RECENZJE
Dumplings

Dumplings
No Bad Days

2014, Warner Music 2.9

Zespół The Dumplings jest tego rodzaju fenomenem (obok chociażby tego znanego piosenkarza estradowego), wokół którego wybuchła wrzawa dzięki "internetom". I tu przyda się mądrość: "z internetów powstałeś, w internety powrócisz". Z tymi nie ma żartów, bo tak jak dzieci wyczuwają fałsz i NIE WYBACZAJĄ. Tyle, że właśnie nic takiego nie miało miejsca i trochę tego nie rozumiem. "What part of that didn't you understand"? Otóż panie White, gdyby ludzie byli się połapali, to fala hejt-komentarzy spowodowałaby, że o "nowej nadziei polskiej elektroniki" zapomnielibyśmy tak szybko, jak o Joli Rutowicz. Oczywiście NIKOMU takich komentów nie życzę — po prostu dostrzegam tu pewne "błędy systemu". Albo co bardziej prawdopodobne — jestem naiwny, bo system już dawno został zarobaczony i zawirusowany, więc chyba faktycznie wszystko odbywa się zgodnie z prawem.

Wokół całej sprawy przeszedłbym obojętnie (dałbym radę), gdyby nie dość znacznie przekraczająca poziom absurdu recepcja No Bad Days. "Młodzi i zdolni" (Joey Bada$$ pozdrawia), "nagrali album w kilka tygodni" (Nigga, Please Please Me), i dalej "nowoczesny pop", "śmiałe eksperymenty" "powiew świeżości", "obranie właściwej drogi"?! Sorawa, ale gdzieście byli jak wyszło D.A.I.S.Y. Rage? Albo Cut 4 Me? Let Go? Nie wspominając już o Stealth Of Days, które nie tylko zjada Pierogi bez resztek, ale w porównaniu z debiutem Dumplings jawi się nieograniczonym i nieogarnialnym kosmosem, oddalonym od małego punktu nie o kilka dni, ale o miliony lat świetlnych. Albo przejdźmy na poziom piłkarskich paraleli: jeśli za Jensen Sportag podstawimy dokonującą blitzkriegu reprezentację naszych zachodnich sąsiadów, to w tym układzie Dumplings staną się niewyrobioną kadrą biało-czerwonych. Zaraz mi tu wytkną, że "cudze tak bardzo chwalicie (żeby nie było, że "zrobiliśmy laskę Amerykanom"), a swego nie znacie (znamy, niestety)", ale co ja mogę?

Jeśli ktoś nastawiał się, że nie będzie mógł zliczyć hooków na inspirowanym synth-popem lat osiemdziesiątych krążku No Bad Days i do tej misji przygotował sobie coś do pisania, kartkę i maszynę liczącą, to od razu grzecznie zapytam takiego kogoś: na chuj ci kalkulator z tyloma zerami? Dobra, rozwieję wszelkie wątpliwości: hooków tu nie uświadczymy. Dobrych piosenek czy kompozycji też nie (ani jednej). W ogóle zatrzymajmy się przez moment przy tym drugim aspekcie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio słyszałem (tak, przesłuchałem ten albumik Dumplings w całości i to kilka razy) zestaw tak przeciętnych, miałkich, nudnych, bezbarwnych, jałowych, ubogich, przewidywalnych do bólu, pozbawionych błyskotliwości i dobrych melodii i wreszcie nijakich "kompozycji" (btw, co musi się dziać na Yoko Eno?). Bo co można powiedzieć o "Słodko-słonym ciosie" chociażby? Cztery dźwięki, toporny bit, trochę klawisza, właściwie brak refrenu (co, był?) — to ma być kompozycja? Błagam.

Najgorsze jest to, że te patenty są w każdym kawałku. Czy weźmiemy prościutki jak salutujący szeregowiec "Man Pregnant" (Junior Boys my ass!), melancholijny "Waiting For The Summer", ze żrąco-trująco-chamskim basem, od którego "znów mam doła" lub dopełniający zbrodni kulawym, 8-bitowym motiwykiem "Betonowy las", efekt jest zawsze ten sam. Nawet potencjalny singiel "Technicolor Yawn", to tylko nużący, klawiszowy skrawek bez cienia przebojowości. A w dodatku pojawiają się rzeczy jeszcze bardziej pogarszające sytuację, takie jak na przykład dramatycznie słabe użycie smyczków pod hardy bit w "lodowato-skandynawskim" (musi być) "Everything Is A Circle". Tak ambitne przedsięwzięcie jak "How Many Knives", gdzie duet inkorporuje (a raczej stara się) "dubstepową rytmikę", delikatnie ujmując, też nie robi wrażenia. Nie dziwcie się więc, że wokal sympatycznej przecież Justyny Święs na tłach Jakuba Karasia w ogóle do mnie nie przemawia, no bo jak? Teksty i "sprawę polsko-angielską" przemilczam, bo też jestem człowiekiem.

Mógłbym jeszcze wrócić, ciągnąć to dalej i wytykać, że "Freeze", "Nie słucham", czy właściwie cały longplej brzmią jak napisane bez pomysłu szkice czy trochę podrasowane w studiu demówki (produkcja Bartka Szczęsnego to chyba jedyny pozytyw No Bad Days, ale to za mało, bo "żeby nagrać płytę nie wystarczy wejść do studia"), a bonusowy "Sunny Day" to niedomagająca klisza Crystal Castles (How lame is that?), ale po co? Bo widzicie, ja nic do tych dzieciaków nie mam, niech sobie tam robią swoje i "niech sobie świecą jak halogen", tylko dajmy sobie już spokój z tymi "nadziejami", "świeżością", "nowoczesnością" i przestańmy o tym mówić, ok? Zrobicie to dla mnie?

Tomasz Skowyra    
28 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie