PLAYLIST

Gesu No Kiwami Otome
"Ryokiteki Na Kiss Wo Watashi Ni Shite"

8.5

I proszę, nie po raz pierwszy STAJE MI… Przychodzi mi stawać przed czytelnikami i zajawiać się krajem kwitnącego popu. Bo i też nie po raz pierwszy wakacje w anglosaskim, zachodnim popie mijają z poczuciem zmarnowanego sezonu, niewykorzystanego potencjału, wielkiego rozczarowania. Nie po raz pierwszy "przeboju lata" w zamerykanizowanym świecie zwyczajnie nie było, a te aspirujące do owego miana "wolałyby nie wiedzieć, co o nich sądzimy". Nie po raz pierwszy nikt nic nie zapamięta, nic nie przetrwa, "nie przejdziemy do historii"; będzie tylko (...zasłyszałem ostatnio) TAKE MONEY AND THE RUN. Huh. By sparafrazować Moza z tytułowego kawałka na jego nowej, zaskakująco zresztą odważnej tekstowo płycie: "Western pop is none of your business / So would you kindly keep your ears out / The rich must profit and get richer / And the poor must stay poor". Trafiony, zatopiony.

Ale dla odmiany nie po raz pierwszy W SUKURS miernemu od jakichś 7 lat atlantyckiemu mainstreamowi idzie AZJA, i to z całą zajadłością, konsekwencją i charyzmą Azji Tuhajbejowicza. Azja pod postacią J-Popu, K-Popu, T-Popu, Mandopopu i Cantopopu (aczkolwiek HK-pop, pop chiński w sensie historycznych Chin, wydaje się adekwatniejszą etykietką; nadal fantazjuję o stricte komunistycznym w przekazie komercyjnym popie z ChRL), a czort wie jeszcze ile krajów ma swoje odpowiedniki. "Niewaaażne, zostawmy to" (Jacek Jońca). I znów Wojtek zasypuje mnie linkami, i znów czuję przegrzanie systemu, znów nasycenie roztworem treści bywa zbyt odczuwalne (młodszy kolega pewnie zaraz napisze o takiej innej skośnej kapelce, że przegięli). Nie musicie zatem grzebać w dyskografii jednak art-fusion-smooth-spazz-core'owej formacji Gesu no Kiwami Otome ("roughly translated 'height of cocksucker maiden'" HAHAHA; w skrócie [?!] Gesuotome), bo zrobiłem to za Was i więcej tak nośnych, centralnie hitowych fragmentów tam nie uświadczycie.

Klikniecie (-ęliście już?) sami, ale sądzę, że "猟奇的なキスを私にして" (według Google po polsku to "Ze mną całować psychotyczne" - how cool…) to przewrotna odpowiedź na pytanie dlaczego Uncanney Valley nie wniosło nic do mojego życia i do żyć wielu innych osób również. Niby wibracje D-Planu czuć na kilometr, ale są to wibracje w znacznej mierze wyimaginowane lub wynostalgiowane, bo ostatnio na płycie "innego zespołu z Waszyngtonu" (lol) były obecne tak z 13 lat temu, hej. Albo inaczej: podobnie jak chwalone na tych stronach kapele w rodzaju Sotaisei Riron czy Tokyo Jihen, w swoim tegorocznym singlu Gesuotome brzmią jak animowana krzyżówka 12 Rods i Deerhoof. Plus, podobnie jak najznakomitsze przejawy japońskiego rocka z minionej dekady, kawałek ten cechuje niezwykle niski burnout factor. I chociaż jego progresywne zawijasy nie są dla każdego, to w moich notatkach plasuje się on w dotychczasowej czołówce singli z 2014. Jeśli chcecie, nazwijcie to (qu)easy listening. A w najgorszym wypadku przynajmniej zerknijcie na fajny teledysk.

Borys Dejnarowicz    
23 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2019: R.I.P.
10 najlepszych płyt 2019