Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Powracające po trzech latach z nowym krążkiem hip-hopowe bohaterki z Seattle zachwyciły mnie już w styczniu premierowym utworem "Recognition", którego kosmiczny refren mógłby z powodzeniem odnaleźć się na trackliście Until The Quiet Comes Flying Lotusa. Drugie w kolejności, tytułowe "EeartEE" nie ustępuje "Recognition" w niczym, ale jeszcze bardziej uzależnia swoim sennym vibem oraz narkotyczną produkcją godną wyjadaczy z Brainfeedera czy Stones Throw niż oficyny Sub Pop, do której przynależy duet THEESatisfaction. Dziewczyny czarują mnie tak, jak czarowały na debiutanckim AwE NaturalE, a partnerujący im Shabazz Palaces, Porter Ray oraz Erik Blood zgrywają się z nimi znakomicie, choć nie goście są tutaj najważniejsi. Prawdziwym cymesem jest znowuż refren, który swoim wyrafinowaniem i subtelnością odsyła mnie do twórczości nieodżałowanej ekipy Sa-Ra Creative Partners. Nie obraziłbym się za tak szalone i eklektyczne dziełko na kształt albumów Sa-Ra, wygrywające w cuglach ze znakomitym debiutem AwE NaturalE. Premiera krążka już w tym miesiącu, a ja zaciskam kciuki, bo warto! –J.Marczuk
Jedną z głównych zalet produkcji, która inauguruje współpracę 18-latka ze Szkocji z wytwórnią Soulection, jest to, że nie pozwala się nudzić. Sam przyznaje, że poprzez "Temple" chciał złożyć hołd swoim inspiracjom i wypełnić te kilka minut jak największą ilością pomysłów. Zdecydowanie to słychać. Młodzian zręcznie żongluje różnorodnymi stylistykami, nie tracąc przy tym na koherentności, a na ołtarzu wykreowanej przez niego dźwiękowo "Świątyni" co chwila pojawia się nowa postać współczesnej elektroniki. Pierwsze zapowiedziane wydawnictwo – Short Stories – ma stanowić podróż opowiedzianą przez pięć zwięzłych, lecz jednocześnie eklektycznych gatunkowo historii, ale już po pierwszym kawałku widać, że nawet w obrębie jednego tracka Gellaitry jest w stanie umieścić całkiem sporo muzycznych opowiadań. Moje ulubione? Pojawia się chwilę przed rozpoczęciem trzeciej minuty utworu, kiedy Szkot łagodzi atmosferę, nakładając na przenikające "Temple" synthy kolejną działającą kojąco melodię, by niedługo później wspomóc bongosy hand clapami i soczystym basem. Zagraj to jeszcze raz albo nawet i kilka razy, Sam – widzimy się już niedługo na premierze EPki. –P. Ejsmont
Sam Obey postanowił zwolnić tempo. Jak mówi Faderowi, w hołdzie swoim ulubionym balladom r&b i w walce z nadmiernie wykręcanymi prędkościami radiowych songów. Rezultatem jest ten kawałek pilotujący nadchodzące Merlot Sounds EP – podzielona analogicznie do “Fallin” na część zasadniczą i rozciągające się outro –piosenka-ołtarzyk, odsączona z rozbuchanej zazwyczaj produkcji tego koleżki z Brooklynu. Ostatecznie charakterystyczne napięcia kompozycji jednak tutaj przeważają, przywodząc na myśl, nie bez zasadniczego udziału Anthony’ego Flammii, jakiś porywający się na autentyczność, usherowsko-prince’owski, emocjonalny drenaż. Jak ten kierunek ma się do całości materiału, przekonamy się już niebawem. –K.Pytel
Nie tak dawno pojawiły się wieści, że Guillermo Scott Herren, znany przede wszystkim jako Prefuse 73, pod którym to monikerem wydał w ubiegłej dekadzie kilka świetnych albumów z eksperymentalnym, instrumentalnym hip hopem, w tym roku wyda kolejny. No właśnie. Na przestrzeni lat muzyka P73 zaczęła zmierzać ku dość nieokreślonemu centrum, które coraz mocniej skupia w sobie wątki z pobocznych odsłon Herrena. “Infrared” być może dlatego nie powinno być zaskoczeniem. Nie pamiętam jednak za bardzo, aby producent ten kogokolwiek w taki sposób gościł featuringiem. To już pełnoprawna piosenka rozpięta między działaniami Thundercata, Samphy i Taylora McFerrina, i przyznaje, że też całkiem obiecująca. Podąża ku konkretowi, który przyjmę z otwartymi ramionami, jeśli wypełni w takiej formie cały album (a będą też w tym roku dwie EP-ki). Z mieszanymi uczuciami, ale na obecną chwilę łapka w górę dla tego pana. –K.Pytel
Informacje płynące z obozu Modest Mouse nie nastrajają jakoś szczególnie optymistycznie. Wiemy już, że efektów słynnych sesji z Big Boiem na nowym krążku nie uświadczymy, a i odsłaniane kolejne kawałki tortu w postaci efektownie wypuszczanych singli stricte materiałowo już takie efektowne nie są. Ciężko wyzbyć się wrażenia, że mamy tu do czynienia z równią pochyłą. O ile "Lampshades On Fire" intrygował fajnym hookiem w chorusie, a "Coyotes" bronił się głównie ze względu na klimat – po części nawiązując gdzieś tam do aury debiutu – to "The Best Room" jest zwyczajnie nijaki, sprawiający wrażenie odkurzonego po latach odrzutu z We Were Dead. Wciąż wierzę, że z tej mąki będzie chleb, lecz coraz więcej znaków podpowiada mi, że prawdopodobnie Modest Mouse podzielą los D-Planu i nagrają płytę przyzwoitą, jednak poniżej swych możliwości. –M.Lewandowski
Tak jest, to ta cnotliwa niewiasta z pękającego w szwach od intelektualnego napięcia reality show Ekipa z Warszawy. Jakby komuś dalej nic się nie kojarzyło — to ta od Trybsona. Więcej już nie potrafię pomóc, bo sam w zasadzie trafiłem na ten kawałek przez główną stronę YouTube'a. No cóż, kliknąłem, bo taki już jestem, choć dobrze wiedziałem kto zacz. Ale okej, słucham, wchodzi wymęczony saksofonowy motyw, a zaraz potem dresiarski beat wraz z Elizą. Taki polski "Problem" Ariany Grande, tylko znacznie bardziej cebulowy, nadający się idealnie do wielkomiejskiego klubu odwiedzanego przez chłopaków odzianych w ortalion i niewylewające za kołnierz dziewczyny z ordynarnym makijażem. I uwierz Elizko, że gdy tak sobie myślę o tej muzycznej próbie, automatycznie "wmawiam sobie, że jesteś chujowa", itp., ale jednak okazuje się, że to wcale nie taki fatalny song. Może podrasowany chórkami refren do zjawiskowych nie należy, to jednak nie można powiedzieć, że nie zostaje w pamięci. Serio, czemu wszystkie te nachalnie promowane polskie produkty (i nie chodzi mi wyłącznie o muzykę stricte komercyjną) nie mają przynajmniej takich chorusów? "Ale to nie o tym, nie o tym, nie o tym była mowa", więc wróćmy jeszcze do saksofonu, bo pod tym topornym motywem da się znowu odnaleźć fajne pady klawiszy. A gdy wchodzi funkowa gitara, najlepiej słyszalna tak gdzieś na wysokości 2:30, to robi się już całkiem ciekawie, rzekłbym, że nawet synergia się wkrada. Także chcąc nie chcą, muszę sprawiedliwie przyznać, że na uzależnienie nie ma szans, ale i tak blondyna się wybroniła. –T.Skowyra
Dziwnie ogląda się ten klip. Wiadomo, że przy takim bicie zwykle leci nawijka o dziwkach, hajsie i koksie, tymczasem tutaj mamy jedenastoletnią Sophię Grace, która rymuje o swojej najlepszej przyjaciółce, a zamiast wyjebanych, drogich samochodów, imprez z wódą lejącą się strumieniami i gołych dup w każdym kącie, mamy przebieranki w gronie dziewczynek, wycieczkę do sklepu z ubraniami, więcej przebieranek, powrót z zakupów z torbami, potem wspólne robienie makijażu, i żeby nie było monotonnie — dziewczynki cały czas tańczą między ujęciami. Wygląda to trochę jak nakręcona na potrzeby najmłodszych wersja Spring Breakers, puszczona w antenowym czasie wieczorynki w Stanach. Wiecie, coś takiego jak szampan Piccolo, który dzieci piją na Sylwestra, żeby móc choć odrobinę poczuć się dorosłym, więc na pewno z socjologicznego punktu "Best Friends" jest zajmujące. Ale żeby nie było — to całkiem kozacki swag-track, bo mała Sophia śmiga po quasi-musztardowym bicie jak pro, właściwie robiąc ten numer. Serio, rzadko kiedy udaje się odnaleźć tyle melodyjnych wokali w podobnych produkcjach. Tak że jeśli ktoś mnie zapyta, na kogo stawiam w przyszłości: na Tinashe, Arianę, Ritę czy Iggy, ja powiem: "Daj spokój, ja tam wolę jakieś młode z podstawówki" –T.Skowyra
Nie pytajcie mnie, jak rozumieć fenomen Tedego. Ja nie mam pojęcia, podobnie jak nie jestem do końca pewien, co sądzę o Kanye Weście. Wiem tylko, że raperowi z Warszawy dużo bliżej teraz do autora Yeezusa niż do jakiejkolwiek z jego poprzednich fascynacji (Jay Z, Rick Ross, no, podstawcie sobie tu kogo chcecie). Jest zatem dość... nietypowo. Jest pstry podkład, są też dość poważne rozkminy podane w komiksowej (4chanowej?) formie. Tylko nadęcia aż takiego nie ma, choć z drugiej strony kim trzeba być, żeby śpiewać DO Władimira Putina? A czy to dobre jest? Nie wiem, ja nie wiem... –K.Michalak
Londyński producent Hiko Momoji zapowiada swoją debiutancką epkę całkiem uroczym, choć niepozornym kawałkiem, na który zaprosił amerykański duet Father & Abra, na co dzień związany z Awful Records. To znaczy, że jest trochę rapowo, ale brzmienie Late Nights to coś innego niż Twój everyday trap. Mi ten kawałek kojarzy się z zespołem mum, który jakimś cudem poszedł w r&b, a także z tymi bardziej zrelaksowanymi podkładami Kitty (być może za sprawą delikatnego wokalu Abry). Nie wiem, czy będzie z typa kandydat na listy roku, ale chyba warto mieć na niego oko. –K.Michalak
"Doda NAGO na koniu!" alarmowały serwisy plotkarskie zapowiadając nowy singiel samozwańczej królowej. Spoko, tylko każdego w miarę ogarniętego słuchacza średnio takie pierdololo obchodzi. Ja również "nie paczę" tylko słucham i to co usłyszałem okazało się niezwykle intrygujące. Po obiecującym "Wkręceni (High Life)" Doda zdaje się iść śmielej w kierunku miękkiego popu i trudno tego nie propsować. Wreszcie nie ma darcia ryja znanego z Virgin i z czasów ostatniego LP. I choć samo to byłoby podstawą do łapki w górę, to chciałbym zwrócić uwagę, że naprawdę fajnie zrobiony jest ten wałek od strony producenckiej i nie miałbym nic przeciwko, gdyby takie oblicze miał przybrać polski mainstream w 2015 roku. –K.Bartosiak