SPECJALNE - Ranking

Najlepsze polskie single XX wieku

11 listopada 2015

Tilt:  Mówię Ci, Że

10Tilt
Mówię Ci, Że...
[Tonpress, 1986]

"Niestety rewolucje się nie sprawdzają. W historii wszystkie kończyły się źle. To raczej ewolucja jest tym, co wydaje się wartościowe" - stwierdził dwa lata temu w wywiadzie dla radiowej Trójki Tomasz Lipiński, jedyny stały członek zespołu Tilt, oraz oczywiście człowiek Brygady Kryzys i przez pewien okres Izraela. Właśnie w "Mówię Ci, Że.." zarówno w warstwie semantycznej, jak i muzycznej widzę początek takiego koncyliacyjnego myślenia w świadomości polskich artystów, będących dotąd w opozycji do istniejącego porządku świata. Nawet jeżeli słyszymy nawoływanie do "obudzenia się" to ma to wyraz raczej zmierzania do dorosłej samoświadomości, niż burzenia barykad. Deterministycznym elementem utworu jest oczywiście otwierający riff gitary nieco w stylu Janerki, zapętlony na zmianę z refleksyjną partią saksofonu, które dopełnia promienny groove perkusjonaliów i basu. Ładnym smaczkiem jest też hipnagogiczna aranżacja na wejściu. Taka ciekawostka, że soulowego feelingu dostarczają chórki zaśpiewane przez nie kogo innego, jak rozpoczynającą karierę młodziutką Kayah.

Piosenką "Mówię, Ci, Że..." Lipiński wprowadził do punk rocka i reggae popową melodykę oraz elementy free jazzu, których błyskotliwe połączenie zaowocowało najbardziej satysfakcjonującą na gruncie Polski formą fuzji obu tych filozofii muzycznych. –Iwona Czekirda

posłuchaj »


Justyna Steczkowska: Oko Za Oko. Słowo Za Słowo

009Justyna Steczkowska
Oko Za Oko. Słowo Za Słowo
[Pomaton EMI, 1996]

Herbata stygnie zapada zmrok, a pod piórem ciągle nic. A może by tak zmienić zasady gry, chcesz przeczytać koment, to sięgnij do Wikipedii.

"Trzeci singel z pierwszej solowej płyty Justyny Steczkowskiej, wydany w czerwcu 1996 roku. " To prawda, to jest fakt. Wydarzenie koreluje w mojej pamięci z Euro ’96, czyli imprezy z najfajniejszą Anglią od czasów Ramseya (Sziiira, Gazza), rewelacyjnymi Czechami i Bierhoffem w finale. W tym kontekście trzeci singiel z pierwszej solowej płyty Justyny Steczkowskiej nie był wydarzeniem lata, ale po upływie dwóch dekad okazuje się, że Szanowni Redaktorzy nie wyobrażają sobie topu singli bez tego kawałka, więc może jednak był?

"Singel stał się dużym przebojem i drugą po «Dziewczynie Szamana» piosenką flagową Justyny."

Nie po raz pierwszy staje mi... przychodzi mi stawać przed czytelnikami, pisząc w tym ficzerze o Ciechowskim i brakuje mi już komplementów dla tego wielkiego człowieka i jego flagowych piosenek. A był on tu nie tylko producentem, ale i tekściarzem – tożsamość enigmatycznej Ewy Omernik została ujawniona oficjalnie dopiero parę miesięcy później, bodajże na Fryderykach. Ciechowski opowiedział wówczas, na oczach całej Polski, że wcielając się w swoje kobiece alter ego zakładał damską perukę dla wczuty. Ledwie rok później Piotr Bukartyk w wywiadzie dla Tylko Rocka, opowiedział anegdotę, że pisząc teksty na potrzeby żeńskich podmiotów lirycznych swoich piosenek zakłada damską perukę. Niektórzy nie mają wstydu.

"Słychać w niej inspiracje trip-hopem i acid-jazzem". Naciągane, ale jest w tym ziarno prawdy. Zaczyna się atakiem z grubej rury, czyli basem z A Love Supreme, ale ten ciężar gatunkowy zostaje natychmiast zelżony filuternymi karaibskimi przygrywkami, kołyszącymi z elegancją kształtnych bioder smukłych sióstr Steczkowskich, pogodnym fletem Ciechowskiego (ehh...) w refrenie, grzechotkami, przemykającym gdzieś zaczepnie kilkusekundowym solem fortepianu i wreszcie samą konwencją dziecięcej rymowanki – ciekawe, biorąc pod uwagę pozę i manierę dostojnej diwy. Trzaski dodają vintage’owej elegancji.

"Popularność zdobyła parodia piosenki w programie Szymon Majewski Show, gdzie sobowtóry Dody i Justyny śpiewają «Oko Za Oko. Słowo Za Słowo» oraz «Znak Pokoju»". To rzeczywiście bardzo ciekawe, fascynujące. Jest to fakt równie relewantny dla tej piosenki, jak odnalezienie Kodeksu Hammurabiego 94 lata wcześniej.

"Teledysk nakręcono w studiu Telewizji Polskiej. Występuje w nim Justyna z siostrami oraz m.in. Grzegorz Ciechowski, grający na flecie. " A także, m.in., półnagi Tarzan grający na bębenku. –Michał Zagroba

posłuchaj »


Basia: New Day For You

008Basia
New Day For You
[Portrait, 1987]

Z Jaworzna przez Alibabki na stadiony świata – droga Barbary Trzetrzelewskiej musi robić wrażenie nawet dziś, gdy realia są już zupełnie inne. Żałuję trochę, że tamte czasy znam jedynie z opowieści, ale chyba nigdy wcześniej i później przedstawiciel Polski nie był tak blisko absolutnej światowej czołówki chartsów. Jednak patrząc szerzej – nie tylko na same liczby – wyjątkowość "naszej Basi kochanej" widać jeszcze wyraźniej. Jej trzyoktawowy jedwabny głos jest dobrem narodowym samym w sobie i na szczęście w końcówce lat osiemdziesiątych znalazły się piosenki, dzięki którym mogli się o tym przekonać wszyscy.

A zaczęło się – jakżeby inaczej – od wybicia na niepodległość. Po drobnych sukcesach z grupą Matt Bianco przyszedł moment, w którym Basia i klawiszowiec Danny White postanowili zrobić coś już ze sobą w rolach głównych. "New Day For You" z debiutanckiego Time & Tide to chyba najjaśniejszy przykład tego, jak udany był to projekt. Korespondujący z wydanym mniej więcej w tym samym okresie "La Isla Bonita" Madonny utwór Basia zawłaszcza już od pierwszych sekund ("Hello again, it's me...") i wszystko przebiega tu pod jej dyktando. Ozdobą tej wysmakowanej, rozpostartej gdzieś pomiędzy sophisti popem a smooth jazzem, kompozycji są monumentalne wręcz refreny, w których Trzetrzelewska śpiewa z maksymalną ekspresją, jednak w sobie znany tylko sposób nawet w najgłośniejszych momentach zachowuje trudną do zdefiniowania delikatność. Syntezatorowe solo White'a dopełnia dzieła, dodając temu wybitnemu utworowi niepodrabialnego sznytu. Na pytanie gdzie jest ta Basia, odpowiadam: w Lidze Mistrzów. Halo Warszawa. –Kacper Bartosiak

posłuchaj »


Klaus Mitffoch: Jezu, Jak Się Cieszę

007Klaus Mitffoch
Jezu, Jak Się Cieszę
[Tonpress, 1983]

Czołowa dziesiątka – poważne sprawy, a mamy tu chyba najkrótszy w całym zestawie i, wydawałoby się, całkiem niepozorny numer, mimo że przecież odpowiedzialny za jego nagranie zespół to nietykalna część naszej kultury. Przyjęte przez redakcję założenia rankingu miały uniemożliwić zbytnią powtarzalność pomiędzy obydwiema dotyczącymi XX-wiecznej polskiej muzyki klasyfikacjami, jednak różne piosenki spoza docenionych przed rokiem albumów pozwoliły nam na ponownie umieszczenie twórczości danych artystów na liście. Istotne, że w większości tych instancji, wybrane przez nas utwory stanowią w porównaniu z krążkami nową jakość lub przynajmniej cechują się pewnymi wyróżniającymi je walorami. W przypadku "Jezu, Jak Się Cieszę" jest to specyficzna pogodność czy nawet entuzjazm, które rozwiewają złowrogi nastrój self-titled Klausa. W ciągu niewiele ponad dwóch minut największy hit grupy staje się świadectwem tego jak ważną częścią każdego aktu kontestacji jest nadzieja. Walczy się zawsze o coś i nawet jeśli, jak okazuje się wraz z rozwojem piosenki, chwile wytchnienia są tak ulotne, to stają się w ten sposób jeszcze cenniejsze i warte pielęgnowania jako dodatkowa motywacja do działania. Kontrast ekstatycznej, nietypowej dla zespołu zwrotki z wykrzyczanym zbiorowo refrenem poprzedzonym chłodnym wyznaniem pełniącym rolę zderzenia z rzeczywistością przypomina o urokach wolności oraz związanymi z jej osiągnięciem lub utrzymaniem wysiłkiem i wyrzeczeniami.

A może to zwyczajnie traktujący o pociechach płynących z pełnego portfela niebywale nośny "przeboik" (słowem tym określił go kiedyś w wywiadzie sam Janerka), któremu dzięki fajnym gitarowym melodiom udało się po prostu wpasować w nasze gusta w dużo większym stopniu niż stało się to w przypadku samego zespołu, który nie przepadał za nim do tego stopnia, że pominął go przy ustalaniu tracklisty swego wybitnego debiutu? –Piotr Ejsmont

posłuchaj »


Zdzisława Sośnicka: Realia

006Zdzisława Sośnicka
Realia
[Pronit, 1984]

Nie zawsze pamięta się o tym, jak bardzo emocjonalną muzyką potrafi być disco, jak wiele przebojów tego gatunku cechuje wręcz teatralna emocjonalność. W "Realiach" wokalistka Sośnicka, kompozytor Dębski i tekściarz Cygan idą jeszcze dalej niż twórcy zachodni, dodając do gatunku niepodrabialny tragizm charakterystyczny dla muzyki rozrywkowej z bloku wschodniego. Pierwsza minuta piosenki, w której Zdzisława śpiewa jeszcze bez bitu, z akompaniamentem melancholijnej gitary akustycznej i rozlewającego się basu, jest niemal nieznośnie dramatyczna i prawie gotycka. "Realia" to jednak JEST piosenka disco, więc po pierwszym segmencie wychodzimy ze smutkiem na parkiet, kiedy pojawia się perkusja i charakterystyczny riff basu prowadzące numer już do końca. To jednak dalej piosenka o intensywnym przeżywaniu obojętności partnera romantycznego, która potrafi wznieść się na wyżyny patosu (zaśpiewane niemal ze złością "ile gwiazd, ile łez spadło między nas?"). Ale dla mnie prawdziwy geniusz "Realiów" kryje się w jedynym obecnym tutaj przebłysku światła. Ciężki od emocji numer na chwilę odrywa się od ziemi, kiedy wokalistka śpiewa w refrenie "co z nami, co ze mną", w krótkim fragmencie refrenu, który jest dla mnie jednym z najbardziej zapamiętywalnych motywów polskiej muzyki rozrywkowej. To ten krótki moment popycha łzawy przebój na ostatnie godziny zapijaczonego densingu w stronę absolutnego geniuszu. –Łukasz Konatowicz

posłuchaj »



Alibabki: Samotna Rękawiczka

005Alibabki
Samotna Rękawiczka
[Tonpress, 1976]

"Samotna Rękawiczka" nie była ze mną od zawsze. "Samotna Rękawiczka" była ze mną od chwili, gdy zrozumiałem, że Alibabki to coś więcej niż chałturnicze teledyski po dziś dzień puszczane na TVP Kultura w ramach pocztówki z radosnych czasów minionych, niezbyt poważne teksty o rosołku i absurdalny cover "Ob-La-Di, Ob-La-Da". Zgłębianie CV tych panien było dla mnie szeregiem szoków poznawczych zarówno na poziomie czysto muzycznym, jak i w kontekście rozmiaru ich wkładu w archiwum polskiej muzyki – wykonawców i kompozytorów, którzy w czasach świetności zespołu wykorzystało go do ozłocenia swoich utworów można by liczyć w dziesiątkach, jeśli nie w setkach. "Jednego Serca", "Remedium", "Cień Wielkiej Góry", "Z Kopyta Kulig Rwie", "Tyle Słońca W Całym Mieście" – w każdym z tych na swój sposób legendarnych kawałków Alibabki mniej lub bardziej zaznaczyły swoją obecność, a przecież to ledwie ułamek. Dajcie spokój, takie rzeczy to chyba tylko u Dębskiego.

Największym wstrząsem i tak musiało być dziewicze odsłuchanie Zagrajmy W Kości Jeszcze Raz, wygrzebanego gdzieś z post-PRL-owskiej, winylowej kolekcji babci, gdzieś spomiędzy obszernych zbiorów zespołu Mazowsze a dyskografii Ireny Santor. Wielowątkowy pop Alibabek trafiał idealnie w punkt między porywającą lekkością a kompozycyjnym wyrafinowaniem, ale, do chuja pana, nikt nie przygotował mnie na wysłany najwyraźniej z innej planety z misją pokojową kawałek zamykający stronę A płyty. Festiwal genialnych melodii, obsesyjnie nawarstwionych harmonii, cudnej urody barokowych ozdobników i odważnych zwrotów akcji: czy ominęła mnie wizyta Briana Wilsona w Polsce? Alibabkom oczywiście trzeba oddać należne: ich gładkie, krystaliczne jak górski potok głosy szybują spójnie niczym zespół akrobacji lotniczej, nie tracąc czujności nawet w najtrudniejszych figurach wizjonerskiej kompozycji Jerzego Dobrzyńskiego, ale to właśnie on jest tu bohaterem – wystarczy sięgnąć po kilka wersji "Samotnej Rękawiczki" na żywo, by zorientować się, że jakikolwiek rozstrzał między wykonaniem a precyzyjnie wymierzoną intencją autora zazwyczaj kończy się jedynie pogorszeniem jakości. Każda fraza, każda równoległa linia wokalna i każdy boski chórek – wszystko tu zdaje się krzyczeć, że mamy do czynienia z arcydziełem formy piosenkowej.

Głupio było by również nie wspomnieć o tekście, za który odpowiada nie kto inny, jak Agnieszka Osiecka. Fenomenalne porównania i metafory oraz plastyczność i lekkość, z jaką zostały ze sobą zestawione świadczą o niebywałej kreatywności w operowaniu słowem, a na dodatek ochoczo zakorzeniają się w głowie i aż proszą o cytowanie – sam nagminnie wplatam do wypowiedzi takie hasełka jak "odnajdziemy złote szkiełko", "as kierowy się chowa" czy "senny jak sowa". Bo wiecie, "Samotna Rękawiczka" nie była ze mną od zawsze, ale od kiedy jest, zdążyła wsiąknąć we mnie całkowicie. Z tym że już nigdy więcej nie będzie samotna – inne "single życia" zawsze dotrzymają jej miłego towarzystwa. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj »


Kasia Stankiewicz: Dopiero Od Jutra

004Kasia Stankiewicz
Dopiero Od Jutra
[ZIC ZAC / BMG, 1999]

Wiecie, ile miałem czasu na napisanie tekstów do tej listy? Dużo. A jednak siedzę późnym wieczorem ostatniego dnia deadline’u (a nawet gorzej, bo deadline’u przesuniętego o dwa dni) i zabieram się do napisania tego, co obiecałem, że napiszę. I tak przez całe życie "biegnę choć już za późno", a i tak w końcu "wracam, przecież nie mam czym otworzyć drzwi". Utożsamianie się z podmiotem lirycznym to już połowa sukcesu.

"Dopiero Od Jutra" to "poptymistyczne ujęcie 'I'm gonna be perfect from now on" Martscha'" (Borys) albo jeszcze poptymistyczniej, hymn wszystkich Bridget Jones tego świata i tak się szczęśliwie składa – perła polskiego dance-popu. Muzykę napisał Michał Przytuła, prawa ręka Reni Jusis (współautor "Nigdy Ciebie Nie Zapomnę" czy "Jutro Odpowiem"), co już jest wystarczającą rekomendacją, choć może nie oddaje jego wszechstronności – źródła donoszą też o współpracy z Shazzą i Bayer Full.

Zwrotki warto docenić nie tylko jako sprawną rozgrzewkę, bo przecież samo słowa "Budzę się" na wejście stopy i następująca po nich sinusoida kładą kamień węgielny pod budowę klasyka. Nie da się jednak ukryć, że to refren zgarnia największe brawa. Wyjątkowe zagęszczenie melodyczne na poziomie komponowania musiało zakładać zlepienie całości w studiu. I tak "Już jestem ideałem" to trochę samodzielny hook, a trochę fundament całego refrenu, mimo że na żywo musiałby śpiewać go chórek. Sprytne połączenie "Zawsze przecież lepiej można / Będzie tak" jest już jak dociśnięcie gazu do dechy, ale ideału nie męczy przecież zadyszka. Cały ten pomysł jest opakowany właściwie w przezroczystą formę tanecznego radio friendly kawałka, na tyle celną, że bliżej mu na szczęście już w 1999 roku było do Basement Jaxx, niż jakiegoś Eiffel 65. Czy zawsze można lepiej? Szczerze wątpię. –Kamil Babacz

posłuchaj »


Ewa Bem: I Co Z Tego Masz?

003Ewa Bem
I Co Z Tego Masz?
[Wifon, 1986]

Znacie pewnie całą masę świetnych czy znakomitych piosenek, ale czy potraficie z absolutną pewnością, bez ryzyka i ze spokojem w sercu wskazać choć jeden utwór, który jest doskonały? Aby nie było wątpliwości: chodzi o coś bezkonkurencyjnie DOSKONAŁEGO, perfekcyjnego na całej długości, nadprzyrodzonego, nieposiadającego cienia najdrobniejszej rysy – jednym słowem chodzi o ideał. Ja potrafię, bo o "I Co Z Tego Masz" mogę myśleć tylko w kategoriach krystalicznego ideału. Kompozycja napisana przez znanego z gry na gitarze w Brekoucie Winicjusza Chrósta, który albo posiadł boskie moce, albo sprzedał duszę diabłu, spełnia wszystkie moje marzenia o formacie popowej piosenki – daleki od schematycznych rozwiązań, niebywale kunsztowny, jazzowy przebieg harmoniczny obecny na przestrzeni całego utworu zostaje ubrany w szaty tak lekkie, gustowne, a jednocześnie przyjazne dla ucha masowego odbiorcy, że cała sytuacja wydaje się aż nie-re-al-na.

Powiem wam jeszcze, że osobiście to właśnie dla takich songów w ogóle słucham muzyki. Posłuchajcie tylko majestatycznego refrenu albo mostka opatrzonego gitarową solówką Chrósta oraz ślicznymi chórkami w tle – to są rzeczy niepojęte. Możemy tylko cieszyć się z tego, że Ewa Bem, postać dla rodzimej muzyki nietykalna (dzięki całej armii hitów oraz przede wszystkim longplayowi I Co Z Tego Masz, który, tylko przypomnę, dla nas jest osiemnastą najlepszą polską płytą XX wieku), nawiązała współpracę z nieocenionym Winkiem (swoją drogą aż dziw bierze, że po tej kooperacji chyba nie napisał już więcej ani jednej piosenki) oraz z poetą i tekściarzem Wojciechem Jagielskim, odpowiadającym również za słowa do omawianego singla. A skoro już pojawiła się ta kwestia, to oczywiście historie stworzone przez Jagielskiego dla Bem traktują przede wszystkim o miłosnych rozstaniach i rozpadach. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że tytułowy utwór z ICZTM (choć w innej, albumowej wersji z 1986 roku), to monolog pierwszej kobiety skierowany do skrytego pod postacią węża, szatana. Serio, polecam przeczytać uważnie tekst jeszcze raz i mieć na uwadze fakt, że osoba śpiewająca "I Co Z Tego Masz", ma na imię właśnie Ewa. –Tomasz Skowyra

posłuchaj »


 Anna Jurksztowicz: Przenikam / Stan Pogody

002Anna Jurksztowicz
Przenikam
[Tonpress, 1986]

001Anna Jurksztowicz
Stan Pogody
[Tonpress, 1986]

Zanim pokuszę się o skromny, amatorski komentarz do dwóch monumentalnych piosenek, które wygrały niniejsze zestawienie, warto zrobić na chwilę "zoom out" i spojrzeć na szerszy obraz. Po to aby zrozumieć, jakie procentowo/ilościowo i pod względem "ciężaru gatunkowego" miejsce zajmują one (i w ogóle cały nurt piosenkowy) w życiowym dorobku Krzesimira Dębskiego. Otwórzmy więc Wikipedię na haśle Krzesimir Dębski. Nie twierdzę, że Wikipedia to jakaś wyrocznia. Szczególnie polskie Wiki to nieraz surrealizm i kabaret (osobny temat). Ale załóżmy na potrzeby mojej wypowiedzi, że wiarygodna lub nie, Wikipedia posłuży nam za jakąś referencję, choćby dysponowała danymi "pi razy oko". To naprawdę nie jest teraz aż tak ważne, zwłaszcza że na Wikipedii mówi się o "wybranych" kompozycjach. Ale zrobię za Was szybką matematykę. Urodzony w Wałbrzychu twórca może się poszczycić następującym dorobkiem, nazwijmy to, "partyturowym" (nie-piosenkowym):

1. Dwanaście dzieł orkiestrowych
2. Dziewiętnaście kompozycji na instrumenty solowe i orkiestrę
3. Szesnaście kompozycji wokalno-instrumentalnych
4. Muzyka do pięćdziesięciu dziewięciu przedstawień teatralnych i baletowych
5. Muzyka do jedenastu spektakli Teatru Telewizji
6. Muzyka do czterdziestu sześciu filmów
7. Muzyka do dwudziestu sześciu seriali
8. Muzyka do siedmiu filmów krótkometrażowych
9. Muzyka do czterech filmów animowanych

Przypadek lub nie: to równo DWIEŚCIE KOMPOZYCJI. Pomyślcie tylko. Dodajmy do tego utwory, które Dębski "zamachał" jako dyrygent oraz obszerny dorobek jazzowy (tu odsyłam do rankingu najlepszych polskich płyt XX wieku, który opublikowaliśmy równo rok temu). Piszę o tym po to, żebyście, a właściwie żebyśmy wszyscy raz na zawsze coś zrozumieli. Bo my tu się od wielu lat podniecamy, że Krzesimir, że Polish Songbook, że Szkoła Polskiej Piosenki, że cośtam. Oprzytomnijmy. Nie ma żadnego Krzesimir-popu, nie można tego rozpatrywać w tych proporcjach. To że Dębskiemu chciało się napisać w życiu kilka "popowych" kawałków to w jego drodze artystycznej sprawa ważna DLA NAS. Bo lubimy stężenie melodyki, repetycję urodziwych fraz, nagromadzenie boskich hooków, kochamy funkowy groove, taneczny bit i elektryczno-elektroniczną instrumentację. Dla K.D., zakładam, jest to marginalna ciekawostka, coś uroczego, zapewniającego poklask mas. Uniesienia, jakich być może doznawał stając oko w oko z muzycznym absolutem, są dlań zapewne gdzie indziej.

Nie zmienia to faktu, że "Przenikam" łączy w sobie dwie bardzo ważne dla mnie idee muzyczne, na których punkcie których od wielu lat mam obsesję graniczącą z obłąkaniem. Wpierw polifoniczne podejście do motywiczności, czyli nawarstwienie jak największej ilości symultanicznie funkcjonujących melodyjek w obrębie jednego przebiegu akordowego. W kulminacyjnym momencie tego kawałka na słuchawkach doliczyłem się pięciu przeplatających się linii: główny wokal (no comments), backing wokal (jakaś zjawa, chora harmonizacja puszczona od tyłu czy co... trochę się tego boję), bas grający sławny hook "w poprzek", który często nucę w myślach (rywalizuje z "Bez Dopingu" w krajowym rankingu synth-basów ever), funkująca gitarka w prawym kanale, no i ten bezlitośnie chwytliwy klawisz z zaprogramowanego arpeggiatora ("to jest nie do zagrania"). I teraz: w finale powtarzanie tego schematu w nieskończoność, "do wyczerpania zasobów", na tej samej zasadzie co Loveless, "One More Time" czy ostatnie 1.5 minuty "PLNY II". Konkretnie po to, żeby wyzyskać wręcz religijną, modlitewną jakość z repetycji w popowej formule. Połączenie obu elementów owocuje dla mnie owocowym freskiem o sile rażenia bomby wodorowej. "DZIEKUJĘ DOBRANOC" ("Osiemnastka").

"Stan" to nieco inna parafia i generalnie szczytowy, krańcowy paradoks zjawiska zwanego potocznie "progresywnym popem", nie tylko w Polsce. Bowiem utwór ten otwiera "obiektywnie" najbardziej skomplikowany pasaż w dziejach "muzyki przebojowej", zwykle pomijany lub upraszczany przy wersjach coverowych z tak prostego powodu jak pochód akordowy "nie do wysłyszenia" i stąd "nie do zagrania". Jednocześnie jeśli "Przenikam" to "B.O.B." – gęsty, wielowymiarowy, kinetyczny faworyt garstki erudytów, to "Stan" byłby w takiej paraleli "Hey Ya!", ulubieńcem tłumów, hitem rozpoznawalnym i ochoczo nuconym przez miliony naszych rodaków. A to ze względu na niespotykaną wręcz nośność wyciśniętą z tak wielu zmian harmonicznych w refrenie – do punktu, w którym ostatecznie dla sophisti-fanatyków ten refren wydaje się nawet odrobinę zbyt ordynarny i populistyczny. Ta burza w szklance wody ma w sobie z definicji coś niemożliwego, ironicznego i diabelsko przebiegłego – właśnie ten numer, który najbardziej wśród Krzesimir-popowych dokonań aspiruje do piętrowych muzykologicznych analiz, oczarował statystycznych odbiorców najefektywniej, omamił ich, zaczarował. "Zagadką pozostanie".

Być może znaczną rolę w komercyjnym sukcesie hitów Anny Jurksztowicz odegrał jej wyśmienity, idealnie funkcjonalny wokal. Może przysłużyły się wyborne teksty Jacka Cygana – wniknięcie wewnątrz nieuchwytnej, zmiennej duszy kobiety w "Przenikam" i sławna meteorologiczna metaforyka zastosowana do opisu wzlotów i upadków w relacjach damsko-męskich w "Stanie Pogody". Warto jednak pamiętać, że pop który Dębski wykreował dla swojej żony na Dziękuję, Nie Tańczę to – jak być może żaden inny polski pop – pop autentycznie jego własny i przez to nasz, POLSKI. Zamiast naśladowania światowych trendów, zamiast "gonienia Zachodu", Pan Krzesimir postanowił po prostu czasem wyluzować się od koncertów skrzypcowych, preludiów i oratoriów. I przy okazji trochę się rozerwać. –Borys Dejnarowicz

posłuchaj "Przenikam" »

posłuchaj "Stan Pogody" »


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018