SPECJALNE - Ranking

Najlepsze polskie single XX wieku

11 listopada 2015

Varius Manx: Tokyo

30Varius Manx
Tokyo
[ZIC ZAC, 1994]

Zakładam, że spora część z Was nie pamięta "za dobrze" połowy lat 90. Więc uwierzcie mi na słowo, bo ja akurat pamiętam "aż za dobrze": był taki moment, kiedy zespołu Varius Manx słuchali u nas niemal wszyscy - w metropoliach, miastach średnich i małych, no może ewentualnie we wsiach dominowali wyborcy "Disco Relaxu". Nawet nie tyle moment, co przedział gdzieś od 1994 do 1996, kiedy to na przestrzeni trzech longplayów łódzki band po dwupłytowej przygodzie new-age-instrumentalno-dżezawej bezceremonialnie przejął od De Mono (w ramach tego samego labela - taka sztafeta) rolę masowego wykonawcy o najniższym elektoracie negatywnym w naszym pięknym kraju. Przebojom nie było końca, w czym odpowiadającemu za kompozycje Robertowi Jansonowi nie przeszkodziła nawet zmiana wokalistki (splagiatowany z "Lost For Words" Floydów i śpiewany już przez Kasię Stankiewicz "Orła Cień" nawet przeskoczył sukces poprzedników z głosem Anity Lipnickiej). Szału dopełnił pokoleniowy obraz Młode Wilki w reżyserii Jarka Żamojdy, rodzimego spadkobiercy Bergmana.

W całej tej variusmanxmanii z perspektywy czasu intryguje powszechne uznanie ("zaufanie społeczne") dla powyginanego rytmicznie i melodycznie utworu "Tokyo", który w innych realiach, pod inną nazwą, bez miłej dla oka wokalistki, raczej poległby w wojnie o chartsy. I nie chodzi "zaledwie" o metrum 7/8 + 8/8 (jakieś Marillion z Clutching się kojarzy?), ale też o rozedrgane rozłożenie akcentów, no i chorą, dziwnie interwałowo zdublowaną linię wokalną w przytłaczającym, paranoicznym refrenie. Dlatego kocham "Tokyo" za to, że chociaż nie był numerem 1 jak "Zanim Zrozumiesz", "Piosenka Księżycowa", "Zabij Mnie" czy "Pocałuj Noc", to i tak do dziś rozpozna go dowolny nasz rodak po trzydziestce. Bo to na papierze żaden materiał na "medialną papkę", raczej autorski art-pop skrojony do antenowych standardów, rzecz bezkompromisowa w treści - nośnik muzycznej innowacji w świecie mainstreamu i również, wedle miejskiej legendy, bezwstydna afirmacja LSD, zakamuflowana przez Lipnicką pod pozorem wspomnień o japońskim "epizodzie z modellingiem". –Borys Dejnarowicz

posłuchaj »


Grażyna Łobaszewska: Słowa Wolne Są Od Cła

029Grażyna Łobaszewska
Słowa Wolne Są Od Cła
[1986]

Mówisz: Grażyna Łobaszewska – myślisz: klasa, wykwintność, pasja. To oczywiście wszystko prawda, ale wbrew temu, co wmówili wam rodzice, urodzona w Gdańsku artystka to nie tylko eleganckie, podszyte jazzem balladki (z nieśmiertelnym i wspaniałym "Czas Nas Uczy Pogody" na czele), bo gdyby wgryźć się głębiej w jej akta, odnaleźć można eksperymenty z niezwykle szerokim wachlarzem estetyk. Dzikie harce z przecięcia jazzu i bluesa? Sięgnijcie po epizod z Ergo Band. Przefiltrowany progiem polisz-rock? Mam dla was "Zakład Dla Normalnych". Subtelne, kołyszące białe r&b? Łapcie "Których Nikt Nam Nie Wynagrodzi". Rozenergetyzowane, nylonowe disco? "Stary Dobry Wróg" tylko czeka na waszą szansę. Okej, wszystko pięknie, tylko zaraz jakiś krótkowzroczny, upierdliwy indie dzieciak zapyta, czy to w dalszym ciągu nie są przypadkiem zakamuflowane permutacje nudnej muzyki dla dziadów?

Dla takich petentów nie pozostaje nic innego, jak odpalić "Słowa Wolne Są Od Cła", prawdopodobnie najzwiewniejszy formalnie moment w całej karierze Łobaszewskiej. Tym aksamitnym, noszącym znamiona new-popu cukiereczkiem autorstwa Ryszarda Sygitowicza mogliby się inspirować nie tylko Yumi Zouma, ale sądząc po niecodziennym przebiegu akordów również– a może raczej przede wszystkim – Jensen Sportag. To jest w ogóle tak błyskotliwa kompozycja, że w przypływie uczuć do autora jestem w stanie wybaczyć niedawne incydenty z Grzesiem Markowskim – już samo syntezatorowe intro to jakieś samiutkie szczyty tej kategorii w Polsce, sytuujące się poziomem gdzieś pomiędzy "Stanem Pogody" a "Naj Story", a dalej wcale nie jest gorzej. Łagodna klawiszowa narracja i ledwie naznaczony puls perkusji kontrastują z ejtisowymi tąpnięciami basu i zawadiacką, funkującą gitką, a sama Łobaszewska wydaje się znacznie mniej poważna niż zazwyczaj, śpiewając nonszalanckim, tytoniowym głosem, choć jak zawsze bezbłędnie. "Słowa Wolne Są Od Cła" to jeden z tych utworów, które aż krzyczą o rehabilitację, zagubiony klasyk czekający na nowe rozdanie – dla mnie osobiste odkrycie listy. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


T.Love: King!

028T.Love
King!
[Baron, 1992]

T. Love był zespołem wielu znakomitych piosenek i zjawiskiem niepowtarzalnym. Styl grupy niechlujny, ale w jakiś sposób pełen klasy – tak, że panowie mogli łapać prawie ogniskowe akordy, a słuchaczowi mimo to wydawało się, że obcuje z jedną z najbardziej udanych rozmów z terminem "post-punk" kiedykolwiek przeprowadzonych w języku polskim. Utwory T. Love miały – jak pewnie mówili w swoim czasie sami muzycy – pałera, a przy tym członkowie grupy reprezentowali coś w stylu inteligenckiego chuligaństwa (inteligenckiego, bo studia, czytanie Dostojewskiego, Lampa i Iskra Boża). Poza pewną ręką do piosenek, siła tkwiła w nonszalancji, bezpretensjonalności i świetnym wykorzystaniu elementów ulicznego folku. Nie mylić z już przebierankowym projektem Szwagierkolaska, w ramach którego Muniek śpiewał szlagiery Stanisława Grzesiuka.

"King" to chyba numer najlepiej eksponujący tę folkową stronę grupy. Najlepiej i w najbardziej oczywisty sposób – nie ma tu przesteru ani na przykład podszczypywań z funkiem, jak w "1996" czy "Jak Żądło". W warstwie lirycznej "King" to hymniczny miejski storytelling o pewnym młodym outsiderze, jego prowadzonym gdzieś obok systemu życiu i problemach. A także o samym tym systemie, symbolizowanym przez czarnych i czerwonych. Kingi pił na pohybel im wszystkim, jak bohaterowie Psów, a przebój T. Love jakimś cudem opowiada o tym samym, o czym najlepszy film w historii polskiej kinematografii – o niepewnym czasie przełomu i staniu w rozkroku między dwoma rzeczywistościami, spośród których żadna nie wydaje się jednoznacznie lepsza. Opowiada nonszalancko i jakby przy okazji historii pewnego nieprzystosowanego buntownika, ale jednak: w pierwszej zwrotce przejeżdżał sekretarz, natomiast w trzeciej przymknięty King świąteczną kartkę wysyłał już do prezydenta. Tylko papież pozostawał bez zmian. –Radek Pulkowski

posłuchaj »


Wrak: Daleki Świat

027Wrak
Daleki Świat
[Polskie Radio Szczecin, 1984]

Za odkryciem tej naprawdę przykurzonej perły polskiej fonografii stał przeprowadzony na imponującą skalę research Kuby Ambrożewskiego ze Screenagers. Działając z iście benedyktyńską pieczołowitością trafił na utwór, który na dobrą sprawę chyba nigdy nie wyszedł poza Słupski Ośrodek Kultury. Sam fakt, że jedynym miejscem, w którym można było jeszcze kilka lat temu znaleźć nagrania grupy Wrak była internetowa strona właśnie tej instytucji, jest niemal równie kuriozalny co sama konstrukcja ich najlepszej piosenki.

Gdyby rozłożyć "Daleki Świat" na części pierwsze, to mogłoby się okazać, że nic tu do siebie nie pasuje. Szalone tempo narzucone od pierwszych taktów prowadzi donikąd, a znawcy pieją nad zmianami akordów (i ja im ufam). Dla mnie ciekawsza jest jednak imponująca mnogość tropów, bezceremonialnie zamknięta w obrębie czterech i pół minuty. Paddy, Prince, ABC, Earth Wind & Fire, Steely Dan, Human League (przecież ta dziewczyna co "dopowiada" w refrenach!), Van Halen, oni wszyscy się tu spotykają, przyczyniając się do powstania rzeczy unikalnej nie tylko w skali krajowej. Nigdy nie zrozumiem jak to możliwe, że "Daleki Świat" w pewnym momencie nie zagościł na ustach całego kraju. Wielkie, wielkie granie i przyczynek do fascynującej dyskusji. Co jeśli takich Wraków jest więcej? –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


Kazik: 12 Groszy

026Kazik
12 Groszy
[S.P., 1997]

Podobnie jak Bob Dylan, Prince czy David Bowie, Kazik Staszewski (zresztą jako jeden z niewielu polskich artystów rozrywkowych) miał w swojej karierze kilka "faz imperialnych". Lata 1995-2001 to już okres monarchii absolutnej, a samodzierżawie ugruntowało "12 Groszy". Jasne, trzeba było się ubezpieczyć. W końcu wszystko się mogło zdarzyć – i najczęściej się działo. Latem 1997 roku 7-minutowy singiel o wdzięku katarynkowej melodyjki, obiektywnie estetyczny koszmarek ("poetyka zlewu"), stał się definicją słowa cool. Rynek zadecydował: platynowa płyta dla albumu, a dla piosenki karta stałego pobytu w Polskim Topie Wszech Czasów i 26 tygodni obecności (w tym sześć na szczycie) w niełatwym przecież, a wielce prestiżowym zestawieniu, jakim jest Lista Przebojów Trójki.

Momentum Kazika polegało również na tym, że niczym oświecony tyran narzucał tematykę debaty publicznej. Poszczególne frazy "12 Groszy" ryczał cały naród. Było to istne porozumienie ponad podziałami. W zależności od charakterystyki indywidualnej szczególnie jarały nas: "niech se Jadzia wsadzi" (z lubością powtarzane przez, dziś powiedzielibyśmy, gimbazę, a wówczas po prostu szósto-, siódmo- i ósmoklasistów). "Okazało się, że pastor King nie był Murzynem / Ani czarnym – on był Afroamerykaninem" (przy tym rechotali korwiniści czy w ogóle szerszy obóz przeciwników poprawności politycznej). Czy wreszcie: ">>Jak powstają twoje teksty?<< – gdy mnie ktoś tak spyta / zakurwię z laczka i poprawię z kopyta" (tym zachwycali się fani piętrowej ironii rodem z najlepszego magazynu popkulturalnego). Tekst imponuje "miodnością" (pozdrowienia dla redakcji "Secret Service"). Kazikowa krytyka ludzkich przywar jest urocza, świeża i – ciekawe, że szczególnie na papierze – nadal zabawna. –Piotr Kowalczyk

posłuchaj »



Papa Dance: Nasz Disneyland

025Papa Dance
Nasz Disneyland
[Tonpress, 1988]

Upiorny jest ten synth na początku. Melodia nie znajduje sposobu, by obłaskawić brzmienie. A chwilę później szybki strzał i jesteśmy w epoce złotych przebojów, śniącej się po nocach mody i blichtru.

Późny przebój Papsów należy do ich ścisłej, singlowej czołówki. Migiem zapamiętywany, wciskający się w głąb czaszki, dopadający na ulicy rytm, całkiem prosty jak na standardy autorów "Narodzin Szejka", daleki krewniak "Always On My Mind" z lepszym refrenem. To udowadnia, że nie tylko dwa pierwsze albumy, które rok temu bez cienia wątpliwości umieściliśmy w ścisłym topie naszego płytowego rankingu, lecz również porozrzucane tu i ówdzie pojedyncze piosenki powinny znajdować się w polu zainteresowań każdego początkującego fana. Uważam za stratę czasu tłumaczenie po raz setny DLACZEGO tak bardzo jaramy się Papa Dance. Spowszedniał mi też fenomen niezrozumienia otaczający twórczość zespołu, jakby biologiczna niemożliwość sympatii dla tych piosenek, raz po raz dająca o sobie znać w rozmowach ze znajomymi. Reakcje wobec "Naszego Disneylandu", najbardziej rozpoznawalnego hitu: "O! To ich numer?", zdarzają się nader często. I równie często reakcjom tym towarzyszy podobna postawa pobłażliwości, w najlepszym razie łaskawego werdyktu: "nooo, nie najgorsze to jest, ale". Słyszałem to już tyle razy.

Rozważmy coś ciekawszego. Baśniowe elementy, które powracają z pewną regularnością w twórczości Papa Dance (teledysk "Kamikadze", tekst "Kryształka Nocnej Opowieści"). W tym przypadku tandetne love story zostało opowiedziane językiem dziecka, któremu łatwiej zrozumieć otaczający je świat wtedy, gdy przedstawiony jest on za pomocą archetypów. Nie wybiegam tak daleko, by całą twórczość Papa Dance ujmować w podobne ramy, choć trop ten pozwala w pewnym stopniu zrozumieć powody, dla których soundtrack do Akademii Pana Kleksa na ludzi "działa", a Poniżej Krytyki "nie działa". Być może chodzi tu o pewien szok poznawczy, niezdolność do zaakceptowania prowadzonych jednocześnie dwóch narracji – dziecka i dorosłego. Możliwe, że kluczem do zrozumienia Papsów jest ścieżka rozwoju, która nigdy nie pozbawia odbiorcy jego dziecięcości (nie mylić z infantylizmem). W ten sposób ”Pożegnanie Z Bajką” przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, a "Nasz Disneyland" dzieciństwo, do którego wspomnienia dopiero trzeba dopisać, wypełnić doświadczeniem dorosłości. Nie każdy zna i ceni Cupid & Psyche 85, ale każdy przeżył w swoim życiu coś, co potrzebuje oswoić, zgłębić, ubrać w zrozumiałe ramy. Jeżeli w takim razie "Pożegnanie Z Bajką" jest tyleż piękną, co odrobinę przykurzoną proustowską magdalenką, której smak prowadzi w lata 80, to "Nasz Disneyland" jawi mi się czymś zgoła innym, dzikszym i bardziej ekscytującym.

Niezapisaną tablicą mojej debiutanckiej dekady. –Piotr Gołąb

posłuchaj »


Hey: Heledore Babe

024Hey
Heledore Babe
[PolyGram, 1995]

Najlepsze piosenki Hey to nasycone emocjonalnie, czasem wręcz wyczerpujące doznaniami, pociski. "Heledore Babe" to przykład, że uczucia te nie muszą być koniecznie obarczone opierającym się na tekstach i charyzmatycznych interpretacjach Katarzyny Nosowskiej podłożem empatycznym. W obliczu niespecjalnie wyrazistej i chwilami trudnej do rozszyfrowania warstwy lirycznej, na pierwszy plan zdecydowanie wychodzi muzyka, od której nie odciąga uwagi także teledysk, sprawiający wrażenie jakby miał obrazować kawałek jakichś wrażliwców grających symfoniczny metal.

Przesiąkające nagranie klasyczne piękno nie potrzebuje żadnej otoczki, by słuchacz mógł samodzielnie dopatrzeć się w nim swojego znaczenia (którego rzekomo pozbawione jest enigmatyczne, tytułowe, wymyślone przez Nosowską słowo). Bazowe komponenty utworu – delikatne melodie wyhaftowane przez Żabiełowicza i kruchy, inspirowany Stiną Nordenstam wokal – dopełniają się, tworząc oplatającą nas powoli dźwiękową pajęczynę. Zostawszy w nią złapanym, trudno się od "Heledore Babe" uwolnić. –Piotr Ejsmont

posłuchaj »


Anna Maria Jopek: Ja Wysiadam

023Anna Maria Jopek
Ja Wysiadam
[PolyGram, 1999]

Tak się jakoś złożyło, że od wczesnych lat byłem przez swoich rodziców faszerowany twórczością tej pochodzącej z warszawskiego Żoliborza piosenkarki. Zresztą trudno nie lubić osoby, która po swoim egzaminie magisterskim biegnie do Sali Kongresowej na koncert Ala Jarreau, a i może się pochwalić wspólnym krążkiem z Patem Methenym. Jasne, Annie Marii Jopek i jej zespołowi zdarzały się skoki w mniej angażujące mnie rejony, czasem banalne i bez wyrazu, jednak powiem wam jedną kwestię: AMJ i jej zespół to wciąż wykonawczy top w kontekście jazzowej użytkowości. Wiem co mówię, bo za młodu byłem na jej kilku koncertach i dzieje się tam naprawdę wiele dobrego.

Możecie mi zarzucać miałki gust oraz upodobania do muzaka i taniości, ba, wkurzę was jeszcze bardziej – otóż mam na półce cztery pierwsze wydawnictwa z serii Smooth Jazz Cafe i do tej pory czasem po nie sięgam. Kwestii związanej z pochodzącym z krążka Jasnosłyszenie (zresztą znakomitego) utworem "Ja Wysiadam" nie jesteście w stanie podważyć w żaden sposób. "Ja Wysiadam" to arcydzieło funkcjonujące na zupełnie oderwanych zasadach, najlepszy utwór Jopek z dużym zapasem, a wszystko tak naprawdę rozbija się o reggae. Więcej na ten temat przeczytacie tutaj. Nie byłoby tej piosenki jednak bez kunsztu braci Pospieszalskich, którzy inkorporując wspomnianą już jamajską estetykę, podbijają całość nieszablonowymi progresjami akordów oraz aranżacyjnymi trickami charakterystycznymi bardziej dla estetyki world music niż właściwej dla muzyki pop czy smooth-jazzu. Jednak jak bardzo smooth-jazzowo, czy wręcz popowo to brzmi! Kiedyś byłbym w stanie zestawić ten utwór z piosenkami Joe Jacksona czy Steely Dan, ale dziś wiem, że nie ma to większego sensu. "Ja Wysiadam" to jeden wielki paradoks i prawdopodobnie to świadczy o wielkości tego numeru. Dodam jeszcze, że śpiew Jopek i fantastyczny tekst Czapińskiej też tutaj rządzą i to niebywale! –Jacek Marczuk

posłuchaj »


Lady Pank: Mała Lady Punk

022Lady Pank
Mała Lady Punk
[Tonpress, 1982]

“Mała Lady Punk” powstała w momencie, gdy Jan Borysewicz wraz z tekściarzem Mogielnickim wciąż oficjalnie byli członkami Budki Suflera. Piosenka została nagrana na szybko, w trakcie sesji do Układów Trojanowskiej, przy udziale jej muzyków studyjnych. Zaśpiewał Borysewicz, bo Mogielnicki dopiero później wyciągnął Panasa z Olecka. Określenie "rock'n'rollowe życie" ma w sobie oczywiście sporo obrzydliwości, ale ciężko inaczej opisać losy Lady Pank. Non-stop nagrzani, również a może zwłaszcza, podczas koncertów, skorzy do rujnowania pokoi hotelowych, etc. To nie jest krótka lista. Częścią takiego hedonistycznego “rock and rolla” od zawsze były też groupies i o jednej z nich traktuje ta piosenka. Znając fascynacje polskich muzyków Stonesami, widzę w "Małej" odpowiedź na "Stray Cat Blues" (dzisiaj temat chyba najlepiej podejmuje Pezet), ale nie odbieram Mogielnickiemu autentyczności tego, że sporo takich dziewcząt na pewno się kręciło.

W warstwie muzycznej bardzo słychać fanbojstwo w stosunku do The Police z okresu Zenyatta Mondatta – kawałek jest idealny rytmicznie, na zwrotkach słyszymy prężne reggae (referencja do “De Do Do Do De Da Da Da”), które przechodzi stymulującą melodią refrenu w niezwykle jędrny power-pop, dopełniony ciepłymi riffami gitary oraz śmiałym, głęboko rezonującym basem. Pomimo wielonarracyjności muzycznej, nie szuka tutaj Janek Bo rozbuchanych form – duch piosenki zachowuje punkową oszczędność, która w połączeniu z bezbłędnym uchem do melodii i ponadprzeciętną rytmiką, staje się receptą zespołu na pierwszorzędne przeboje. Borysewicz w "Małej Lady Punk" konfrontuje swoje zauroczenie kunsztem Stinga z własnymi doświadczeniami muzycznymi, opowiadając bardzo trafnym tekstem Andrzeja Mogielnickiego o dziewczętach, które zamiast stałego chłopaka z fabryki, wolały w tamtych zakończeniach tygodni wystawać z nadzieją na, nawet jeżeli uwłaczającą, to uchylającą im rąbka innego świata, przygodę z idolem ze sceny. Muzyką natomiast dał radę wnieść trochę świeżego powietrza do bluesowego zaduchu, w którym kisił się polski pop-rock na początku lat 80. –Iwona Czekirda

posłuchaj »


Republika: Telefony

021Republika
Telefony
[1982]

Znaczna część, może nawet większość utworów na tej liście to zapomniane i odkopane perełki, które Porcys pragnie kochanym czytelnikom przybliżyć, by niosąc kaganiec oświaty, podjąć niesłusznie omijany temat polskiego popu. Dla niektórych redaktorów to chleb powszedni, ja się dopiero uczę. Ale to nieważne, bo rozmawiamy o "Telefonach". Jest ktoś kto nie słyszał tego kawałka? Oszczędzę sobie pochwały –zbędne, gdy pisze się o czymś tak znanym i uznanym zarazem. Teksty, styl, maniera, wszystko to wiemy, skończ. Czy coś mnie nurtuje w tym utworze? Że to w gruncie rzeczy mocno przewrotna, strasznie neurotyczna kompozycja, odważna w warstwie produkcyjnej, a jednak ciesząca się uznaniem ze strony ludzi, których to nic nie obchodzi? Pewnie. Melodyjność - ale to też wiemy. Gdzie ja zmierzam tym opisem? Cholera jedna wie. Dzwonią, dzwonią w mojej głowie. Dzwonią nam wszystkim w głowach. Nanananananananana. Dzwonią. –Antoni Barszczak

posłuchaj »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"