RECENZJE

FKA twigs
LP1

2014, Young Turks 7.3

Nie pamiętam zbyt dobrze okoliczności pierwszego kontaktu z muzyką twigs, ale pamiętam, co wtedy myślałem. Mniej więcej w tym samym czasie coraz głośniej zaczęło robić się o Keleli, na horyzoncie pojawiły się SZA, Banks i Tinashe, więc wszystko zaczynało się układać w logiczną całość. I o ile przy debiucie Keleli mimo wszystko starałem się szukać tak wielu punktów wspólnych ze spuścizną r&b jak to tylko możliwe, tak w przypadku LP1 jest to zadanie nazbyt karkołomne, by do końca mogło się bronić. W tym miejscu w sukurs przyjść powinny internety, które przecież poradziły sobie jakoś z nazwaniem i skatalogowaniem chillwave'u. Ale o ile tamta nazwa w mocno intuicyjny sposób po prostu oddawała na najprostszym poziomie istotę sprawy, tak łatki pokroju spłycającego sprawę "indie r&b", nieprzetłumaczalnego kulturowo "pbr&b" czy zwyczajnie durnego "hipster r&b" mogą budzić jedynie politowanie. Odniosła się do tego sama artystka, ale bardziej od deklaracji "fuck indie r&b" spodobała mi się celna konstatacja, że gdyby twigs nie była mulatką tylko blondynką z niebieskimi oczami, to nikt nie pisałby o r&b w kontekście jej nagrań.

Inna sprawa, że łączenie niewątpliwego jednak renesansu r&b w nowej formie z hipsterami to w ogóle beka zasługująca na odrębny esej (Weeknd to nie cała scena, wiecie), ale dajmy już spokój. Wracając do twigs: ubiegłoroczne EP2 było przystawką ciekawą, ale dla niektórych pewnie nieco ciężkostrawną. Przymioty z tamtego okresu doskonale odnajdą się i teraz i to mimo sporych zawirowań w kontekście producenckim. Mroczny erotyzm skierowany wręcz w kierunku s&m ("Papi Pacify") był czymś świeżym, ale wydawało się, że po tym, co panna wyczyniała tam w wideo, temat został wyczerpany. Na drodze do longplaya była jeszcze intrygująca współpraca z inc. Intrygująca głównie dlatego, że pod pewnymi względami LP1 to mentalny spadkobierca introwertycznej myśli przewodniej z no world. Bracia Aged wielokrotnie podkreślali, jak wielką rolę w ich nagraniach odgrywa szeroko rozumiana strona duchowa. Ten specyficzny mistycyzm powraca na debiucie Barnett w jeszcze wyraźniejszej formie. Już we wprowadzającej w klimat eterycznej mimikrze piosenki "Preface" pojawia się wiele mówiący cytat "I love another / And thus I hate myself", nieoficjalny tytuł tego albumu i jego oficjalne motto.

Oczywiście cynicy mogą się zżymać na mało imponującą głębię przemyśleń Barnett, która w swoich tekstach często odnosi się do swojej związanej z tańcem egzotycznym przeszłości. Jednak celowe niedookreślenie pewnych wątków paradoksalnie tylko sprzyja odbiorowi LP1. Teksty twigs zyskują na dwuznaczności – nigdy nie możemy być do końca pewni, czy chodzi jej o miłość, seks czy narkotyki ("Two Weeks"). Najważniejsze, że cały czas obracamy się w obrębie tematów istotnych!

Przekaz przekazem, ale o wyjątkowości tego debiutanckiego longplaya w jeszcze większym stopniu przesądza różnorodność i otwartość brzmieniowa. Wiem, że liczne grono sympatyków trzymało kciuki za kolejne efekty współpracy twigs z Arcą, ale producent współodpowiedzialny za sukces Yeezusa pojawia się tu w marginalnej roli. Tym razem głównego rozgrywającego na polu muzycznym brak, więc trudno myślami nie wracać do podobnie przecież mixtape'owego w konceptualnym zamyśle Cut 4 Me. I tu pojawia się magia, bo jeśli ktoś nie dysponuje dokładną rozpiską producentów, to stawiam dolary przeciwko orzechom, że za pierwszym podejściem nie odróżni numeru Ghersiego od tego za który odpowiadają Dev Hynes albo Sampha.

Inspiracje r&b – jeśli można je w ogóle wskazać – ograniczają się raczej do sfery wizerunkowej (hello Aaliyah w video do "Two Weeks"). Styl LP1 odsyła bardziej w kierunku, ja wiem, trip hopu, dreampopu, post-dubstepu i sceny basowej? Widzicie, sam nie wiem, bo np. "Hours" to jakiś przeczołgany przez pole minowe Mandalay, a Hynes chyba słusznie napisał, że na takie rzeczy świat zwyczajnie nie jest jeszcze gotowy. Nie jest też raczej gotowy na moją ulubioną odsłonę twigs na debiucie, czyli Jamesa Blake’a remiksującego inc. w "Pendulum", najbardziej poruszającym osobistym lamencie jakiego nigdy nie nagra Lana del Rey. Ascetyczny hymn introwertyków ery późnego Internetu? Wszystkim nam tego życzę.

Nie potrafię wskazać na tej trackliście słabego ogniwa. Do czarno-białego świata twigs pasuje zarówno dreampopowe "Closer", jak i mroczne "Give Up" z najbardziej zaraźliwym hookiem (refren!) jaki słyszałem od dawna oraz wyborne "Kicks", którego nie potrafię określić innym zwrotem niż mało parlamentarne "next level shit".

LP1 nie jest płytą skomplikowaną w odbiorze, choć na pewno na swój sposób wizjonerską. Nic nie poradzę, że w wielu momentach tego albumu na myśl przychodzi mi Aaliyah i to nie tyle ze względów stricte muzycznych, ale bardziej przez styl i sposób dzielenia się emocjami. Barnett w wielu miejscach udowadnia niebanalny talent wokalny, a jej aksamitny timbre znakomicie radzi sobie zarówno kiedy bez żadnych wspomagaczy wychodzi na pierwszy plan ("Pendulum"), jak i w utworach o bardzo różnym tempie, kiedy głos bardziej dopełnia obrazu całości. Jeśli dacie się porwać tej eterycznej otoczce i przyjmiecie zaproszenie do świata twigs, to prędko nie będziecie chcieli z niego wychodzić.

 

Kacper Bartosiak    
13 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie