SPECJALNE - Ranking

Najlepsze polskie single XX wieku

11 listopada 2015

Papa Dance: W 40 Dni Dookoła Świata

40Papa Dance
W 40 Dni Dookoła Świata
[Polmark, 1985]

No i znowu tak wyszło, że widzimy się na liście najfajniejszych momentów w rodzimej fonografii. Zanim jednak zaczniemy przypominać sobie początek niejasnej historii projektu PD, muszę się zastanowić, czy rok po ogłoszeniu naszej listy najlepszych osiągnięć albumowych polskiej muzyki XX stulecia, z Poniżej Krytyki na szczycie, warto po raz kolejny odnosić się do kwestii odbioru tego zespołu, jak również do wyniku samego zestawienia. Gdzie, jeśli nie właśnie tu, należałoby się wytłumaczyć z zeszłorocznego zamachu na krajowy dorobek muzyczny, bądź przyklepać oczywisty dla niektórych werdykt. W którym innym miejscu, z wyjątkiem oczywiście pierwszego na tegorocznej liście, gorące głowy będą szukać potwierdzenia zakrojonej na 15 lat mistyfikacji, jaką jest serwis Porcys, a entuzjaści zastanawiać się, czy i tym razem się Papsom nie należało? Mam poczucie jednorazowości "sporu o listę", ale wiem też, że jego uwarunkowania ideowo-estetyczne raczej się nie zmienią w namacalnej przyszłości. Czy warto w takim razie po raz kolejny wyjaśniać tak wysoką pozycję grupy, jeśli obiektywnie na nią zasługuje? Przecież robiliśmy to już niejednokrotnie. Otwartych drzwi nikt nie wyważa. A co z rzekomą usilną chęcią wyłamania się z jakiegoś, bądź co bądź niepisanego kanonu, mającego ogólnie obowiązywać wszystkich poważnie interesujących się polską muzyką, którego filar – co na swój sposób potwierdza wcześniejsze przypuszczenie – ukonstytuował się nawet w parlamencie? Wygląda na to, że my także działamy w słusznej sprawie.

Sławek, puszczaj taśmę. Uwaga, start. "W 40 Dni..." razem z "Ordynarnym Faulem" rozpoczęło w 1984 roku bieg Papa Dance po najwyższe chartsy. Pierwszy singiel, a już pojawiają się wątpliwości: kto z kim i dlaczego. Grzegorz Wawrzyszak wspomina o pełnej podmiotowości swojej roli, włączając w to także duchowe prawo do będącej przedmiotem sporu nazwy projektu. Sławomir Wesołowski zdaje się natomiast studzić zapał wokalisty Papa Dock, operując wokół zdawkowego "potrzebowaliśmy kogoś". Mówiąc szczerze, nie powinno nas to w tym momencie obchodzić. Na planie teledysku do piosenki panuje przecież "pełne unisono". Daremne są protesty. Wysokoenergetyczne cięcie klawiszy zapowiada nadejście nowego, a tego wrażenia nie może zepsuć nawet widok nieszczęsnej bielizny. Doświadczenie Patoha gra tu pierwszoplanową rolę – duetowi udało się wyprodukować kawałek, nomen omen, niezatapialny. Jak ważną rolę grają tu pozornie mało znaczące kompozycyjnie ozdobniki-aranżacje, asekurując, a czasem też "łatając dziury" powstałe, gdy ten gnany gęstymi falami i wyjącymi porywami lodowatego wiatru czteromasztowiec, natrafia na potencjalnie niebezpieczne zawirowania. Każdy dźwięk trafia tam gdzie powinien, ewokując przy okazji kolorystykę zachodzącego na horyzoncie słońca. A te cztery maszty-refreny właśnie - niemal zagotowują swoim ekstatycznym wzrastaniem czuły na wszelkie akordowe wibracje basowy pochód staccato, po którym płynie ta łajba i jeśli mógłbym użyć jeszcze jednego okrętowo-marynistycznego sformułowania, to wtrąciłbym niejako z żalem, że we mgle produkcji zatraca się nieco szczegółów. Ale przecież TAK MUSI BYĆ. Amatorskość (u mnie brak szerszych danych w tym temacie) produkcyjna Papa Dance to powietrze, którym ich muzyka oddycha. Tutaj zalewa nas w kolejnych przypływach skoncentrowanej synth-kipieli z Wawrzyszakiem targającym się we wszystkie strony jak podarty żagiel. Powtórka za powtórką nie są w stanie wyczerpać dyktowanego nowofalowymi trendami ładunku superprzebojowości. To chlubny początek najlepszego i zarazem wizjonerskiego pod kątem podejścia do takich wykładni jak autentyzm czy forma popowa przedsięwzięcia w polskiej muzyce, mającego odtąd zacząć w niej nieformalnie rozdawać karty. Dopływamy na wyspę suchą stopą. Doniosłość tego numeru jest przypuszczalnie do przełknięcia przez wszystkich i jeśli sceptycyzm czy euforia wobec całokształtu dokonań Papa Dance w latach osiemdziesiątych miałby znaleźć nić porozumienia, to właśnie tutaj. –Krzysztof Pytel

posłuchaj »


De Mono: Statki Na Niebie

039De Mono
Statki Na Niebie
[Arston / ZIC ZAC, 1992]

Zacznijmy od tego, że przed tą piosenką hasło "statki na niebie" nie tyle nie znaczyło nic, co po prostu nie istniało, względnie było randomowym bełkotem równie idiotycznym, co "skarpetki na nosie", "masło na grzebieniu" lub "kamień na wietrze". I to jest bodaj największym "obiektywnym" wkładem grupy De Mono w polską kulturę. Przedtem statki pływały po wodzie, a na niebie obserwowaliśmy gwiazdy, samoloty i latawce. Jest to niby oczywista oczywistość, a zarazem fakt chyba nigdzie wprost nie odnotowany, co w obliczu fenomenu trochę jednak zadziwia (osobna kwestia to budowanie literackiego napięcia w postaci zawieszonych responsów, np. "może lepiej..." – "bo nie zmokłaś"). Naturalnie nie wspominałbym tego w tym miejscu, w takich okolicznościach, gdyby nie warstwa muzyczna "Statków", najbardziej doniosłego singlowo momentu formacji, która przecież w swoim repertuarze zgromadziła szaloną ilość hitów rozpoznawalnych przez statystycznego Kowalskiego/Nowaka.

Samo gitarowe intro mogłoby pochodzić z jakiegoś przeboju środkowego Lady Pank, ale to co następuje potem zwiastuje zupełnie nowy sposób myślenia o muzyce rozrywkowej III RP – "miękki i elegancki", jak pisano. Dziś według Wikipedii "toczy się spór o nazwę De Mono", a "nazwy używają dwa składy prowadzone przez wokalistę i gitarzystę oryginalnego składu". Lecz w 1992 roku na platynowym albumie Stop ten zespół był adekwatnie do prowokacyjnego tytułu "unstoppable" dream teamem, gdzie obdarzony niesamowitym instynktem melodycznym i lirycznym (…i biznesowym) gitarzysta i kompozytor/autor Marek "Golden Boy" Kościkiewicz, obdarzony natychmiast rozpoznawalnym "głosem środka" fantastyczny wokalista Andrzej Krzywy, uzupełniający narrację niezapomnianymi solówkami saksofonu Robert Chojnacki i trzymająca wszystko w ryzach sekcja Kubiaczyk/Krupicz (znana też jako pierwsza inkarnacja projektu Magma) obezwładniali społeczeństwo kolejnymi radiowo-telewizyjnymi szlagierami, patrząc jak kraj płonie u ich STÓP. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Nagły Atak Spawacza feat. Peja: Anty

038Nagły Atak Spawacza feat. Peja
Anty
[AGD, 1995]

W tym roku mieliśmy przyjemność obchodzić symboliczne dwudziestolecie krocia istotnych dla hardkorowo-zorientowanej niszy płyt, singli, wydarzeń oczywiście nie tylko w skali międzynarodowej, ale także na naszym rodzimym podwórku. Z jednej strony Liquid Swords, "Shook Ones II", z drugiej, co chyba dość groteskowe... właśnie "Anty". Można powiedzieć, że – choć konflikt jest pojęciem znanym od wieków, również w muzyce – to właśnie od tego zaczęło się rozumienie "beefu" w Polsce w takiej postaci, z jaką dzisiaj nam się to słowo kojarzy. Geneza jest banalna i mimo że Fazi nawijał: "i nie chodzi tutaj o jebaną zazdrość, żeś sobie płytę z kolegami nagrał / chodzi o to, że jesteś pozerem, jesteś pozerem, a nie gangsterem", to mam wrażenie, że rekordowa jak na tamte czasy sprzedawalność singla "Scyzoryk" nie była w tym przypadku bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji o wymierzeniu sprawiedliwości na gruncie muzycznym. "Anty" dodatkowo obrazuje jeszcze jeden tajemniczy przypadek tych utworów, które na papierze nie mają żadnego prawa zatrybić, ale po połączeniu wszystkich pokracznych komponentów w sprzyjających okolicznościach otwierają sobie wrota do zaszczytnej gabloty historii. Bezbłędnie narzucona agresywna ekspresja w "intro", wybór "Gz And Hustlas" na podkład - zawsze jak go słyszę, to ze strachu przed kulką w głowię mam ochotę spierdalać jak najdalej, Rychu karykaturalnie papugujący ad-liby swoich kolegów zza wielkiej wody, linijka wszech czasów "SKUBIJABADUBI, KTO CIĘ ZROBIŁ, TY CHUJU"... nie ufam ludziom, którzy nie lubią tego singla, albo inaczej: nie ufam ludziom, którzy nie uważają "Anty" za najlepszy numer wśród najgorszych. –Rafał Marek

posłuchaj »


Kombi: Królowie Życia

037Kombi
Królowie Życia
[Tonpress, 1981]

Podobno mniej niż 10% osób dociera na drugą stronę wyników wyszukiwania w Google. W obliczu tej statystyki umieszczenie "Królów Życia" w naszym rankingu staje się przysługą dla przyszłych pokoleń , które z ponad 90-procentowym prawdopodobieństwem zatrzymają się na Popku i spółce.

Wyróżnienie przysługuje jednak z uwagi na to, że ten epicki, gitarowy klasyk z sofomora zespołu jest najbardziej kompletnym utworem grupy, pomimo tego, żę to głównie osoba Sławomira Łosowskiego i jego klawiszowe hity przyczyniły się do rehabilitacji dorobku Kombi. Popularnemu "Skawie" jestem wdzięczny nie tylko za bycie autorem tego tytułowego, zamykającego album kawałka (będącego zresztą jedyną jego samodzielną kompozycją na tym krążku), lecz również za to, że po latach zaczął odwalać z kolegami taką żenadę, że nie puszczali ich nawet w Polskim Topie Wszech Czasów Trójki. Mogłem dzięki temu beztrosko ignorować Kombi(i), do chwili gdy w odpowiednim czasie na spokojnie, pozbawiony większych uprzedzeń zacząłem zapoznawać się z ich twórczością. Gorzka interpretacja wokalna i poruszający tekst doskonale korespondują z każdym magicznym trąceniem strun, znajdując ujście w refrenie, który zapewniłby "Królom Życia" status światowego przeboju, gdyby tylko Kombi pochodziło ze Stanów. W polskich realiach niestety od mojej być może karkołomnej (lecz jakże wygodnej z uwagi na niemożliwość jej empirycznego sprawdzenia) tezy, bliższe rzeczywistości stały się liryki Dutkiewicza. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »


Lech Janerka: Paragwaj

036Lech Janerka
Paragwaj
[Polskie Nagrania Muza, 1989]

Wrocławianin Lech Janerka w ubiegłym roku ostro zarządził w naszym rankingu stu najlepszych polskich krążków XX wieku, bowiem jego Historia Podwodna oraz debiut Klaus Mitffoch znalazły się kolejno na 4. oraz 2. miejscu w tym zestawieniu. Osobiście trudno wyłowić mi z każdej z tych płyt stosowny i reprezentatywny utwór, gdyż są to krążki funkcjonujące na swoich prawach, tak odrealnione i jednocześnie legendarne, że pojawienie się jakiegokolwiek numeru z tych płyt na naszej liście singli mogłoby być sporym nietaktem w stosunku do innych indeksów z tych dwóch albumów. Czy jednak wyobrażamy sobie naszą listę singli bez jakiegokolwiek numeru jednego z tych największych bohaterów polskiej muzyki? No właśnie. Azymutem dla "Paragwaju" jest eskapistyczna filozofia, ucieczka od problemów związanych z polską codziennością lat 80. w świat marzeń i iluzji. W końcu każdy z nas ma jakiś swój wyśniony Paragwaj. Ale jest przede wszystkim muzyka. Cięty pochód akustyka w zwrotce to odpowiedź na charakterną grę Johnny’ego Marra, zadziorny refren rzuca rękawice wczesnemu Blur, a przecież jest tego znacznie więcej. Możemy sobie tak gdybać i wymieniać, spisywać na szybko kolejne analogie, ale z góry skazani jesteśmy na porażkę, wszak wrażliwość i wyjątkowość Lecha rządzi się swoimi prawami. –Jacek Marczuk

posłuchaj »



Piasek: Mocniej

035Piasek
Mocniej
[BMG, 1998]

W jednym z wywiadów bodaj dla "Tylko Rocka" Kayah mocno podkreślała, że muzyczną ogładę w znacznej mierze zawdzięcza rodzicom. "U mnie w domu na przykład wiedziało się, kto to jest Miles Davis", miała rzec. Nie wiem, na ile jazzowy smak przeniknął do jej songwriterskiej świadomości, ale słysząc zmianę z drugiego na trzeci akord w introdukcji "Mocniej", zawsze mam ciarki i zawsze dochodzę do tej samej konkluzji – że co by nie mówić o jej manierze wokalnej, chcąc nie chcąc rozpatrywanej przez pryzmat "Prawych Do Lewego" tego świata (tu gdzieś wyżej ktoś już się czepiał, że irytujące, wymuszone, ofensywne – nie będę pierwszym do zaprzeczania), to harmonicznie kobita ogarnia i kuma, trywialnie ujmując. A numer otwierający i promujący debiutancki krążek Piasecznego to być może jej piosenkowe apogeum, rodzaj szlachetnego fusionowo-g-funkowego smooth-popu z groove'em tak bajecznym i oprawą dźwiękową tak plastycznie kolorową, że (życzeniowo, zakładam) kładzie na łopatki najbardziej opornych sceptyków.

Te g-funkowe przeczucia wcale nie są na wyrost, o czym zaświadczy nie tylko drugi indeks na Piasek czyli stricte g-funkowy aranżacyjnie cover "Wciąż Bardziej Obcy", ale i uważny odsłuch "Mocniej" na słuchawkach, gdzie poza panoramą czy drugim planem wrażenie robi króciutki, przycięty sample ("come on"?) na początku każdego obiegu w zwrotkach – patent bezpośrednio zapożyczony z hip-hopu. Kozacki bit Piaseczny uzupełnia nienagannym odczytaniem piosenki (wykon na zasadzie "śpiewam piosenkę", interpretacyjny styl "zerowy", żadnej nóżki nie ma bardziej), ambitnym ścięciem melodii po półtonie ("mocniej WIE-rzę co dnia") oraz fascynująco kanciastym tekstem pełnym niedopowiedzeń w rodzaju "dom, cały dom, ja i on". Przez lata trapił mnie dylemat, czy wyżej oceniam "Mocniej" czy "Pogodniej". W końcu uznałem, że "Mocniej" ma piękniejszą zwrotkę, a "Pogodniej" piękniejszy refren. Pomyślcie, co by się stało, gdyby skleić je w jeden nieskazitelny monolit. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Ewa Bem: Moje Serce To Jest Muzyk

034Ewa Bem
Moje Serce To Jest Muzyk
[Tonpress, 1980]

Jak na pierwszą damę polskiego jazzu, Ewa Bem ma zaskakująco dużo doskonałych singli. I to nie tylko takich z gatunku wyrafinowanych ballad, które należy docenić, bo są świetne, ale niekoniecznie pamiętanych z uwagi na zaraźliwe hooki. "Moje Serce To Jest Muzyk" zostało opakowane w orkiestrową aranżację i zawiera w sobie masę kompozycyjnej szlachetności, ale już rozedrgany wstęp zapowiada piosenkę, która wymyka się prostej klasyfikacji. Można ją traktować po prostu jako w pełni samoświadomą petardę z jednym z najmocniejszych refrenów w historii polskiej muzyki. Spoiwo utworu stanowi tu sama wokalistka. Z jednej strony niepodrabialne czucie i pasująca do tekstu lekkość w zwrotce, z drugiej siła zawsze wywołującego we mnie mini-euforię zaśpiewu "MOOOje...", które inicjuje części refrenu. Jazz jazzem, ale dzięki takim delicjom panteon popu też chętnie przyjmie panią Ewę z otwartymi ramionami. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »


Republika: Biała Flaga

033Republika
Biała Flaga
[1982]

Jedna z pierwszych kompozycji (utwór powstał w zupełnie embrionalnej fazie istnienia Republiki, pochodzi z sesji z niedoszłym pianistą zespołu, Adamem Szałachem) i od razu szczyt, perfekcja, okręt flagowy, klękajcie narody. Żal, rezygnacja i frustracja ("choroby wojny rozpacz") w ujęciu intelektualnym, w sensie kunsztu formalnego i nienagannego kroju, a przy tym z wyczerpaniem znamion radiowego hitu [zwykło się przy okazji wczesnych singli Republiki wspominać o Liście Trójki, to może dodam, za Alexem Stachem, autorem książki o Republice, zatytułowanej Gwiazdy, Komety & Czad, że "Biała Flaga" weszła na Listę "z pominięciem poczekalni" (sic!)], z tym epokowym riffem fortepianu, który kojarzą wszyscy, na czele – nerwowym, zjadliwym, ale okropnie chwytliwym.

Dużo robi też sama ekspresja Ciechowskiego – rozsierdzone: "Gdzie oni są" ma prawo wystraszyć nieprzygotowanego odbiorcę, powtarzanie przyrostków dodatkowo ubarwia krzykliwe zwrotki, a złagodzenie w refrenie niuansuje emocjonalny wydźwięk utworu. Dziełem samym w sobie jest fortepianowe quasi-jazzowe quasi-solo po trzeciej zwrotce, kondensujące w półminutowym fragmencie wkurw zwrotki i błogość refrenu (lounge’owa fraza na 3:20). No i któż się nie utożsami z potępieniem konformizmu w mrocznych czasach oraz "pana co tak kulturalnie opowiada", wszak my tu wszyscy revolters, nieprawdaż? –Michał Zagroba

posłuchaj »


Basia: Cruising For Bruising

032Basia
Cruising For Bruising
[Epic, 1990]

Współpraca (bo nie ma tu mowy o jakiejś muzycznej kariatydzie, nawet odwróconej) Basi Trzetrzelewskiej i Danny'ego White'a, to jedna z najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się polskiej, hmm, muzyce. Bo wszyscy wiemy, że w naszym kraju jakoś specjalnie ten tandem muzyków nie zaistniał. Jasne, single Basi są rozpoznawalne i raczej lubiane, ale daleko im do obecności w kanonie polskiego popu statystycznego Kowalskiego. Z jednej strony to rozumiem – w walce z patetycznymi, rockowymi balladami tudzież ogólnie polish rockiem powstałym w latach osiemdziesiątych czy pojawiającymi się na każdym festiwalu w Opolu, przedawnionymi gwiazdorami i gwiazdorkami, Trzetrzelewska nie ma najmniejszych szans. Natomiast z drugiej strony ciężko powiedzieć, dlaczego tak piękne, wyrafinowane, nośne i popowe piosenki nie przebiły się do naszego śpiewnika?

Wytłumaczenie zawsze się znajdzie, lepsze lub gorsze (a to, że po angielsku, a to, że nie hity par excellence, że nie łapiemy takiego grania − sophisti-pop/jazz w polskim haśle jaworzanki na Wiki), ale gdy "Cruising For Bruising" wyłania się z głośników przy pomocy subtelnych bossa-podrygów, to nie przyjmuję i nie uznaję żadnego. Dość. Z prostej przyczyny − ten kunsztowny brylancik olśniewa swoim blaskiem i każe skupiać uwagę wyłącznie na sobie samym. To jest taka pieśń, że można włączyć, zapętlić i doskonale stracić czas, no bo do czego tu się przyczepić? Do arystokratycznego akompaniamentu basu? Do misternie zorganizowanej aranżacji? Do cudnie rozplanowanych, detalicznych ornamentów ścieżek? Do refrenu!? Do kompozycji!? To może do Basi? Nie no, nie żartujmy, przecież słuchając tego promującego London Warsaw New York singla tli się myśl, że Basia to nieślubna córka Sade (oj wiem, że Adu) i Donalda Fagena. Albo inaczej: wspólny PROJEKT połowy duetu Steely Dan i Heleny Folasade, bo bez Danny'ego White'a, to wszystko nie wyszłoby tak, jak powinno. Bo nie ma wątpliwości, że się udało − wystarczy spojrzeć na kontekst blurba i wszystko jasne. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


Czerwone Gitary: Kwiaty We Włosach

031Czerwone Gitary
Kwiaty We Włosach
[Polskie Nagrania Muza, 1968]

Dziecięciem będąc miałem zagwozdkę, słuchając tego dziwnego, niewesołego przecież utworu z jakiejś taśmy włożonej na stałe do starego magnetofonu Kasprzak, który nie wiem dlaczego leżał w półce nad moim łóżkiem po przeprowadzce do nowego domu. Ja, szczerze mówiąc, nawet do teraz nie zdawałem sobie sprawy, że to jest jeden z największych hitów Czerwonych Gitar. Wygrawerował jednakże w mojej długotrwałej pamięci bardzo wyraziste i intensywne wspomnienie. Klenczon, Krajewski, Dornowski i Skrzypczyk już w 1967 r. mieli zajawkę na hipnagogię. Cóż to za oziębłe intro, powracające przed każdą zwrotką? Co to za echo w refrenie? Skupcie się na tym pojechanym klawiszu rozjeżdżającym się we zwrotkach. Dlaczego takie nagłe, niedopowiedziane muzycznie zakończenie? Ten utwór w żadnym momencie się nie skulminował. Ta melancholia i kontrastowanie z oswojoną konwencją durowej piosenki – takiej jak choćby w "Modzie I Miłości" ze strony A tego singla – twórczo mnie niepokoiły i uwrażliwiały – jestem tego pewien teraz. Co do historycznego umocowania – w swoim czasie poruszyły czułe struny słowiańskiej duszy rodaków, o czym świadczy przebicie sukcesem wspomnianej "Mody i Miłości" ze strony A. –Michał Hantke

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018