SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje singlowe 2000-2009

1 listopada 2010





Őszibarack
Skirts Up!
[2004, EMI]

Őszibařackowi chybä najbliżej spöśród rodzimych zéspołów dö Noviki, pödobną stylistykę řéalizują oni jednäk ž większą wszechstronnością. Dla przečiętnegö zwolennika Izy Lach czy Ramoñy Réy mogą być za bardzo alteřnatywni, dla fana Ścianki žaś ža mäło skůpieni na äbsüřdach. Głupio, bo zdařzyło się wrocławianom kilka peřéłek (polecam także ñiecöver "Sürfin Safari"). Jeśli čhödži o "Skirt's Up", to tym kawałkiem ñie rewélačyjnie, alé ůdañie przéniesiöno Mouse On Mars na polski grunt. Spytacie, čžy jest senß zapraszać sžwäbów na nasze święte ziemie, skoro zazwyczaj ßami się pchäją. To témat na dłůższą dysküsję, tymčzasem pösłüchajcie se. –Jędrzej Michalak

posłuchaj »



Perfume
23:30
[2009, Tokuma Japan Communications]

Gwiazdki J-synthu nawet b-side'y miały kapitalne. Y. Nakata został uznany dopiero w tym roku (o ile za uznanie uznamy oficjalny remiks Kyle i częsty koweraż na Porcys), ale produkuje sobie już od dość dawna; gdyby nie porażony refleks zachodniego pisania o płytach, popularne "Wpół Do Dwunastej" katowalibyśmy już u zarania 2009. Bóg wie, że powinniśmy byli, jako że, co nietrudno przeoczyć, piosenka jest wypchana beztroskim luksusem po same uszy. Syntetyczna harfa, bez ogródek obrazująca leisure cór klasy średniej, wraz z bębnami o słyszalnym luzie naciągu, dostarcza nam komfortowej balladki o płaskim, rozciągniętym szkielecie, na potrzeby którego ukułem naprędce termin "burżuazyjny shoegaze"; będącej bardziej dziewczęcą wariacją na temat Cibo Matto z poczuciem Pharrella gdzieś z tyłu. –Mateusz Jędras

posłuchaj »



Pijani Powietrzem
Fotki
[2002, Universal]

To jest jakaś afera międzynarodowa. Fokus circa Kinematografia to raper, który był pretendentem do tronu jak nikt na świecie: precyzyjny, obdarzony idealnym głosem; zapisano o tym tysiące stron. Projekt Pijani Powietrzem już od otwierających "Fotek" wzbudził szok. Tak się tego nie robiło w tym kraju; ani to psychorap, ani ulica, ani Warszawa. Więcej, ten pogięty, drill'n'basowy podkład z niepokojącymi smykami to było coś, czego w Polsce wtedy mało kto słuchał, a co dopiero pod to rapować. Na dodatek Śliwce z częstochowskiego Ego głos drżał na tle tego futurystycznego podkładu tak, że stanowił idealny kontrapunkt dla Fokusa, obwieszczającego w rok po śmierci Magika, że "ponad tym był". Zalążki na legendę po legendzie były jak się masz. Jak doszło do tak absolutnej degrengolady w szeregach tej ekipy, gdzie każdy kolejny album sprawia niemal fizyczny ból i ląduje jeśli nie w koszu, to w śmiesznych plikach – pojęcia nie mam. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »



Pinnawela
My Man
[2008, Sony Music]

Zdarza się Paulinie Przybysz pojękiwać, niepokojąco wydzierać oraz walić po uszach polglishem – a mimo to kawałek zachwyca elegancką (ale nie wypindrzoną) produkcją i udanym, niewysilonym spiętrzaniem narracji. Jasne, że nie jest to "prawdziwy" soul, i to mimo wystąpienia murzyna w teledysku (heh), ale wiele więcej niż tu w tej dziedzinie białasy osiągnąć nie mogą. –Jędrzej Michalak

posłuchaj »



Płomień 81
Powiedz Na Osiedlu
[2005, Konkret Promo]

Uważam, że podsumowanie dekady dotyczące albumów polskich jest między innymi z tego powodu ciekawsze od podsumowania płyt ze świata, że można trochę łatwiej pochwalić wykonawców, względem których narosły czasem niesprawiedliwe legendy. Płomień 81 to jest wielki paradoks: raper, który jest ceniony w mainstreamie i w podziemiu, wśród studentek i na ulicy, w duecie z jego dokładną (jeśli chodzi o estymę) odwrotnością. Żartów o Onarze powstało już prawie tyle, co o Żarym, zresztą niebezpodstawnie. I właśnie to jest kuriozalne – świetny raper z przeciętnym zachrypniętym raperem, ale w życiowej formie wydają płytę na świetnych bitach (w tym konkretnie utworze Kociołek, najbardziej niewyzyskane cudowne dziecko polskiego rapu, duży kaliber), w której przybierają śmieszne pozy, Pezet na teledysku macha łapkami i coś tam bełkocze o Mandarynie, jakieś uliczne crew trzyma zdjęcie brata (też kuriozalne swoją drogą – w utworze "Jestem przeciw" z tej samej płyty Pezet atakuje policję że "zamknęli mu brata za blanty", "nie ma cienkiej linii między ganją a crackiem, wiesz, jeśli jest to między piwem a denaturatem też"), a Małolat na swoim własnym albumie przechwala się, że "zaczął tu od handlu herą"). Ogółem istnieje zawsze problem akceptacji takich wyskoków po dwóch klasycznych (i poważnych) Muzykach, natomiast przepracujmy to, i okaże się, że ten kawałek, jak i cała płyta, to sporo dobrej zabawy, a nawet jeśli jest tylko cienka linia między tymi wytokami, a Hemp Gru, to właśnie ona decyduje o sporej klasie. –Łukasz Łachecki

posłuchaj »



Sondre Lerche
Phantom Punch
[2007, Astrawerks]

Norweski Todd Rundgren w kapitalnej formie. Bogaty i hojny, błyskotliwie rozdziela muzyczne i pozamuzyczne "fantomowe uderzenia": zaczyna z bitelsowska, w midtro sypie głosami ptasząt (od 1:39; i styl śpiewania kojarzy się trochę z Andrew Birdem). "Bydlęta klękają", Sondre rwie z kopyta (1:58), leciwą melodykę koktajlowego jazzu wprowadzając markowanymi ciosami indie rockowego brzmienia, aż się wszystko (precyzyjnie) rwie i (stylowo) sobą dławi. Na końcu zaś numer rozpada się jak ciśnięta o scenę gitarra. Na domiar dobrego jakieś bliskie optymalnemu skupienie materii dźwiękowej w "Phantom Punch" występuje, bo wymienione składniki skutkują jędrnym, zgrabnym i pogodnym wymiataczem, którego słucham w nieskończoność. Coincidentio oppositorum pierwiastka żeńskiego i męskiego, czy coś. I jeszcze ten wprowadzany przez "rustykalne" sample – to już sprawa zupełnie indywidualnych skojarzeń – klimat, odsyłający moją wyobraźnię do Toma Jonesa, ale spokojnie, tego z Fieldinga/Richardsona. Wrzosowiska, pistolety skałkowe, napad na dyliżans wiozący Fab Four, ucieczka z łupem, zacieranie śladów inspiracjami coraz bliższymi współczesności. Taki fantomowy klip fanowski do "Phantom..." mi się w głowie wyświetlił. –Andrzej Ratajczak

posłuchaj »



Shaznay Lewis
Never Felt Like This Before (Phones Volt Version)
[2004, London]

RemindsMeOfYou
3 lata temu
"Wow! I didn't really think of that! The music has always reminded me of Christmas! :-P".

Wow, czyli nie tylko ja po każdym odsłuchu myślę o cynamonie, śniegu i piernikach. Są pewnie dwa powody – raz że przefiltrowane wokale brzmią jak ze zdartego winyla i przypominają girlgroups z 50s/60s, a więc łatwo przypomnieć sobie przy okazji Brendę Lee. Drugim jest ciepło tego kawałka i jego "skoczność", więc amerykańskie christmas party albo chociaż kubek kakao w ręku całkiem nieźle tu pasuje. "Never Felt Like This Before" w oryginale było leniwą, typowo brytyjską pioseneczką, przypominającą dokonania niezliczonym girlsbandów, na czele z rodzimym All Saints. Jak to się więc stało, że w remiksie Phones Volt ten niepozorny utwór zaczyna być naładowaną hookami torpedą? Ciężko powiedzieć, ale trzeba przyznać, że podkręcenie tempa z niby wyklaskanym rytmem dało melodii wokalu zastrzyk energii, fragmenty acapella zbudowały napięcie, ciepły groove basu nadał całości charakteru, a oszczędne progresje akordów wielopoziomowości. Setny raz na repeacie. –Kamil Babacz

posłuchaj »



Roger Sanchez
Another Chance
[2001, Dance Pool]

Wszyscy powtarzamy, że Stardust, że Modjo, podobny patent, dwa rozpoznawalne klasyki gatunku, ale kiedy ściągamy kolejne utwory Justina Fausta, w równym stopniu inspirowane french housem, co łagodnym trancem, to ciężko nie pamiętać o tym, że "Another Chance" jest najdoskonalszym przykładem tego połączenia. Utwór o równym potencjale rozkręcania imprez, co polegnięcia na kanapie. Tu pewnie nie za bardzo jest co rozkminiać – słuchana odpowiednio głośno to parkietowa bomba – start/stopy, zacinający hi-hat, głęboki i miękki bas, ale Roger Sanchez to pieprzony emocjonalny manipulant – sentymentalna, nienudząca się efektownie rozchwiana pętla wokalna, która mogłaby być irytująca, gdyby nie była podbita takim beatem, góry i doły, powiewy nadziei i ślady nostalgii powodują, że tańcząc można odczuć lekkie uniesienie. "Another Chance" to jeden z tych przebojów, których przez osiem kolejnych lat bezskutecznie wypatrywałem. –Kamil Babacz

posłuchaj »



Sia
Breathe Me
[2004, Universal International]

Nie wiem, czy to wpływ ostatniego odcinka Six Feet Under, w którym pierwszy raz usłyszałem ten utwór, czy siła samego utworu, ale wzrusza mnie on nie mniej, niż "Hurt" w wersji Casha. "Breathe Me" jest przecież mistrzostwem poruszającej, patetycznej kompozycji. Zapamiętywalny motyw na pianinku, początkowo z brutalną oszczędnością skontrastowany ze smutkiem Sii, stopniowo rozwija się wraz z uzupełnieniem go o kontrabas, osiągając właściwy początek wraz z wejściem perkusji. Sia, która cały czas śpiewa o problemach z samą sobą, samotności, potrzebie bezpieczeństwa, wraz z wejściem refrenu, czyli apelem o przyjaciela, zostaje wsparta przez najsilniejsze narzędzie wzruszeń – partię smyczkową, spod której przebijający się, znany nam klawiszowy motyw brzmi jeszcze bardziej przygnębiająco niż na początku. Ale to nie koniec: po łagodnym wyciszeniu,emocjonalność powraca z całą siłą – Sia odsuwa się na bok, pozwalając dramatycznym smykom, podkreślonym pompatycznym uderzeniom w talerze, przejąć całą uwagę. I czy świadomość, że to patetyczny wyciskasz łez, z pełną premedytacją wykorzystany w Six Feet Under w momencie najmocniejszego zderzenia się z przemijalnością i śmiercią, pozwala się od niego zdystansować? Może i byłoby łatwiej, gdyby nie było to tak ładne, a przy tym skrojone w idealnych proporcjach. –Kamil Babacz

posłuchaj »



Siny feat. Jot
Hip Hop Art
[2000, Blend]

Historia tego kawałka jest dość mocno niecodzienna i załóżmy, że to właśnie jej niezwykłość zadecydowała o nie znalezieniu się tego świetnego utworu w gronie top 100 polskich singli dekady. Po pierwsze, Sinemu udało się znaleźć dwóch sprawnych beat-makerów w miasteczku wielkości Polkowic. Po drugie, przekonał Magierę (tak, tego Magierę!) do pracy (właściwie: dopracowania) nad samplem z NoMeansNo (tak, tego NoMeansNo!), podczas gdy połówka Whitehouse'u obrabia zazwyczaj zupełnie inne brzmienia. Dalej, akurat w tamtym czasie Blend był pod mocnym wpływem (wręcz zależnością) gości z Rockersa czy Anteny Krzyku, którym podobno opadła szczęka, gdy usłyszeli loop wyciągnięty z repertuaru kultowej kapeli. Szczęście to jedno, ale bez dobrego tekstu, charakterystycznego głosu/ekspresji Sinego i bardzo udanej kontrybucji Jota nie byłoby hitu, który jest, nawet jeśli tak mało osób o tym wie. Wiedzcie więc i wy! –Jan Błaszczak

posłuchaj »


Strona #1    Strona #2    Strona #3    Strona #4    Strona #5

BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!