz-światku jest sprawą niepodważalną i mogłoby być tematem soczystego elaboratu: od pionierskiego metkowania polskich akcentów na festiwalu w Newport, przez przewodniczenie słynnemu Studiu Jazzowemu Polskiego Radia i propagowanie szeroko pojętej kultury jazzowej w trójkowych Trzech Kwadransach Jazzu, po czysto indywidualne piętno odciśnięte poprzez dziesiątki znakomitych własnych utworów i występów gościnnych. To taki typ charyzmatycznego opiekuna, przyciągającego swoim medium najwybitniejszych przedstawicieli branży. Szybki rzut okiem na personel Sprzedawców Glonów i słuszność powyższego staje się jasna: mamy tu trzy kompozycje Ptaszyna i po jednej Stańki, Namysłowskiego i Trzaskowskiego. Mało? Okej, jedziemy dalej z listą płac: Urbaniak, Seifert, Makowicz, Nahorny, Jonkisz, Karolak, Bartkowski... i można by tak jeszcze chwilę ciągnąć, ale po co, system już i tak uległ awarii od nadmiaru nazwisk, których liczna obecność w naszym podsumowaniu powinna być wystarczająco sugestywnym sygnałem do sięgnięcia po ten album. W takich okolicznościach kategoria big-band jazzu wydaje się jakaś obcisła, bo najwyraźniej "big" określa tu nie tylko liczbę zaangażowanych muzyków, ale i rangę wydarzenia.

Uczucie synestezji towarzyszy moim przygodom ze Sprzedawcami Glonów. Fusionowaty, znakomicie zaaranżowany modern jazz lejący się z kolejnych pozycji tracklisty układa się we wciągający, inspirujący zbiór impresji przekazywanych językiem zmieniających się jak w kalejdoskopie instrumentalistów-bajarzy. I nieistotne, czy szargany stańkowskim sztormem sunę przyrdzewiałym kutrem po nieznanych wodach w "Cytacie Z Samego Siebie", rozleniwiony wiosennym słońcem wcinam truskawki na tarasie z widokiem na pobliskie jezioro przy "Wyznaczniku Pierwszym", czy z pozycji fotela kinowego obserwuję dwie tyleż kuglarskie co natchnione szarpaniny z samym Lucyferem – najpierw Stańki w "Bez Wyciszenia", a potem Seiferta w "Magmie" – przez cały czas towarzyszy tym wizjom symptomatyczna, rozkoszna lekkość ducha, rozpanoszona do tego stopnia, że zastanawiam się czy przypadkiem Godin i Dunckel nie wrzucali sobie tego na wychillowanie podczas sesji do Moon Safari. A przecież wszyscy lubią Moon Safari, right? –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Krystyna Prońko: Krystyna Prońko 049Krystyna Prońko
1980
[1980, Wifon]

Poza Sośnicką i Wodeckim beneficjentką trochę spóźnionej, polskiej fali retromanii została Krystyna Prońko, której niekonwencjonalny (refren dłuższy niż quasi-zwrotki) utwór "Specjalne Okazje" pochodzący właśnie z albumu 1980 został niedawno odgrzebany i wprawnie zsamplowany przez klubowych nerdów, reprezentantów opcji 100% vinyl oraz miłośników muzyki polskiej – stołeczny duet Ptaki, co oczywiście było strzałem w dziesiątkę, przyniosło im wieniec laurowy, recenzje na RA i dziewczyny pod didżejką. Duża w tym zasługa pani Krystyny, która niezupełnie jest Ciarą – szkicem dla Jacquesa Greene'a, ale swoimi wizjonerskimi (w stosunku do koleżanek z kategorii Opole babes) wykonami wyłożyła na talerzu Ptakom genialny kawałek. Pozostając w bardziej disco niż funkowej odsłonie albumu nie potrafię przejść obojętnie wobec klimatycznego, póżno-gierkowskiego bangera o koloniach i promiskuityzmie – "Jutro Zaczyna Się Tu Sezon". Cóż za motyw tworzy w pre-chorusie orkiestra i bas! Wydanie w Wifonie pozwoliło Krystynie Prońko ugruntować swoją pozycję na rynku, nagrać album bez jazzowych dłużyzn, czy luk kompozycyjnych, co zdarzało się na wydawnictwach PN Muza; odnaleźć eklektyczną jakość na bardzo solidnej, ale trochę generycznej muzycznej mapie ówczesnej Polski. Minnie Ripperton wreszcie mogła wejść do studia, w którym czekał na nią Waglewski zajarany Earth, Wind & Fire. Jak to mówią – najlepsze sześćdziesiąt minut w jej życiu i życiu funkującego polskiego popu. Życzę pani Krystynie, aby udało się wydać 1980 również w postaci cyfrowej. Niech zrobi ten hajs i nie startuje już w kolejnych wyborach samorządowych. –Iwona Czekirda

posłuchaj


Ścianka: Statek Kosmiczny 048Ścianka
Statek Kosmiczny
[1998, Biodro]

Czytając recenzje napisane tuż po premierze Statku Kosmicznego, trudno nie odnieść wrażenia, że pierwszy album sopockiego zespołu przysporzył krytykom sporo problemów. Zazwyczaj kończyło się na wyjaśnieniu, że panowie w inteligentny sposób posługują się gitarowym brudem (lol) i wymienieniu kilku zespołów, które w przeszłości również błyskotliwie korzystały z rockowych wzorców. Inną cechą wspólną wielu z tych tekstów były mniej lub bardziej śmiałe podejrzenia, że nie jest to po prostu udany debiut kolejnego alternatywnego zespołu, ale że Ścianka może wprowadzić sporo ożywienia i stać się jednym w ważniejszych zespołów polskiej sceny. Potem pojawiły się Dni Wiatru i ci, którzy próbowali w jakikolwiek sposób zaszufladkować muzykę sopocian musieli już ostatecznie skapitulować. Po kilkunastu latach wiadomo już więcej i wyraźnie widać, że mimo kilku, często radykalnych, stylistycznych wolt, udało im się zachować pewną koherentność. Nieprzypadkowo, gdyż każde z pierwszych trzech wydawnictw zespołu zawiera kompozycje z czasów poprzedzających wydanie Statku Kosmicznego. Ostatnia z płyt nagranych z udziałem Jacka Lachowicza i Andrzeja Koczana (Pan Planeta) też stanowiła kontynuację tej drogi i zawiera większość elementów muzycznego języka, który od 1994 tworzyła Ścianka. Twórczość nowego oblicza zespołu, zapoczątkowanego przekształceniem w trio w składzie Cieślak-Biela-Kowalczyk, niby brzmi trochę odmiennie, ale najważniejsze pozostało niezmienne: czy to będzie Secret Sister, czy materiał z Come November (który zresztą, jak powiedział na jednym z warszawskich koncertów Maciej Cieślak, już się grupie znudził!), czy też w końcu całkiem nowe utwory takie jak intrygujący instrumental napędzany przypominającym motorik beatem zagrany kilka miesięcy temu w Kulturalnej – wszystko niezmiennie charakteryzuje się niezachwianą odwagą artystyczną i bezkompromisowością. I tak właśnie było już od początku. Zarówno oparte na bezlitośnie tnących riffach zwięzłe wymiatacze, bardziej rozmarzone, nastrojowe kompozycje jak i różne humorystyczne wstawki w równym stopniu stanowią o obliczu zespołu i są przejawem jego specyfiki. Dzięki tej łatwo dostrzegalnej i rozmyślnie realizowanej wizji Statek Kosmiczny po 16 latach nadal brzmi jednocześnie świeżo i dojrzale. –Piotr Ejsmont

posłuchaj


Wojciech Karolak: Easy 047Wojciech Karolak
Easy!
[1974, Polskie Nagrania Muza]

Nie wiem, jak wyglądałoby top 3 albumów Milesa Davisa według Wojciecha Karolaka, ale sądzę, że w czasie, gdy powstawał album Easy, na szczycie takiego zestawienia znalazłoby się Bitches Brew. Koronkowymi przykładami tej nici powinowactwa są czerpiące pełnymi garściami ze podwójnego LP z 1970 roku kompozycje "A Day In The City" (Tomasz Stańko zagościł — na trąbce rzecz jasna) z wokalną partią, a zwłaszcza "Instant Groove". Jasne, nie ta skala duszności i przepychu, ale i tak uwielbiam te soczyste jamy, zwłaszcza drugi, który jest wręcz bezpośrednią referencją BB. W kwestii tematów prym wiedzie skomponowany przez "Ptaszyna", olśniewający "Strzeż Się Szczeżui", chwilami odsyłający do powabu baroque-popu. Ale wcale nie gorszy jest krążący gdzieś wokół vibe'u Stevie Wondera (choć cień Milesa jest wciąż obecny, zresztą we wszystkich utworach czuć jego ducha), utwór tytułowy, gdzie na saxie altowym wywija Namysłowski, a żeby nie było tak całkiem rozrywkowo, na koniec Karolak serwuje dwa zdecydowanie bardziej kojące fragmenty (romantyczną balladę "Seven Shades Of Blue" oraz refleksyjny "Goodbye", w którym słyszę jakieś dalekie echa zapowiadające delikatny lounge-pop Air czy Nightmares On Wax). W rezultacie łykam całość od deski do deski i przestaję się zastanawiać, jakby to było z tym mini-rankingiem płyt Davisa, stworzonym przez Karolaka. Jedno jest pewne – gdyby Miles posłuchał Easy, na pewno by propsował. Proste. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Voo Voo: Oov Oov 046Voo Voo
Oov Oov
[1998, Music Corner]

W momencie premiery muzykę zarejestrowaną na Oov Oov określano mianem eklektycznej, zresztą nie bez przyczyny, słusznie wskazując przy tym miszmasz, na który składały się wpływy jazz-rocka spod znaku King Crimson, hard rocka, hip-hopu, czy nawet free jazzu. Z tym ostatnim tagiem to bym mocno uważał (chociaż charakterystyczne elementy tego genre da się uchwycić na przykład w zamknięciu "Dołka" – sytuacja analogiczna do "The National Anthem"), choć nie to jest istotne, a rozbija się jedynie o kwestię nazewnictwa, która w kontekście tego albumu wcale nie jest szczególnie ważna. Z perspektywy minionych lat, podczas każdego kolejnego kontaktu z albumem, nie mogę opędzić się od myśli jak muzyka wypełniająca Oov Oov zgrabnie radziła sobie z byciem w zgodzie z panującymi wówczas trendami. Całkiem łatwo już w otwierającym numerze wychwycić mi punkty styczne w postaci pokrewnego sposobu podejścia do dźwiękowej tkanki z post-rockowcami z Tortoise, którzy – przypomnę – w roku wydania Oov Oov byli świeżo po premierze TNT. W "Dwa W Jednym Umpa Umpa" da się też dostrzec charakterystyczny, duszny vibe (powracający zresztą w innych trackach) bardzo bliski temu, który w latach 90-tych składał się na jeden z głównych atrybutów muzyki z Bristolu.

W 2014 roku wciąż zdumiewa mnie jak perfekcyjnie dopracowany jest ten materiał, zważywszy na to, że większość zawartych tutaj utworów wyrosła z improwizacji. Pomimo tego zabrakło tutaj miejsca dla rozbuchanych muzycznych eksploracji rodem z Szeszeli, materiał charakteryzował się zachowaniem odpowiednich proporcji – motywy poprowadzone zostały w taki sposób, że w odpowiednim momencie uległy rozwinięciu, a nie ugrzęzły niedokończone, jak to czasem miało miejsce na poprzednich płytach (nie tylko tej wyżej przytoczonej), sygnowanych przez duet Waglewski-Pospieszalski. Charakterystyczny, quasi-medytacyjny charakter albumu wyrastający ze stosowanego tu często zabiegu drążenia muzycznych tematów, nieco ustępuje w dwóch piosenkowych fragmentach, z których na szczególną uwagę wciąż zasługuje ten nagrany wespół z Nosowską – mającą wtedy za sobą udaną sesję do Karmy. "Wzgórze" ewokuje przepełniony nostalgią klimat – pokrewny temu, na który stawiali choćby Radiohead – i oddziałujący jeszcze mocniej dzięki chwytliwej melodii wyśpiewywanych fraz, rozpościerających się na tle równie zapadających w pamięć gitarowych arpeggiów Waglewskiego. Należy też oddać, że album bardzo dobrze radzi sobie z upływem lat, wciąż brzmiąc całkiem świeżo, paradoksalnie najgorzej wypadając we fragmentach, które jak mniemam w roku 1998 miały nadać materiałowi nutki futuryzmu – charakterystycznie pocięte skrecze autorstwa Emade (w creditsach widniejącego jako DJ M.A.D.) zaaplikowane w "Dołku" nie robią już takiego wrażenia jak przed laty.

Odstąpienie od egzotycznego pierwiastka przewijającego się w dyskografii zespołu – czy to w postaci naleciałości wschodnich (ściślej hinduskich) zaprezentowanych na Sno-Powiązałce, czy wyrastającego z kultur Afryki na Łobi Jabi oraz Rapatapa-To-Ja – zaowocowało w albumem odważnym w formie, a jednocześnie bardzo mocnym treściowo, który dzięki masie trafnych pomysłów, popartych bardzo dobrą ich realizacją, a w szczególności dzięki solidnemu podejściu do kwestii motywiczności, po dziś dzień intryguje. –Marek Lewandowski

posłuchaj


Akademia Pana Kleksa 045Różni Wykonawcy
Akademia Pana Kleksa
[1983, Polton]

- A po co to jest? – rzucił mój wujek, dość młody wujek – Taki zawijas. Niczemu to nie służy.

Popatrzyłem w kierunku, w jaki pokazywał i okazało się, że chodzi mu o obramowanie kaloryfera. Staliśmy na dziedzińcu szpitala, gdzie rezydenci i pacjenci po kryjomu palili papierosy. Odwieźliśmy babcię na badania i teraz, czekając na nią, zwiedzaliśmy sobie.

- Nie trzyma to w ogóle ciepła, ani nic nie zasłania – dodał, podśmiewując się.

Zawijas wyglądał, jakby za czasów PRL-u był darem od lokalnej Akademii Sztuk Pięknych dla pobliskiego szpitala. Taka wymiana, która objęła wszystkie kaloryfery w tym oddziale.

- No... do ozdoby.

- Do ozdoby? Po co?

To dotyka coraz więcej osob. Trzeba im tłumaczyć po co są rzeczy ładne, inne, po co są zawijasy, muzea i galerie. Od mojego rocznika do następnych wychodzi coraz większe grupowe niezrozumienie idei, która stoi za takimi zawijasami w szpitalu. Dlatego jak słucham Akademii Pana Kleksa, to się na maksa wzruszam. Nasza popkultura wydała z siebie zestaw ładnych ogarniętych popowo-elektronicznych piosenek z mistrzowskim Fronczewskim na intepretacji wokalnej. Ten album powinien być pakowany do młodych głów wraz z innymi prostými wskazówkami, jak kumać sztukę. Po to, by wiedzieć, po co są takie zawijasy. –Ryszard Gawroński

posłuchaj


Świetliki: Perły Przed Wieprze 044Świetliki
Perły Przed Wieprze
[1999, Music Corner]

"Mówię coś, wolałbym, żeby samo się mówiło" – zaczął Marcin Świetlicki na płycie Ogród Koncentracyjny, zapalając zapałkę. Zapalił jednocześnie prawdziwy płomień tym niepokojącym, totalnym debiutem, w którym niemal post-rockowe kompozycje Dyducha, Piotrowicza i Radziszewskiego świetnie współgrały z atmosferą jego spopielonych tekstów. Trzy lata później Cacy Cacy Fleischmaschine rozpoczynał już cover The Stooges, dobrze pokazując, że"może się grać samo", a Świetliki są zbyt dzikie, aby pozwolić się zamknąć w rezerwacie melodeklamacji, poezji śpiewanej, czy innego slamu. Osoby związane z krakowską grupą wielokrotnie zresztą podkreślały, że nie tędy droga. Deklarowały, że tomiki Świetlickiego i studyjne albumy to zjawiska osobne, które należałoby od siebie wyraźnie oddzielić. Dlaczegóż by nie miały deklarować?

Zakładając jednak chęć zakumania zasadności łapania bakcyla na ich ponurzastą manifestacyjność, koniecznym posunięciem jest uzmysłowienie sobie, że – rozciągając kontekst intelektualno-muzyczny na wszechstronniejszą płaszczyznę -- przedmiot nadrzędny w operowaniu ekspresją twórczą na Perły przed wieprze stanowi, no właśnie, poezja. To ona w dyskusji z muzyką ucieleśnia postać rozmówcy narzucającego ton, decyduje o sposobie prowadzenia kompozycji. Dlaczegóż by nie miała ucieleśniać? Brzmienie instrumentów jest w tym przypadku bardziej suplementacją, wiernym realizatorem wcześniej ustalonych zadań, pozbawionym szans na uzyskanie niepodległości tłem wykonawczym dla melorecytowanych przez Świetlickiego wersów. Dlaczegóż by nie miało być? I tak niepokojący bas w towarzystwie stonowanych gitar pobrzmiewa sobie gdzieś na uboczu podczas mniej zaangażowanych momentów "Ładnie", dziarskie riffy pojawiają się na pierwszym planie współgrając ze zmianami tempa i przenikając się z dynamiczną retoryką "Brejkam Wszystkie Rule", opętańcze lamenty saksofonu wpisują się w amok "Domówienia", a dialog między pianinem i gitarą akustyczną znajdują znakomite ujście w elegancji "79". Dlaczegóż by nie? –Wawrzyn Kowalski & Rafał Marek

posłuchaj


Nosowska: Puk.Puk 043Nosowska
Puk.Puk
[1996, PolyGram]

Na początku nie będzie tak kolorowo, jak sobie wyobrażacie. Osobiście uważam (mając jednocześnie cichą nadzieję, że niektórzy się ze mną zgodzą), że najlepszemu, najbardziej wzruszającemu, ale jednocześnie wręcz w maniakalnym stopniu defetystycznemu albumowi Kasi przeszkadzają trzy tracki: agresywny, nasiąknięty punkowymi riffami "O Tobie", infantylna "Pani Pasztetowa" oraz zdominowana przez chaotyczny kolaż dźwięków "Zofia". Żeby zatem NIE BYŁO: nie mam nic do tych piosenek, ale po prostu uznaję wyższość pozostałej dziewiątki, która na luzie może się mierzyć z największymi dokonaniami bristolskich trip-hopowców, produkcjami Björk czy perełkami IDM-u. Wyobraźmy sobie zatem sytuację skrojoną "pod nas", sytuację idealną, która wywindowałaby Puk.Puk aż na sam szczyt naszego zestawienia. Ponury opener "Jeśli Wiesz Co Chcę Powiedzieć" z dostojną partią saksofonu tenorowego znakomicie zapowiada atmosferę krążka, ale to "O Nas" i przede wszystkim "Gordon" (produkcyjne arcydzieło Andrzeja Smolika i jednocześnie highlight intymnego songwritingu Nosowskiej) stanowią o sile początku płyty. A dalej nie jest normalniej. Chłód i posępność robią swoje, Kasia zabija lirykami w numerze tytułowym, Banach osiąga apogeum swojego talentu w refrenie "Też Dobrze", natomiast Marcin Macuk jest produkcyjnym kozakiem w kontekście zainspirowanego Aphexem utworu "Na Ucho". A co z takimi numerami, jak "Mam Na Myśli", "Jeszcze Jeden O Tym" czy "O Papierkach"? No cóż, polecam zajrzeć tutaj i spojrzeć na miejsce czternaste, jedenaste oraz szóste, bo w tej kwestii nie zmieniło się nic. Nikt w naszym kraju w latach 90. tak nie grał i mimo, że wytknąłem na samym początku opisu kilka niewielkich skaz, to wydany przed blisko dwudziestoma laty album jest pozycją obowiązkową dla wszystkich sympatyków tej listy i nie tylko. –Jacek Marczuk

posłuchaj
20 najlepszych utworów Hey i Nosowskiej


Zbigniew Namysłowski Quintet: Kujaviak Goes Funky 042Zbigniew Namysłowski Quintet
Kujaviak Goes Funky
[1975, Polskie Nagrania Muza]

Tytuł częściowo przygotowuje słuchacza na to co go czeka, ale jest jednocześnie zdradliwy. Inspirowanie się przez Namysłowskiego muzyką ludową było czymś powszechnym i trudno moim zdaniem powiedzieć, żeby stanowiło dominującą cechę akurat tej właśnie płyty. Natomiast jeśli chodzi o funk to jest on z pewnością obecny w sferze rytmicznej, ale sprowadzanie Kujaviak Goes Funky do tego jednego pierwiastka też nie oddałoby w pełni bogactwa krążka. Imponuje z pewnością wyobraźnia muzyczna instrumentalistów. W tytułowej suicie bawią się tematem, by za chwilę przejść w bardziej przypominające free-jazz wyładowania. Jednocześnie umiejętnie wprowadzają różne urozmaicenia. Pod koniec trzeciej minuty saksofony na chwilę milkną, by wprowadzić pewne uspokojenie sygnalizujące powrót do motywu przewodniego. Minutę później może się przez moment wydawać, że będziemy mieć do czynienia z tym samem zabiegiem, ale przecież tym razem nie ma do czego powracać, bo temat cały czas był obecny. I faktycznie, grający na pianinie elektrycznym Karolak zamiast powtórzyć swoją partię, rozwija ją, w czym pomagają mu dołączające się do reszty zespołu, niepokojąco rozbrzmiewające dęciaki. To krótkie przejście stanowi pomost do kolejnej, ślicznej i w większym stopniu lirycznej części kompozycji. Jest takich wyśmienitych fragmentów oczywiście więcej, choćby zawdzięczające dużo czarnej muzyce, emocjonalne i pełne nostalgii saksofonowe wyznanie kończące "Gęsówkę" czy też rozdzierające melancholijną atmosferę, żywiołowe solo Namysłowskiego w "Quiet Afternoon". Naprawdę warto się w te wszystkie dźwięki zagłębić: Kujaviak Goes Funky nie straszy nieprzystępnością, w czym duża zasługa połączenia bezpośredniego groove'u generowanego przez perkusję Czesława Bartkowskiego z niewymuszoną urodą tematów, która ujawnia się w sposób bardzo naturalny, gdy tylko da się płycie szansę. –Piotr Ejsmont

posłuchaj


Bielizna: Taniec Lekkich Goryli 041Bielizna
Taniec Lekkich Goryli
[1988, Tonpress]

Uparte poszukiwania polskich The Smiths najczęściej prowadziły tych, którzy szczególnie dotkliwie odczuwali brak odpowiednika legendarnego zespołu z Manchesteru na polskiej scenie muzycznej w dwa miejsca – do twórczości Partii albo Bielizny. W obu przypadkach rezultat okazywał się o tyle rozczarowujący i w gruncie rzeczy całkiem zabawny, że (poza oczywistym faktem, iż w żadnym z tych zespołów nigdy nie grał na gitarze Johnny Marr), zarówno Lesława, jak i Jarka Janiszewskiego trudno na którymkolwiek etapie ich karier w pełni poważnie określić mianem "polskiego Morrisseya". Ci dwaj byli raczej swojskimi, zawadiacko nastawionymi do życia łobuzami, z którymi poszłoby się na wódkę, pogadało o sporcie, dziewczynach, a w trudnym przypadku z kulturą ustawiło do pionu kogoś, kto za bardzo by kozaczył. Owszem, niepozbawieni pewnej dozy romantyczności, czasem nawet w nadmiarze, choćby najsilniej podszyta była ironią. Ale polskich The Smiths nie było, choćbyśmy wszyscy tego (z nie do końca zrozumiałych powodów) bardzo chcieli.

Co jednak łączyło Bieliznę z twórcami Meat Is Murder, że zasłużyła sobie na takie porównania? Przede wszystkim charakterystyczna odrębność wobec własnego pokolenia. Polityka krajowa czasów przełomu dekad obchodziła Janiszewskiego jako tekściarza mniej niż (być może) powinna. Nawet jeśli "W Imieniu Prawa" przypomina karykaturalny opis fabuły filmu kina moralnego niepokoju, próżno szukać w tekstach z debiutu Bielizny emocji właściwych czasom, w których album powstawał. Inaczej niż wieszczo lub nihilistycznie nastawieni koledzy z pokoleniowym przekazem, za to faktycznie w morrisseyowskim duchu, zwracał Janiszewski uwagę na los nieprzystosowanej jednostki ("Stefan"), osamotnionej, zawiedzionej miłością ("Prywatne Życie Kasjerki PKP"), naznaczonej trudnym dzieciństwem ("Dom Rodzinny", utwór tytułowy). Liryczny krajobraz debiutanckiego albumu Bielizny zamieszkuje galeria szarych, nieszczęsnych postaci, traktowanych przez Janiszewskiego ze współczuciem zabarwionym (auto)ironią, przez co album nabiera wymiaru bardziej uniwersalnego, niż wiele spośród krajowych produkcji ostatniej dekady komunizmu.

Równie silnie zaznaczała się na ówczesnej undergroundowej scenie polskiej odrębność Bielizny w temacie kompozycji. Długo szukałem odpowiedniego tropu, którym mógłbym podążyć, śledząc podobne rozwiązania rytmiczne u nowofalowych zespołów z lat 80. i dopiero na Offie, gdy wykonywali Taniec Lekkich Goryli w całości, a Janiszewski parokrotnie wspominał o "serbsko-chorwackich" inspiracjach olśniło mnie, że być może trop najciekawszy leży tuż przede mną, na doskonale znanej mi płycie Odbrana I Poslednji Dani belgradzkiego zespołu Idoli, której aż do tego momentu nie łączyłem zbytnio z polską muzyką. Wydany siedem lat przed Tańcem post-punkowy debiut grupy, która w Polsce kojarzona jest głównie z jugotonowym coverem "Malczików" (na marginesie: jednego z ich słabszych utworów), nazywany jest często przez lokalną krytykę najwybitniejszą płytą w dziejach jugosłowiańskiej fonografii. Podobnie jak w przypadku Tańca Lekkich Goryli o wyjątkowości Odbrany decydowało zestawienie wyspiarskiego, nowofalowego kostiumu z kontynentalną, południową rytmiczną ekspresją i specyficznym, słowiańskim liryzmem melodii (w przypadku Idoli inspirowanych również melodyką cerkiewną). Zanim zatem żachniesz się, drogi czytelniku, na hasło "Bałkany", posłuchaj płyty ze skrawkiem ikony świętego Mikołaja na okładce. I podobnie jak muzycy Bielizny w latach 80., nie przestając patrzeć z uwielbieniem na zachód, spojrzyj też czasem na południe i wschód, ten najbliższy, a szukając w odpowiednich miejscach nie odejdziesz z pustymi rękami. –Piotr Gołąb

posłuchaj


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time