SPECJALNE - Ranking

Najlepsze polskie single XX wieku

11 listopada 2015

Agnieszka Maciąg: Zatrzymaj Czas

20Agnieszka Maciąg
Zatrzymaj Czas
[ZIC ZAC, 1996]

Kiedy pisze się o piosence Agnieszki Maciąg, nie sposób zignorować postać samej Agnieszki Maciąg. Gdy w mediach rządzą (a może już nie) Natalia Siwiec czy Joanna Krupa, zdaje się, że nikt (zwłaszcza młodzież) nie pamięta już o naszej bohaterce. Tymczasem to właśnie pochodząca z Białegostoku Agnieszka była chyba pierwszą modelką, która zawojowała zachód, pracowała z najlepszymi w branży i po prostu odniosła sukces. Na tym jednak nie kończyła się jej aktywność, gdyż pod koniec kariery postanowiła zostać wokalistką. Pokłosiem tego zamiaru jest debiutancki album Marakesz 5:30, osiągający dziś niebywale wysokie ceny na aukcjach internetowych.

Wszyscy dobrze wiemy, jak to zwykle bywa z płytami nagranymi przez celebrytów czy na przykład modelki: są to rzeczy powstałe na skutek fanaberii zblazowanej gwiazdy, która postanawia udowodnić opinii publicznej, że potrafi nie tylko świetnie wyglądać na wybiegu czy w telewizji śniadaniowej, ale że posiada artystyczną duszę. Nie wiem, jak było w wypadku tego albumu – pomijając wszystko nie jest to, delikatnie mówiąc, wielka rzecz, ale jeden drobiazg sprawia, że powinniśmy być wdzięczni Maciąg za swoją decyzję. Nie byłoby przecież całego tematu, gdyby nie otwierający Marakesz singiel, będący pieśnią tak zjawiskową, że do dziś odbiera mi mowę. Nie wiem, jaki układ ciał niebieskich panował na niebie podczas gdy panowie Tobias Meggle oraz Nasrin Khochsima komponowali "Zatrzymaj Czas", ale wydaje się, że była to jakaś unikalna, pojawiająca się raz na setki lat, astralna kombinacja.

Zacznijmy od tego, że instrumentalne partie wyłaniają się jak złota Afrodyta z wód Adriatyku i są ze sobą zjednoczone jak ciała kochanków trwające w miłosnym splocie. Niewiarygodne, że wszystkie, najmniejsze nawet motywy, poczynając od kruchej, lazurowej melodii na akustycznej gitarze, przez anielską bossa-novę, magiczne akordy klawiszy, natchnione melodyczne linie i płynne gitarowe riffy, a kończąc na rozmarzonym głosie Agnieszki Maciąg, jawią się błogim, uduchowionym, nieskazitelnym pięknem zaklętym w dźwiękach. Takie szczegóły, jak przełożony filtrem beat, który nieśmiało zapowiada Yoshimi Battles, to tylko mały akcent bajecznie ślicznej konstrukcji sięgającej bram niebios. Zatem mogę tylko dołączyć do Borysa i również przyznać, że "Zatrzymać Czas", to jedna z najpiękniejszych rzeczy, jakie słyszałem w życiu (mam na liście obok takich arcydzieł, jak "Rainbow" Talk Talk, "Don't Talk (Put Your Head On My Shoulders)" Beach Boys, "5 Days" Inc., "Pyramid Song" RH, "The Return Of Alan Bean" Stiny czy "Det Tar Tid" Dungen) oraz ze spokojem napisać, że moim zdaniem ten właśnie utwór jest najpiękniejszym singlem, jaki kiedykolwiek stworzono na polskiej ziemi. A więc trwaj chwilo, jesteś piękna. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Papa Dance: Ordynarny Faul

019Papa Dance
Ordynarny Faul
[Polmark, 1985]

Decyzja, by "Ordynarny Faul" stanowił otwarcie jubileuszowego koncertu Papsów, który odbył się w kwietniu w warszawskich Hybrydach, miała sens nie tylko z chronologicznego punktu widzenia. Uniwersalna nośność refrenu sprawiła, że błyskawicznie przestało mieć znaczenie czy jest się dziwnie ubraną i reagującą z przesadną ekscytacją osobą w wieku moich rodziców, która w późniejszej części koncertu kołysała się z rozmarzoną miną i przymkniętymi oczami do "Sunshine Reggae", czy też zblazowanym podpierającym ścianę młodym człowiekiem, dla którego jedyną możliwą reakcję na przebój Laid Back stanowiła konsternacja i nerwowe rozglądanie się na wszystkie strony. Podczas pierwszego wejścia refrenu "Faulu" mocno oświetlony, obowiązkowo wyposażony w ciemne okulary zespół faktycznie wyglądał jak powracająca na scenę w chwale legenda muzyki. W żadnym momencie tego wieczoru nie byli już tak cool jak wtedy.

Symptomatyczne, że jeden z najbardziej przebojowych numerów w dyskografii grupy powstał, gdy Papa Dance tak naprawdę jeszcze nie istnieli, a o koncertach, na których "Ordynarny Faul" mógł się doskonale sprawdzić, nikt nawet nie myślał, bo zespół tworzył wtedy tylko duet producentów Zabrodzki-Wesołowski i sąsiad pierwszego z nich – wokalista Grzegorz Wawrzyszak. Dopiero gdy para singli (drugim z nich było oczywiście "W 40 Dni Dookoła Świata") zyskała przychylność słuchaczy, zaistniała potrzeba zatrudnienia muzyków mających firmować swoimi chłopięcymi buziami studyjne arcydzieła Adama Patoha. Resztę tej historii doskonale znamy. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »


Kaliber 44: Film

018Kaliber 44
Film
[S.P., 1997]

Zwykle zabierając się do pisania nie bardzo wiem co właściwie chcę powiedzieć. A tu wspomnień kalejdoskop. Żyję w innym rytmie. Za dużo bodźców. To nie jest zwykły kawałek. Wiadomo, Molesta miała swój Skandal, ale najdonioślejszym pojedynczym utworem lat dziewięćdziesiątych (i to niekoniecznie tylko hiphopowym) dla mnie pozostaje właśnie "Film". Sól tej ziemi, monument. Presokratycy mieli problem z wyrażeniem wprost swoich myśli, tak obcych dla ich kultury. Trzech typków z Katowic, nie miało z tym problemu. Zrobili to.

Pozwolę zacytować sobie mojego ziomka, tak pisał na Filmwebie o Inherent Vice: "Budowa fabuły przypomina niepewność jaka powstaje w głowie po długotrwałym jaraniu. Zrozumieją to tylko zieloni." Cóż, "Filmu" w pełni nie zrozumie nikt. Już pierwsze dźwięki – niepokojąca pętla z Kurylewicza i jeszcze bardziej tajemnicze krople (krople czego?), zwiastują COŚ. Czym jest COŚ? Są (?) tutaj, ale (?) one są... I wtem Joka zapewnia nas, że "zaczyna". Ale ja mu nie ufam. Początek nie znajduje się w epicentrum, ale sam się zresztą reflektuje i zwrotkę kończy tym samym słowem. Jakieś pytania? No właśnie, a dalej nie jest łatwiej.

Zdaję sobie sprawę, że to co piszę przypomina bełkot. To jest właśnie ta "niepewność". Nie jest łatwo pisać o kawałku, do którego Google podpowiada "interpretacja" (a tej znaleźć nie sposób). Nie pamiętam dokładnie okoliczności, ale mój przyjaciel, którym wtedy jeszcze nie był, podczas zimowego maratonu alkoholowego zapytał mnie czy czasem widzę swoje życie jako film, gdzie mogę się w nim poruszać do tyłu i cofać. Czy jakoś tak. Nie wiem czy pamiętasz jeszcze to pytanie, minęło już mnóstwo czasu. Ale w ten pokraczny sposób spróbuję ci odpowiedzieć. Tak, to jest życie. –Antoni Barszczak

posłuchaj »


Mafia: Noce Cale

017Mafia
Noce Całe
[ZIC ZAC, 1995]

Where were u in '95? Pamiętam to wyraźnie: włączam TV, leci "Muzyczna Jedynka, kto się tam pokazuje, tego ja nie szanuję". A ja siedzę zahipnotyzowany dźwiękami utworu, w którym jakiś długowłosy goguś śpiewa "każdej nocy całe noce" i nikt nie wie, co dokładnie ma na myśli. 20 lat później mam to samo, choć "krytyczna część mnie" sprawia, że potrafię się do tej hipnozy jakoś odnieść. Pomijam taki detal, że intro antycypuje Z SIEDMIOLETNIM WYPRZEDZENIEM ducha wstępu do "Specialist" Interpola. Pomijam taki drobiazg, że JUŻ W PIERWSZEJ LINIJCE wokalu Piasek sypie mi w uszy dysonansem ("do-TRZYY-mam słowa"), jakiego nie uświadczyłem w żadnym innym polskim przeboju. Ale naprawdę, chodzi głównie o to, że tej piosenki nie ma jak sklasyfikować. Jest w równej mierze kameralnym noir-jazz-popem a la "Harry" Firebirds, co przyczajonym Alice In Chains, 12 Rods, Blurem, Afghan Whigsem…

Ciekawostka: w Mafii circa Gabinety grało dwóch piekielnie zdolnych gitarzystów. Osiągnięcie jednego z nich już na tej liście dyskutowaliśmy: niejaki BANAN skomponował czołówkowego hiciora ze Złotopolskich. Z kolei Zdzisław Zioło odstawił majstersztyk, który po dziś dzień niektórym wtajemniczonym śni się noce całe. Mówimy tu o "wyrafinowanym rozpiździe" kompozycyjnym, ale kunsztowne dodatki też zgarniają pulę. Sam wspomniany pochód basu to fundament; deszczowy Rhodes dyskutuje namiętnie z wybuchami gitary elektrycznej, które brzmią tak, jak wyglądają fajerwerki na nocnym niebie; w drugiej zwrotce w lewym kanale na moment odzywa się solowy akustyk. No i głos. Kariera Piasecznego to w ogóle cud, że talent o tak aksamitnym timbre i często niemanierycznej interpretacji nie został zmarnowany i miał okazję zaśpiewać takie diamenty. Bo wcale nie musiało tak być. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Ewa Bem: Pomidory

016Ewa Bem
Pomidory
[1984]

Co łączy takich artystów jak Tede, Noon i Sonar Soul? Postać Krzysztofa Ścierańskiego, wybitnego basisty, wspaniałego kompozytora, pierwszego historycznego władcy Polan (tak, tak, kto nie wierzy niech spojrzy na banknot dziesięciozłotowy, ten facet na nim to na pewno pan Krzysztof!). Jazzmani lubią mawiać, że kto umie zagrać jazz, ten umie zagrać wszystko. To mniej więcej tak, jakby powiedzieć, że kto umie skoczyć na nartach, ten umie mimo bycia białym skoczyć do kosza i jeszcze trafić. Marne szanse. A jednak gdyby “Ściera” (przepraszam za słowo, ale słyszałem jak go w ten sposób tytułowali jego dobrzy znajomi) był sportowcem latałby nad białym śniegiem niczym Adam Małysz, a do kosza rzucał niczym… też biały Marcin Gortat (wyjątek od reguły trzeba potwierdzać wyjątkiem od reguły). Pan Krzysztof jako muzyk lata na basie jak nikt inny i chociaż podobno nie ćwiczy wcale, może zagrać i po białemu i po czarnemu, na co dowodem jest jego dyskografia. Mając oparcie w tak mocnych grupach z gatunku polskiego fusion jak Laboratorium czy String Connection (polskie fusion to specyficzny krajowy podgatunek muzyki fusion, przy czym w tym wypadku przymiotniki polskie i krajowy są nacechowane dodatnio) Ścierański na zaawansowanej harmonicznie i formalnie konstrukcji zbudował jedną z najsympatyczniejszych polskich piosenek z ogromnie charakterystycznym i charakternym riffem gitary. W dodatku to co wyrabia wokal jest jak wyskok na nartach z jakimiś nadzwyczajnymi ewolucjami w wykonaniu Kyle'a Smaine'a, ale wszystko razem wpada w ucho tak jak piłka do kosza po rzucie LeBrona Jamesa.

Na osobne peany zasługuje tekst Jacka Skubikowskiego, który mógłby jako hymn ekologów i fanów zdrowego odżywiania zastąpić nawet "Ekologiczną Dziewczynę". Ba, ośmielę się nawet powiedzieć, że tekst ten jest dla krajowej kultury popularnej tym czym dla wysokiej "Inwokacja" Adama Mickiewicza, bo o Litwie co jest jak utracone zdrowie może na co dzień rozmyślać chyba tylko stara panna polonistka ucząca gimbazę, ale jej podopieczni karmieni bez soli raczej mają w głowie cierpienia związane z tym, że “miłość ma niezwykły smak, bo smakuje całkiem tak, jak popopopopo pomidory zimą gdy ich brak”. Słuchając tego refrenu (chociaż ja bym tu raczej widział formę ze zwrotkami, bridge’ami i dropami, niż z refrenem) zwróćcie uwagę na bardzo odważny (przecież “tak się nie robi!”) “paszczowo” wykonany stutter starszym mogący się kojarzyć z “My Generation“, młodszym z Justinem Bieberem. Co każe docenić fakt, że niewiele by było z harmonii, melodii czy tekstu, gdyby nie ogromna charyzma Ewy Bem, na co dzień poważnej wokalistki jazzowej w tym wypadku zupełnie naturalnej w roli imprezowej koleżanki mrugającej filuternie okiem (koniecznie zobaczcie teledysk, stylówa Mieszka I i całe to wizualne “zło” sprawi, że poczujecie się w swoich okropnie modnych ciuchach jak sztywniaki). Fenomenalny numer do puszczania przed imprezą i w trakcie. A podczas aftera i na kacu warto pozostać z panem Krzysztofem… –Remek Zawadzki

P. S. A dlaczego Tede? A dlatego, człowiek, że “to wyścig szczurów, do szklanych domów z szarych murów”. A dlaczego Noon i Sonar Soul? Posłuchajcie polskiego jazzu, to się dowiecie :)

P. P. S. Gdyby ktoś tak jak ja szykował się do zimowych cierpień spowodowanych brakiem krajowych polnych pomidorów (no bo nie można poważnie traktować tych spod folii, a tym bardziej importowanych!), to może jeszcze cierpieć razem z Kabaretem Starszych Panów. –Remek Zawadzki

posłuchaj »



Oddział Zamknięty: Party

015Oddział Zamknięty
Party
[Polskie Nagrania Muza, 1983]

Jamnik pokryty poliestrowym lakierem, częściowo zakryty ceratą, na nim kieliszki, czysta, śledzik, kanapeczki na jeden kęs z ogórkiem konserwowym. Wsunięte pod stolik dwa taborety na cienkich drewnianych nóżkach, obite wyblakłą żółtą tkaniną, niechybnie złamałyby się pod ciężarem stojącego obok postawnego jegomościa, zabawiającego panie intelektualnym żartem, gdyby jegomość ten zdecydował się na nich usiąść. Pod ścianą naprzeciwko okna prezentuje się dumnie serwantka Swarzędza, w niej elementy zastawy – kilka talerzy, maselnica i cukiernica ozdobna. Poprzez gwar rozmów przedziera się muzyka, dobiegająca z ulokowanych w dwóch rogach pokoju, podwieszonych pod sufitem Tonsilów. Pomiędzy głośnikami zestaw wieżowy Unitry stoi na szafce wypchanej winylami, w których szpera nieśmiało wąsaty nerd z Fizyki, ubrany w siermiężny sweter z anilany. Na środku pokoju grupka tańczących, panie w obcisłych spodniach lub cienkich, wąskich spódnicach i bluzkach, panowie w granatowych dżinsach i białych podkoszulkach.

W kącie, na stylowym uszaku, lekko zmęczona, spokojnie sączy oranżadę elegancka studentka anglistyki Uniwersytetu Warszawskiego. Rozglądając się po pokoju napotyka na pewny siebie wzrok świeżo upieczonego absolwenta stołecznej Polibudy. Absolwent dodaje sobie animuszu, przeczesując palcami brodę, podchodzi. "Serwus", zagaduje. Świtać już zaczyna.

I tak właśnie, dzieci, poznałem waszą matkę. Na prywatce. –Michał Zagroba

posłuchaj »


Kazik: Idę Tam, Gdzie Idę

014Kazik
Idę Tam, Gdzie Idę
[S.P., 1997]

"Los musi się odmienić", pocieszałem sms-em lekko zdołowanego na tle zarówno osobistym, jak i geopolitycznym kolegę back in 2005 ("Warto żyć, warto śnić, warto być" – zrewanżował mi się również w sms-ie, gdy kiedyś dotknęły mnie podobnie depresyjne syndromy). Seria pytań [pisownia oryginalna] "za co? może ktoś wreszcie mi wytłumaczy za co się lubi kaziola? wiem za co go lubią piwosze flanelarze z polibudy i stare punki pseudole, których życiową ambicją jest nigdy nie założyć krawata, ale reszta…" należała do najbardziej histerycznie przejmujących momentów nieistniejącego już, tutejszego "forum" – zresztą z podobnego okresu, co sms z pierwszego zdania. Z pewnością nie za Salon Recreativo, "Piwko" czy udziały w dokonaniach formacji Buldog. Jednocześnie okłamywalibyśmy się nie ceniąc literacko-publicystycznych walorów Oddalenia, nieskończonej cytowalności typa, pionierskich na naszym podwórku zabaw z samplerem, kolabo z Mazzollem, bądź wreszcie sławetnych "wczesne nagrania Kultu", których po prawdzie nikt o zdrowych zmysłach już nie słucha, ale którym niejako z urzędu należy się dożywotni props.

Lecz w 1997 roku Kazik wydał cholernie popularny i okropnie nierówny, przydługi album, który tak czy siak promowały między innymi dwa spośród najbardziej ekscytujących krajowych singli kiedykolwiek wydanych. Napędzany zacinającym się George'em Clintonem tytułowy raczej każdy konsument rodzimej popkultury zna na pamięć, ba – zacytowałby od deski do deski. Ten genialny strumień świadomości, bodaj najadekwatniejsze wcielenie w życie metody "zlewu" rozpropagowanej przez Totart, mimo wszystko ustępuje skalą artystycznej transgresji trzeciemu (formalistyczną beztreściowość a la Ramones "Maćka…" grzecznie przemilczę) singlowi z 12 Groszy. Na tle obdarzonych wewnętrzną polirytmią, zapętlonych egzotycznych bębenków rozjeżdżają się pijane smyki, zaś syn Staszewski formułuje swój refren-manifest (antycypujący też społeczną sympatię dla oscarowej Idy) w stylu zaklęcia-mantry, przyczynek do swojej najgłębszej rozkminy, w której zmierzył się z najtrudniejszym tematem dla każdego refleksyjnego człowieka, a mianowicie rozliczeniem jednorazowości ludzkiego losu i jednostkowej odpowiedzialności za niego.

Mistyczna, alchemiczna odsłona dubowo zjaranego, przestrzennego bitu w zwrotkach zapowiada przemyślenia natury podniosłej i uduchowionej, ale Kazelot dotyka ważkich spraw po swojemu, z firmową abstrakcją, obleśnością i luzem dostępnym tylko osobom znajdującym się "w stanie nieważkości" (copyright Zbigniew Boniek). Pokolenia młodych Polaków wertowały tuziny słowników w poszukiwaniu znaczenia słowa "mękistacja", ale znamienna dla poetyckich walorów utworu jest stopniowo wzrastająca dramaturgia i podwyższanie sobie samemu poprzeczki w nazywaniu nienazywalnego. Toteż o ile pierwsza zwrotka płynie jak "typowy Kaziol", o ile już druga wciąga pierwszą (el) dupą za pomocą bijącej po oczach, bezpośredniej retoryki ("niezgłębione są pokłady ludzkiej niekumacji" i nieśmiertelnie zaintonowany "Mirek Szadkowski"), o tyle kosmologiczny progres do zwrotki trzeciej po dziś dzień wydaje się fenomenem nieodgadnionym, strefą 11, NIE DO WIARY i Moon & Antarcticą polskich tekstów. To co się dzieje hipertekstualnie kiedy "Nawet nie wiesz ile rzeczy może w tobie się chować / Okazuje że można się jednak odblokować" [składnia!] nawiązuje wprost do siebie, do ewolucji tekstowej słyszanego właśnie tracka – ciężko jakoś skomentować. Chwalmy Pana. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


T.Love: Warszawa

013T.Love
Warszawa
[Polton, 1991]

 

 

 

–Krzysztof Michalak

posłuchaj »


Kombi: Bez Ograniczeń

012Kombi
Bez Ograniczeń
[Wifon, 1981]

Są w tym kraju jacyś ludzie, którzy nigdy nie mieli styczności z tym kawałkiem? Raczej w to nie uwierzę. Dla wielu pokoleń to wręcz utwór-wizytówka, który także i niżej podpisanemu do końca dni będzie się kojarzył z 5-10-15. "Numer jest taki trochę jazz-rockowy" – powiedział kiedyś o "Bez Ograniczeń" skromnie Grzegorz Skawiński. I choć od jego nagrania minęło już grubo ponad 30 lat, to wciąż jest to rzecz z innej planety.

Warto zaznaczyć, że nie jest to tak naprawdę utwór Kombi. Sławomir Łosowski, "cichy człowiek cienia", nagrał ją jeszcze z Akcentami, poprzednim wcieleniem projektu. "Graliśmy wtedy więcej fusion, było więcej improwizacji, solówek" – wspominał. Dzieło słynnego elektronika z wykształcenia w pierwotnej wersji nazywało się "Bez Ograniczeń Energii" i jest to tytuł wymowny, bo rzeczywiście potrzeba było nielimitowanego dostępu do prądu żeby stworzyć tę wyrafinowaną kompozycję, w której w pewnym momencie puszczają wszystkie hamulce. Ilu Polaków, tyle ulubionych momentów, jednak mnie gitarowe wjazdy Skawy do dziś przysparzają ciarek. Zresztą co ja się tu będę produkował, "szkoda strzępić ryja"… To najlepszy polski instrumentalny utwór ostatniego stulecia i nieoficjalny hymn kraju, absolutnie pomnikowe dokonanie jednego z największych tu wizjonerów w najlepszym okresie jego twórczości. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


Anna Jurksztowicz: Matki. Żony I Kochanki

011Anna Jurksztowicz
Matki. Żony I Kochanki
[Telewizja Polska, 1995]

Być może to dyskusyjna teza, ale założę się, że dwa najbardziej rozpoznawalne utwory w dorobku Anny Jurksztowicz to wcale nie "Hej Man!" czy "Stan Pogody", ale piosenki ilustrujące czołówki dwóch polskich seriali telewizyjnych – Na Dobre I Na Złe i Matek, Żon I Kochanek. O ile ta pierwsza nie wyróżnia się raczej niczym wyjątkowym (być może dlatego, że przez te kilkanaście lat zdążyła do obrzydliwości spowszednieć każdemu, kto przynajmniej sporadycznie ma kontakt z polską telewizją), tak druga zajmuje na mapie polskiej popkultury miejsce szczególne.

Matki, Żony i Kochanki były bowiem pierwszym sygnałem wychodzenia owej popkultury z etapu "peryferyjnego zdziecinnienia" – wykazując się niespotykaną jak na tamte czasy (a były to – czego młodsi czytelnicy mogą ze zrozumiałych powodów nie pamiętać – głębokie lata 90.) dojrzałością scenariusza; niebanalnością charakterologiczną bohaterów i bohaterek, wartkim ujęciem istotnych społecznie tematów oraz emancypacyjną treścią. Zachęceni? Cóż, jednak powstrzymałbym się z wracaniem do serialu, bo z dzisiejszej perspektywy wydaje się jednak dość mocno archaiczny. Kiedyś jednak był rzeczywiście czymś, można by z pewną ostrożnością powiedzieć – przełomowym.

Jako ktoś, kto zna melodię otwierającą każdy odcinek Matek, Żon I Kochanek od dzieciństwa, nie potrafię więc odkleić jej od kontekstu tamtych pełnych sprzeczności czasów. Może dlatego, że właśnie wprowadzała ona w nie pewien element niespodziewanej harmonii – oto serial nieźle napisany, dobrze zagrany i jeszcze może się pochwalić doskonałą piosenką tytułową. Bo co może być bardziej doskonałego w historii polskiej muzyki popularnej ostatnich trzech dekad niż twórczość Anny Jurksztowicz – wokalistki, która, w przeciwieństwie do wielu swoich starszych i młodszych znajomych po fachu, na każdym etapie kariery trzymała fason (i wciąż trzyma). Nawet kiedy nagrywała czołówki do telenoweli Telewizji Polskiej. –Jakub Wencel

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Różni WykonawcyAir Texture Vol. VI
ObjektCocoon Crush