SPECJALNE - Artykuł

20 najlepszych utworów Hey i Nosowskiej

26 czerwca 2013



20 najlepszych utworów Hey i Nosowskiej


Szczecińska formacja – podobnie jak jej twarz, wokalistka i autorka tekstów – obchodzi w tym roku dwudziestolecie pracy artystycznej; tyle właśnie minęło od pamiętnego debiutu Fire, sprawnie przeszczepiającego na rodzimy grunt brzmienia typu grunge. Od tamtej pory grupa przeszła długą drogę stylistyczną, a na pewnym etapie Katarzyna Nosowska rozpoczęła też solową karierę, w której pomagali jej niektórzy członkowie i/lub współpracownicy zespołu Hey. Podsumowując dwie dekady bezustannej aktywności udokumentowanej kilkunastoma albumami, postanowiliśmy więc zebrać te dokonania i zmierzyć jedną miarą. Wspólnym kryterium był zarówno wokalny, jak i autorski wkład pani Kasi.

O tym, że taki ranking był już dawno potrzebny najlepiej świadczą jego wyniki. Zwykło się określać dwie epoki w dziejach Heya mianem "ery Banacha" i "ery Krawczyka". Jak ten stereotyp ma się do rezultatów naszego głosowania – zobaczycie poniżej. Niedawno kwintet wykonał na festiwalu Top Trendy specjalny recital z udziałem szeregu znakomitych gości, składający się z dwunastu ponoć "sztandarowych" utworów. Ile z nich trafiło na naszą (wyłonioną jeszcze przed rzeczonym koncertem) listę – sprawdźcie sami, Drodzy Czytelnicy...

Wreszcie, w naszej dwudziestce znalazło się miejsce dla zaledwie pięciu singli. Wprawdzie dość nierówny jakościowo katalog Heya to ponad 130 piosenek, ale powszechnie kojarzy się z nich głównie te nieco kiczowate pokoleniowe hymny, które większość słuchaczy urodzonych po 1980 roku zna ze wspólnego fałszowania przy ognisku i na koloniach. Jednak co wnikliwsi sympatycy kapeli doskonale wiedzą, że to tylko wierzchnia warstwa, pod którą kryją się prawdziwe i często zaskakujące skarby. Ponieważ chyba nikt jak dotąd nie oddał większości z nich należytych honorów, czynimy to my dzisiaj.


20 Cisza, ja i czas (2001, singiel z [sic!]; muz. Paweł Krawczyk)

Prosty rytm, riff ze szkoły "Smoke On The Water", klangujący mostek, Żabiełowiczowa solówka i "papapapapa" – to musiał być hit powszechny. I był, jest. Nosowska nie przytłoczyła tej Krawczykowej prosototy, dobierając adekwatnie lekkie słowa. Jako tekściarka kojarzy mi się właśnie z tego typu procesem twórczym: siadam przy parapecie, sprawdzam temperaturę, patrzę na zegar, nie mam o czym pisać, więc napiszę o niczym, ale zgrabnie. To taki samodzielny liryk też. Nie przepadam za tą piosenką i jej klangującym mostkiem, jednak gdy widzę jej słowa w układzie wersów na teksty.wywrota.pl (właśnie konkretnie tam, bo na tekstowo.pl czy tekstowo.org wygląda to już brzydziej), to oko się cieszy. Emblematyczny przykład dobrej twórczości Nosowskiej. –Michał Hantke

posłuchaj »



19 Niekoniecznie o mężczyźnie (1994, Ho!; muz. Piotr Banach)

Jeden z najlepszych dowodów na to, że wczesny Hey to nie tylko "topornie wyprodukowane", ciężkie, grunge'owe ballady. Już o pierwszych taktów słychać, że mamy do czynienia z zupełnie inną wrażliwością od tej, którą możemy usłyszeć zapoznając się zresztą zawartości Ho! – zamiast szorujących, nisko zestrojonych wioseł, szkielet utworu opiera się na skocznym, "kaczkującym" riffie odsyłającym raczej do romantycznej strony amerykańskich trawestacji alternatywnego rocka spod znaku Smashing Pumpkins niż brzmień kojarzonych z polskim gitarowym graniem wczesnych lat 90. Nosowska jest tutaj wyjątkowo frywolna, podkreślając całą niejednoznaczność swojej charyzmy wokalnej – zręcznie przechodzi od zalotnego dźwiękonaśladownictwa, przez zadziorną, dziecinną przekorę, aż do nieskrywanej frustracji. Wielobarwny rodzynek z epoki sprzed Pytajnika, nieoczekiwanie odsłaniający delikatniejsze oblicze zespołu. –Jakub Wencel

posłuchaj »



18 Że (1997, singiel z Karmy; muz. Piotr Banach)

Jeden z "najprostszych" utworów na niedocenianej Karmie daje jednak jakieś pojęcie o artystycznym rozkroku zespołu w tamtym czasie. Niby jeszcze jest to grunge, ale już dość psycho. Niby gitary tną, ale raczej jak Greenwood w "Creep", a nie jak, nie wiem, McCready i Gossard pięć lat wcześniej. Surowe, marszowe niemal zwrotki skonfrontowane z mgliście łagodnymi refrenami. Bas, na który nie za bardzo jest jakiś pomysł. No i Nosowska, która wyjątkowo przekonująco wypadła w tej niewielkiej dawce narkotycznej socjopatii. Tekst, z którym w jakimś okresie życia mógł się identyfikować niemal każdy i uniwersalnie dobre wokalizy na końcu. Ale szczęka opada dopiero, gdy ogarnie się klip – nie że ona na różowo, tylko oni pod mostem ćwiczą tańce. Palce lizać. –Filip Kekusz

posłuchaj »



17 Katasza (1997, Karma; muz. Jacek Chrzanowski)

Przyznam się bez bicia – nigdy nie byłem specjalnie wielkim miłośnikiem tekściarskich popisów Nosowskiej. Większość redakcyjnych kolegów i koleżanek pewnie się ze mną w tej kwestii radykalnie nie zgodzi, ale obsesyjnie introwertyczny, fiksacyjnie cielesny i denerwująco skrótowo-wycinkowy język, pomimo specyficznej kunsztowności, częściej mnie żenował niż emocjonalnie angażował. Nie moja wrażliwość, nie mój temperament – chociaż przyznam, że, oprócz oczywistych "momentów", w swoich najbardziej groteskowych mutacjach odsłaniał on dość nieoczekiwane walory (przezabawna złośliwość "Przebijśniegu" uwalnia pokłady nieco karkołomnego poczucia humoru).

"Katasza" to jednak jeden z tych nielicznych przypadków w karierze Nosowskiej, które pozostawiają słuchacza całkowicie bezbronnym pod względem całości przekazu. Wyłkana wyliczanka cielesnych, psychicznych, osobowościowych słabości robi przede wszystkim wrażenie medykalną, kliniczną precyzją treści. Zwrotki rozmywają się w apatycznym zrezygnowaniu, by w refrenie eksplodować gradem histerycznego żalu. Niewiele ponad trzy minuty w pełni wystarczają Jackowi Chrzanowskiemu (który po raz kolejny udowadnia, że w niczym nie ustępuje jako kompozytor Banachowi), by zaprzęgnąć tę mistrzowsko stopniowaną migawkę w pasjonującą grę gitarowych pasaży, doskonale korespondującą z kolorystyką ekspresji Nosowskiej. –Jakub Wencel

posłuchaj »



16 Gdy sen mnie zmorzy (1995, ?; muz. Piotr Banach)

Ciekawie czasem spojrzeć na Pytajnik z perspektywy odwróconej chronologii, poszukać tu źródeł ich najlepszego i najbardziej dojrzałego albumu. Ten niepozorny closer jest właśnie jednym ze zwiastunów Karmy – utworem może nie doskonałym, jednak bardzo "dorosłym" i bardzo własnym stylistycznie, przy czym brzmiącym trochę jak Żabiełowicz (nasz ulubieniec) grający Banacha, tudzież odwrotnie. Chodzi mi głównie o liryczny, kołyszący temat przewodni, na pierwszy rzut ucha anemiczny, ale elegancko obudowany efektami (banalnymi pojedynczymi gitarowymi kosmo-morskimi odgłosami, ilustracyjnie uzupełniającymi) i ożywionym bębnieniem Ligiewicza. Pewnej wyrazistości nadaje też jak zwykle Nosowska, zmęczona popularnością zdaje się, specjalistka od naturalistycznych metafor, tutaj w odwołaniu do mitu antropogenicznego. Niby nic wielkiego. –Michał Zagroba

posłuchaj »



15 Wczesna jesień (1995, ?; muz. Piotr Banach)

Muzycznie to raczej wczesna wiosna, klasyczny opener na żywszą nutę – przestrzenny, oddychający hook wiesła jest najświeższy na boisku, dzikie wydarcie się Nosowskiej w refrenie zaraża młodzieńczym entuzjazmem, a wszystko tak zwięźlutkie, że kończy się zanim się na dobre rozwinie (treściwe intro, niezauważalnie narastające w ostatnich sekundach, pół-skandowane, paraepickie zwrotki, przyjemnie zgiełkliwa kulminacja w refrenie, przycinający z jednej strony a lakonicznie solówkowy z drugiej mostek). Piosenka, jak i płyta, kompletnie o czym innym, ale z potencjałem na hymn małoletnich futbolistów wybiegających na podwórka po przerwie zimowej – komplement. –Michał Zagroba

posłuchaj »



14 Mam na myśli (1996, Puk.Puk; muz. Piotr Banach)

"Mam na myśli" rozpoczyna się uroczystym wejściem rozleniwionej, "wijącej się" gitary skupionej na downtempowym bicie i powolnie rozpływającej się w czarodziejskich samplach spod ręki Smolika. Do błogostanu rodem z Moon Safari jednak daleko. Paradoksalnie, ten minimalistyczny anturaż osiąga swoją doskonałość scalony z pozbawionymi skrupułów, defetystycznymi wyobrażeniami Nosowskiej na temat ostateczności. Nosowska potwierdza swój mistrzowski songwriting – jest jednocześnie intymna i gorzka śpiewając "przed siebie biec by pozbyć się sił czasem tak mi wstyd". –Jacek Marczuk

posłuchaj »



13 Co miesiąc (1998, Milena; muz. Andrzej Smolik)

Prawie siedmiominutowa mini-suita "Co miesiąc" to dla mnie najważniejszy fragment Mileny i zarazem koronny dowód, że podczas prac nad krążkiem Nosowska wraz z Andrzejem Smolikiem musieli zawrzeć pakt z diabłem. Nosowska kontynuuje swój intymny songwriting kładąc nań jeszcze większy nacisk o podłożu erotycznym, ale to producencki warsztat Smolika zgarnia tutaj większość puli. Początek nie pozostawia złudzeń. Na kanwie cyfrowych pasaży syntezatorów następuje zwrot do klasycznego drum'n'bass dekady lat 90s. Sucha, synkopowana perkusyjna pętla roztapia się w onirycznym mikroświecie dźwięków z zaświatów oraz geometrycznych liniach gitary osiągając swoją kulminację, gdy Nosowska kończy śpiewać mój ulubiony fragment: "takie słyszy się rozmowy stojąc z uchem tuż przy ścianie". I uwierzcie mi, frontmance Hey jest jej wtedy bliżej do niezapomnianych wokaliz z "Inner City Life" niż do Beth Gibbons czy Björk, z którymi lubi być przy okazji Mileny zestawiana. –Jacek Marczuk

posłuchaj »



12 Czy czy czy (1997, Karma, muz. Piotr Banach)

Najbardziej w tym utworze podoba mi się jak jego sielankowy, hippisowski wręcz, leniwy i luzacki klimat, Kasia zderzyła z tekstem o rozkładzie związku. Nie ma tu nawet żadnego kontrastu – obie strony są zrezygnowane, ich relacja opiera się na bezczasowym trwaniu, podobnie jak ciągną się upalne, bezproduktywne wakacyjne dni. Nie jest przecież wcale źle, bo choć emocje się wypaliły, to tkwienie jest nadal łatwiejsze, niż wysiłek związany z rozstaniem i nowym startem. Z jednej strony nic tak nie frustruje jak trwanie w zawieszeniu, z drugiej – w jakimś poczuciu bezpieczeństwa i stabilności tożsamości trzyma nas rozciąganie momentu podjęcia decyzji. „Wiem że gdy planujesz przyszłość / Niedaleką i tę dalszą / Musisz wspiąć się / Na wyżyny wyobraźni / By mnie gdzieś umieścić” – jakbym słuchał o moim związku z Porcys! No a jednak ciągle tu jestem. –Kamil Babacz

posłuchaj »



11 Jeszcze jeden o tym (1996, Puk.Puk; muz. Andrzej Smolik)

Jeden z najmocniejszych dowodów na to, że Nosowska – wbrew ugruntowanej i podzielanej przez wielu szacownych kolegów opinii – często bywa tekściarką obleśną i pretensjonalną. "I staje się twą ojczyzną moje łono" – sorry, tu naprawdę śmierdzi penisem, a na wysokości soków, śliny i wilgoci ja zwyczajnie wysiadam, a raczej zaczynam udawać, że nie rozumiem. Bo przecież nie po to tu przyszedłem, przyszedłem słuchać muzyki. A subtelna warstwa kompozycyjna tego odstręczającego erotyka jest na tyle urzekająca swoim podszytym głębokimi emocjami lakonicznym pięknem, że po prostu rządzi. RZĄDZI ponadczasowo, a dodatkowo pamiętajmy, że to '98, kilka sezonów przed wysypem (mikro)-avant popu, piosenkowo zorientowanego, IDM-owego ambientu i innych modnych później nurtów. Boards of Canada mogliby się na tym kawałku uczyć swojego warsztatu. Perełka, nawet jeśli nieco zagloniona. –Krzysztof Michalak

posłuchaj »



10 Przebijśnieg (2000, Sushi; muz. Andrzej Smolik)

Wtedy był to szokująco adekwatny komentarz pod adresem kręgów pseudo-warszafkowo-celebryckich, a 13 lat później wiele wersów nadal pozostało aktualnych i nawet przed chwilą parsknąłem przy "dla przyjaciół Agnes", "urodę, modę, wygodę", "Dżony, masz może puder?" albo "Jezuuuu, mówię wam, bez wyjazdu do Indii dłużej rady nie dam". Nasza bohaterka przechodziła tu akurat etap odwrotu od narracyjnego tekściarstwa w stronę fonetyzacji, skrótowych szyfrów i operowania właściwościami barwowymi słów. Wynikał on podobno z blokady twórczej, co jakoś koreluje mi z rozterkami Yorke'a przy pracy nad Kid A / Amnesiac. Zaś muzycznie Smolik zmiękcza tu narzędzia post-Fat-of-the-Land-owe w celu intuicyjnego namalowania odhumanizowanego pejzażu egoistycznej klasy nowobogackiej. I wychodzi mu to świetnie, a pseudo-rap KN jeszcze uwydatnia groteskowy wymiar przekazu. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »



09 Cudzoziemka w raju kobiet (2001, singiel z [sic!]; muz. Paweł Krawczyk)

Najpiękniejszy moment na [sic!] i chyba w całej twórczości Heya w dekadzie zerowej (choć zdarzają się i tacy dziwacy, których drażni infantylność wokali). Zaskakujący rozdźwięk między niby głupawym tekstem, a chwytającymi za serce gitarami. Przerażające okrzyki na końcu wersu. Kontrowersyjne użycie biernika i nie przystające do niczego "dokładnie tam, właśnie tam", sami wiecie. Jest w "Cudzoziemce" pierwiastek futurystycznego szamaństwa – jeśli ludzkość wyleczy wszystkie choroby, wybije wszystkie pszczoły i wytnie niemal wszystkie lasy, to gdzieś w resztkach puszczy amazońskiej będą gromadzić się ludzie, którzy nigdy nie spotkali się z językiem polskim, będą odtwarzali ten kawałek na bambusach i kukurydzach z GMO, tańczyli przy ogniskach, próbując odtworzyć poszczególne sylaby.

Ale to nie koniec. Bo ukoronowaniem tego teatru są w "Cudzoziemce" dwa sekundowe momenty na końcu każdej zwrotki, podczas których Nosowska wychodzi ze swojej, pełnej chromosomów roli i pięknym, mocnym, zawadiackim, kobiecym, mocno erotycznym (to naprawdę, naprawdę pobudza krążenie) NATURALNYM głosem zagaduje "No gdzie?". To gdzieś tam ginie przy pierwszych odsłuchach, ale wydaje się istotne: Nosowska nawet w tak karkołomnej formie, jaką jest "Cudzoziemka" potrafi w każdej chwili wyjść z roli, mrugnąć do słuchacza i zapytać "Fajne?". A jakże. Najlepsze. Bijemy pokłony przed artystką, dołączamy do pląsów przy ognisku. –Filip Kekusz

posłuchaj »



08 Dosyć poważnie (1997, singiel z Karmy; muz. Piotr Banach)

Hey to pewnie pierwszy zespół, którego byłem fanem. Co prawda nie trwało to specjalnie długo – zaczęło się od wykopanej w bibliotece multimedialnej (sic!) płycie [sic!], skończyło się na Echosystemie. Ale znałem hity, na koncercie byłem, śpiewałem piosenki na pierwszych alkoholowych imprezach. Jak wszystko, co dobre z wieku gimnazjalnego, Hey dzisiaj mnie równie mocno żenuje, co rozczula. Karmę dokładniej poznałem chyba, gdy już żegnałem się z zespołem, uznając wtedy, że to jedyna ich płyta, którą powinno się znać. Mimo to do dzisiaj mój stosunek nawet do tak lubianego przeze mnie albumu jest dość skomplikowany.

Dla mnie brzmienie tej muzyki jest zwyczajnie obleśne. Napawają mnie obrzydzeniem te jadące, melodyjne gitary, ten grunge'owy brud polskiego 90s-owego rocka i to jeszcze w połączeniu z wiecznym weltszmercem Nosowskiej. Tandetą zajeżdża mi zestawienie w "Dosyć poważnie" zawodzącej gitary z tym perkusyjnym breakiem. Widziałem Hey kilka miesięcy temu i to był zespół usilnie uciekający od tej, powiedzmy sobie, toporności brzmienia. I był oczywiście cholernie nudny.

Jak to więc możliwe, że jednocześnie uważam Karmę za arcydzieło, a "Dosyć poważnie" za mój ulubiony ich utwór? Cóż, na tej płycie nie zmarnowano ani jednej minuty, a "Dosyć poważnie" to petarda. Kolejne zmiany melodii, tak świetnie ze sobą skontrastowane, nie są w stanie mnie znudzić. A jednocześnie tekst odbieram jak żart ze skłonności do ciągłej pseudodepresji, zarówno Kasi i mojej. Jak dla mnie, trafia w same sedno. "Co tak narzekasz ciągle?", często słyszę od ludzi. Cóż, jakoś tak mam, a jednocześnie nie znoszę, gdy mają tak inni. –Kamil Babacz

posłuchaj »



07 O podglądaniu (1997, Karma; muz. Piotr Banach)








–Magda Janicka

posłuchaj »



06 O papierkach (1996, Puk.Puk; muz. Marcin Macuk)

Większość prób przemycenia triphopowych brzmień na rodzimy grunt z reguły paliło na panewce, w najlepszym przypadku kończyło się na mało kreatywnej absorpcji ugruntowanych wzorców. ''O papierkach'' stanowi jednak chlubny wyjątek, współpraca Macuka z Banachem owocuje bowiem w tym przypadku ponurym, głęboko zapadającym w pamięć podkładem obwarowanym dostojną sekcją. Ta mroczna, budząca grozę atmosfera zostaje na moment rozświetlona zgrabnie wplecionym w refren synthem, który wtóruje na wpół mantrycznemu ''nie lękam się, póki szepczesz imię me'', co dodatkowo wzmacnia wymowę wypowiadanych przez Nosowską słów. Wyzwalająca z okowów strachu miłość w czasach bristolskiej zarazy. –Wojciech Sawicki

posłuchaj »



05 To trzeba lubić (1997, Karma; muz. Marcin Żabiełowicz)

Jeden z kilku przebłysków geniuszu Żabiełowicza i jeden z wielu mocnych punktów Karmy . Po pierwszych dźwiękach "To Trzeba Lubić" zawsze czekam na wejście Ace of Base albo Boba Marleya. Tymczasem zaczyna się leksykon jednostek nozologicznych w rytmie 90s, wyśpiewany z jamajską akceptacją. Wyraźna sekcja rytmiczna i psychiatryczna wyliczanka zarysowana na tle pięknie brzmiącego gitarowego pejzażu. O ile cała piosenka jest dla mnie branżowym żartem, o tyle tuż po "uwielbiam gdy cucisz mnie policzkiem" jestem wzruszona potrzebą czułości przemyconą pod tak niespodziewanym pretekstem. –Monika Riegel

posłuchaj »



04 O suszeniu (1997, Karma; muz. Jacek Chrzanowski)

Oto kolejny niezbity dowód na to, że wbrew obiegowej opinii nie tylko Banachem rejestr wielkich kompozycji Heya stał. Chrzanowski przebudził się tu niczym Marek Koniarek w legendarnym meczu z Legią 2:1 na wyjeździe, snując zamgloną, jesienną opowieść a la Sunny Day Real Estate (wyświechtane już u nas, ale wciąż raczej trafne porównanie) na How It Feels.... Rozczula też rozsypanie zmysłowego zaśpiewu "hey.. hey.. heey.." w chórkach drugiej zwrotki. A sama KN była wówczas MVP polskich LYRICISTÓW, była na absolutnym szczycie swej gry i rozjebywała konkurencję na lekkości igraszkami typu "cholerne zi-wio-letnie dni" czy przyprawiającym o gęsią skórkę refrenem o tym, że... "ŚCIELE SIĘ, ŚCIELE SIĘ... TRUP! SIĘ! ŚCIE-ELE!". "Dorosłość jak początek umierania", indeed. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »



03 Wodolanki (1997, Karma; muz. Marcin Żabiełowicz)

Na BBC numer sześć jedną z osób zajmujących się rozmowami z osobami związanymi w jakikolwiek sposób z muzyką jest Matt Everitt, który otwiera rozmowy swoim sztandarowym pytaniem "When did you first become aware of music?". Przez Hey i postać Nosowskiej przechodził prawie każdy, kto załapał się na choćby pierwsze fragmenty przebłysków takiej świadomości w latach 90. i startował z pozycji gitar. Dla mnie Karma i "Wodolanki" były pierwszym potknięciem się w ogarnianiu i łapaniu, o co chodzi w muzyce. Znałem trochę wstępnego Heya, dużo-dużo [sic!] i stałem mocno niezachwycony na szarym parkingu koło sklepu Lady Peron z piątą kasetą zespołu w walkmanie i nie kumałem tej "Wodolanki". Miała być najlepszą płytą w ich karierze, a ja w tym wszystkim bardziej myślałem o swoim wydanym przed chwilą kieszonkowym.

Niby nic się zmieniło w odbieraniu takiej muzyki, ale teraz trochę bardziej rozumiem, dlaczego mogę nie kumać nadal w całości tekstu "Wodolanki". Teraz ponure gitary w żaden sposób nie zamykają odbioru, bo przeszło się wojennie przez różne "hardkory" kompozycyjne, produkcyjne i dźwiękowe. Słucham, słucham i nie potrafię zrozumieć, czemu tak długo odrzucałem mega dobrą (ale prostą) Karmę i świetne (ale proste) "Wodolanki", ale mam świadomość, że za dziesięć lat kolejne "kolosy" będą nieskomplikowane i do załapania. Ciągle jest jeszcze coś do zrozumienia! –Ryszard Gawroński

posłuchaj »



02 Heledore Babe (1995, singiel z ?; muz. Marcin Żabiełowicz)

"Heledore Babe" to kolejna kompozycyjna bramka Żabiełowicza. Rozkosznie płynie otwierająca gitarowa melodia na tle niespokojnych muśnięć werbla. Najsłodszy głos Nosowskiej ze złudną lekkością wyśpiewuje kołysankę, po której śnią się koszmary. Splecione w refrenie głosy to jadowite węże w głowie dziewczynki, która słyszy i widzi więcej, niż powinna. A może ta makabryczna historyjka jest tylko pretekstem do udowodnienia, że przekaz i środki wyrazu działają najlepiej, gdy są przeciwieństwami. –Monika Riegel

posłuchaj »



01 r.e.r.e. (1995, ?; muz. Marcin Żabiełowicz)

Uszczęśliwił mnie ten kolektywny redakcyjny wybór, bo to mój numer 1 w śpiewniku Heya i Nosowskiej od zawsze (była jesień 1995, wycieczka w Tatry z podstawówką, skatowany ostatni utwór na stronie A mojej świeżo zakupionej KASETY – te sprawy) i sądzę, że na zawsze. Wpierw może okrzyk podziwu na cześć Marcina Żabiełowicza, dość niepozornego solowego gitarzysty zespołu, przed laty "w środowisku" niesłusznie klasyfikowanego jako "gościa od HEWIMETALOWYCH solówek i kaczki wah-wah". Otóż tenże KOLO w epoce Banachowskiej dostarczył grupie tylko 4 kompozycje, za to wszystkie wprost zjawiskowe. Prawdopodobnie facet ma najlepszą średnią ze wszystkich piosenkowych kompozytorów lat 90-tych w Polsce: 4 strzały i 4 trafienia w środek tarczy (później sprawdzałem jego 2 kawałki z płyty Echosystem i niestety to już nie to samo).

Na tle najszlachetniejszego harmonicznie fundamentu polskiej ballady rockowej ever, w sensie bezpośredniej relacji partii gitar i basu (ewentualnie obok Tymonowego majstersztyku "Fin de Siecle", którego krystaliczną, acz chorą błogość "r.e.r.e." nieśmiało antycypuje z trzyletnim wyprzedzeniem), Nosowska przeskakuje samą siebie i opowiada muzykę jeszcze gorącymi, niezastygłymi słowami, niby to bawiąc się ich synestezją. Kiedy śpiewa "nie zniszczyć twej czystości", "wślizgnąć się, by ukraść trochę ciepła" czy "smak i zapach skóry twej (...) w zgięciu kolan" – to te wszystkie postulaty odbijają się we współbrzmieniach, i nawzajem. Jak zwykle ma też niesamowity zmysł narracyjny: gdy po pieszczotliwym refrenie z dwiema niezależnymi liniami wokalnymi – tekstową i onomatopeiczną (Secaucus, anyone?) – zaczyna od "i jestem tylko okiem / spojrzeniem / bezszelestnym uwielbieniem", to wiemy, że właśnie elegancko puentuje, że jej zwierzenia domykają się idealnie, według doskonałych proporcji formalnych.

Ostrzejsze outro z nieodzownym, Pearl-Jamowo-wczesno-Radioheadowym solem autora to już czysty Hey, ale nie ulega wątpliwości, że cała ta konstrukcja składa się na najprawdziwsze "arcydzieło formy piosenkowej", które odbieram jak "czystą poezję", gdzie obie splecione warstwy (literacka i dźwiękowa) przenikają się organicznie, tworząc wartość dodaną, więcej niż sumę pojedynczych elementów. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »

BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"