Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nie wiem czy Westkust zwiastuje skandynawską ofensywę na mgławe salony shoegaze’u, wiem za to, że "Swirl" to pozycja obowiązkowa dla wszystkich sympatyków gatunku. Szwedzi zgotowali tu zaprawiony tauryną, bulgoczący od kłusujących melodii i spazmujących motywów wywar z MBV, "Teen Age Riot" i najżwawszych fragmentów debiutu Alvvays. Ten kipiący charyzmą, pędzący kawałek jest jak ulotny powiew wolności, jak dźwiękowy zamiennik lotu kradzionym odrzutowcem w losowym kierunku. Niedługo longplay, po cichu liczę więc na jakiś shoegaze roku. –W.Chełmecki
"DEMOCRACY CONVERSATIONS ! TAMILS ARE STILL WAITING ! AND NO MY BEATS ARE NOT BETTER WITHOUT MY POLITICX", krzyczy M.I.A. w opisie swojego pierwszego od dwóch lat kawałka. Mnie osobiście jej polityczna krucjata ani ziębi, ani grzeje, ale z takim postawieniem sprawy pełna zgoda - jeśli usuniemy ideologiczną nadbudowę, ten bit nie będzie nawet odrobinę lepszy. Trzeba by go nagrać od nowa. –K.Michalak
Sernik z chili
Składniki:
120g sera ricotta
120g kremowego sera kanapkowego
50g kremowego sera z koziego mleka
1 jajko
1 łyżka cukru
1 słodka, czerwona papryka
1-2 papryczki chili
50g dżemu morelowego
sól i pieprz
Przygotowanie:
Nagrzewamy piekarnik do 180C, a w tym czasie wykładamy tortownicę folią aluminiową i opalamy słodką paprykę, aby łatwiej się ją obierało. Miksujemy wszystkie sery z jajkiem, solą i pieprzem, a następnie dodajemy pokrojoną w cieńkie plasterki słodką paprykę i poszatkowaną papryczkę chili i mieszamy ręcznie. Tak przygotowaną masę przekładamy do tortownicy, którą umieszczamy w większej formie wypełnionej wrzącą wodą, tak by sięgała to 3/4 wysokości tortownicy i wstawiamy wszystko do piekarnika na 60 minut. Po godzinie uchylamy dzrzwiczki piekarnika i zostawiamy sernik do całkowitego wystygnięcia, a następnie dekorujemy dżemem morelowym. Miłych snów! –K.Michalak
Polski producent nie zwalnia tempa. Oczywiście, w kontekście wypuszczania nowych rzeczy, ale po kolei. Po znakomitym zeszłorocznym longplayu (który zajął w naszym podsumowaniu najlepszych płyt roku dziewiąte miejsce) i równie udanym sofomorze, Bartosz Kruczyński znowu daje pokaz swojego talentu i zdolności. Jego najnowsza propozycja to przepiękna, monumentalna dualna kompozycja, która, jak mówi tytuł, została poświęcona Europie. Mimo to wyłaniający się początkowy motyw natychmiast każe szukać odniesień w tradycji muzyki minimalistycznej, zwłaszcza w Reichu, którego echa brzmiały już przecież w nagraniu "Łazienki Park". Cały wątek muzyczny, ubrany w połyskującą warstwę produkcyjną (mam jakieś skojarzenia z Tangerine Dream), wypełnia połowę kompozycji, bo w drugiej części cały tok wnika w marzycielską, ambientalną aurę w duchu (nie w stylu, ale W DUCHU) bvdub, wybornie uzupełniając całość. A wszystko to oznacza, że Phantom potwierdza swój kunszt i klasę, nie pozostawiając złudzeń, kto obecnie rządzi w polskiej (a tak właściwie nie tylko polskiej) muzyce.–T.Skowyra
Reprezentant PC Music rozsadza kolejny utwór, a zajmuje mu to nieco ponad dwie minuty. Mam wrażenie, że ten Ninjamix, to tylko jakieś niezobowiązujące ćwiczenie, w które Maxo nie włożył zbyt wiele wysiłku i zrobił je tak po prostu, od niechcenia, gdzieś na boku w wolnym czasie. Tylko co z tego, skoro nawet takim drobnym produkcyjnym świecidełkiem gość pokazuje, że zbyt wielu typów nie może się z nim równać, jeśli chodzi o mieszanie ścieżek. Czekam na jakąś większą rzecz z niecierpliwością, zwłaszcza, że część ekipy A. G. Cooka niedawno ogłosiła wydanie długogrających krążków. Więc nie ociągaj się Maxo, proszę cię ziom.–T.Skowyra
O dupa, ale ten Lindstrøm zamiata. No i wow, to już trzy lata od nudnego Six Cups Of Rebels, czas pędzi jak pojebany. Ciągle mam z tyłu głowy ten ciążący na dorobku Norwega zawód miłosny. Było po drodze na szczęście klika rehabilitacji i niby nie mam powodów by się droczyć. Z ostatnich, to kilka miesięcy temu zrobił dziewczynom z Say Lou Lou “Games For Girls”, najlepszy, w zasadzie jedyny warty uwagi ich kawałek. Mimo wszystko się podroczę, chcę krzyczeć "wincyj!!!", bo gdy wchodzi pianino na wysokości 6:08 to trzęsie mi się łza na rzęsie i chciałbym jedynego w swoim rodzaju disco tego typa w większej, longplejowej dawce. –M.Hantke
Od "Call Me Maybe" i wydanego na fali sukcesu singla albumu Kiss minęło już trochę czasu. Carly Rae Jepsen chodziło pewnie o dopilnowanie, by nie było wątpliwości, że kolejna piosenka również stanie się ogólnoświatowym przebojem, a Kanadyjka nie będzie zapamiętana jako one-hit wonder. Zaprzęgnięci do pomocy Jacob Kasher i Peter Svensson (tak, ten z Cardigans) nie bawili się w żadne subtelności i postawili na radosny, niepowstrzymany wybuch refrenu. Jest to wszystko oczywiście bardzo chwytliwe, a tekst odpowiednio repetytywny (słowo "really" pojawia się w nim 67 razy), tak żeby każdy był go w stanie szybko zapamiętać, ale brakuje jakiegokolwiek wyróżniającego ten kawałek elementu, jakim w "Call Me Maybe" były np. charakterystyczne smyki. Efekt jest taki, że podczas gdy poprzedni hit czarował niewymuszonością, to nowy próbuje wbić nam hook do głowy i nieustannie przypomina wybijającym się na pierwszy plan beatem, że mamy zacząć tańczyć i zapomnieć o wszelkich mankamentach. –P.Ejsmont
Całkiem niedawno zarzuciłem Ghersiemu zachowawczość w konstruowanych przez niego podkładach, tymczasem wenezuelski twórca przy okazji nowego wałka Amerykanki nie tyle udowadnia, że jego producencki status na rynku nie słabnie, co po prostu wreszcie daje próbkę na miarę swojego nieprzeciętnego talentu. Oczywiście nie ma tu mowy o radykalnych ruchach, bo warstwa instrumentalna "A Message" jakoś szczególnie nie odbiega od tego, co Alejandro robił już wcześniej – na luzie mógłby to być podkład sklecony na potrzeby Twigs. Całość intryguje jednak na tyle, bym mógł stwierdzić, że Arca godnie zastąpił Kingdoma na fotelu producenta i wcale nie jest wykluczone, że w dłuższej perspektywie współpraca Ghersiego z Mizanekristos okaże się równie owocna. –M.Lewandowski
Na wysokości "Wunder-Baum" Graniecki jeszcze wyraźniej daje do zrozumienia, że jego fascynacja Hovą nie jest już tak silna, jak to dawniej bywało, i na obecnym etapie zdecydowanie bliżej mu do typów z Migos. W zasadzie trudno tutaj mówić o jakichkolwiek niedociągnięciach, bo ten sklejony przez Micha wyczilowany bit nie dość, że potwierdza ogarnięcie typa, to jeszcze przede wszystkim daje przestrzeń Granieckiemu do perfekcyjnego balansowania flow. Takimi trackami jak "Wunder-Baum" warszawski raper potwierdza swoją czołową pozycję w krajowej rap-grze i jakoś wcale nie zapowiada się, by nadchodzący album miał tę supremację zakończyć. –M.Lewandowski
Trzeci po ”Unhappy” i ”Crisis” fragment zapowiadający Dream A Garden ma jak dotąd chyba najsłabszą siłę rażenia i zdecydowanie najmniej konkretną postać, ale, podobnie jak ”Cherry Coffee” na Cut 4 Me, ciągle byłby to wspaniały closer. Obie ballady zbudowane są zresztą wokół niemal identycznego maszynowego pulsu, o ile jednak produkcja u Keleli opiera się na przejrzystości i chirurgicznej precyzji, tak tym razem rozlewa się ona plamą ciepłego mleka z miodem. Najbardziej ujmuje mnie pewien, powiedzmy, potencjał tymczasowości tego kawałka, i gdy go słucham, lubię sobie fantazjować, co by było, gdyby tak rozmazać go jeszcze bardziej, i jak głośne zostałoby po nim echo. –L. Bielińska