SPECJALNE - Ranking

Porcys's Guide to Pop: Addendum

30 września 2019

MILTON NASCIMENTO

wykonawca

Miejsce:
Rio de Janeiro, Belo Horizonte, Três Pontas.

Lata aktywności:
1962-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Milton Nascimento, Fernando Brant – twórca tekstów, koledzy z Clube Da Esquina, Josino Brito Campos i Lília Silva Campos – rodzice zastępczy.

Dlaczego właśnie on?
Czołowa postać, ambasador, jeden z filarów Música Popular Brasileira. Po stopniowym skolonizowaniu bossa novy i samby przez amerykański pop, jazz i lounge, wraz z Clube da Esquina tchnął w muzykę brazylijską (i światową) nowe życie. Nascimento to jednocześnie pop-rockowa melodyka Beatlesów, dążenie do jazzowych komplikacji i strzępy niezidentyfikowanego, lokalnego folku, pieśniarstwa Indian oraz afrykańskich niewolników; kameralna, harmoniczna, jazzowo-popowa samoświadomość nieustannie siłuje się z ludyczną, dziką swobodą, a parareligijność jego pieśni mieści w sobie konflikt między niepisanym mistycyzmem amazońskich duchów, a tradycyjną religią kościelną. Nascimento wyraża po prostu swoje zżycie z bogatym, różnorodnym muzycznym ekosystemem Minas Gerais (i – po raz kolejny – Clube de Esquina). To otoczenie znane i obce: Stary i Nowy Świat, cywilizacja i dzikość, koloniści, niewolnicy i tubylcy, miasto i puszcza, ścisła struktura bossa novy i samby oraz niespisane, tradycyjne pieśni. Z tym przedziwnym, egzotycznym komunikatem dotarł do świata i w latach 70. stał się międzynarodową sławą MPB, człowiekiem-instytucją, "bywalcem stadionów", uosobieniem wykwintności brazylijskiej muzyki (oraz, niestety, ignoranckiego określenia "world music"), źródłem ożywczej inspiracji dla wielu jazzmanów i poptymistów.

Dziura w stogu siana:
Nie wiem. Może pewna monotematyczność? Bądźmy poważni: czego więcej oczekiwać od artysty, który z perspektywy przeciętnego Europejczyka czy Amerykanina, wyczarował "oddolnie", "znikąd" swoją niepodobną do niczego muzykę? Raz wymyślona trzecia droga, oryginalna melodyka, już do końca będzie trwałym pomnikiem, który ma prawo nie poddawać się rewolucyjnym zmianom – taka jej funkcja.

5 esencjonalnych kawałków:
"Travessia", "Maria Maria", "Tudo Que Você Podia Ser", "Clube Da Esquina"(wraz z braćmi Borges), "Cravo E Canela".

Przypięty tweet:
"Well, my mom told me she saw me coming out of an aircraft (...)".

Płyta, której wstyd nie znać:
Obie części Clube Da Esquina, ale ze stricte solowych poleciłbym Minas i Milagre Do Peixes.

Influenced by:
samba, mikroklimat Minas Gerais, francuski chanson (który słychać zwłaszcza w początkach kariery, na przykład na "Travessia"), tropicália, jazz rock, prog rock, psych rock, jazz (Miles Davis, John Coltrane) i rock, Nat King Cole, bossa nova, The Beatles (cover "Norwegian Wood" na Minas mówi sam za siebie), europejska poważka, przyjaciele i koledzy z Clube da Esquina (czyli "wspólnota"), Ray Charles, The Platters, Yma Sumac, Ella Fitzgerald.

Influence on:
Nowa fala jazzu połowy lat 70. (kto komu bardziej pomógł na Native Dancer?), zwłaszcza fusion z Patem Methenym na czele, Herbie Hancock, progresywny pop (i poptymistyczna druga fala indie), Animal Collective i Panda Bear, Floating Points, Maurice White, Four Tet, poszukujący, mainstreamowy pop.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Lô Borges, Flávio Venturini (i całe Clube da Esquina), Ronaldo Bastos, Fernando Brant, Wayne Shorter, Paul Simon, Duran Duran, Herbie Hancock, River Phoenix, Eumir Deodato, Cat Stevens, Toninho Horta, George Duke, Wagner Tiso, Quincy Jones, Heitor Villa-Lobos, Pat Metheny, Ron Carter, Sarah Vaughan, Jack DeJohnette, Nana Vasconcelos, Jon Anderson, James Taylor, Werner Herzog, Peter Gabriel.

Coś jeszcze?
W 2008 roku pożar archiwów Universala strawił dużą kolekcję jego nagrań.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Instagram

–Jakub Bugdol


MISSY ELLIOTT

wykonawca

Miejsce:
Portsmouth, Virginia, USA.

Lata aktywności:
1989 (powstanie girsbandu Fayze znanego potem jako Sista) do "teraz".

Kluczowe postaci i ich wkład:
Melissa Arnette Elliott – raperka, wokalistka, producentka, kompozytorka (nie zapominajmy o tym, że pisała kawałki między innymi dla SWV, Whitney Houston, Mary J. Blige czy zwłaszcza dla Aaliyah), ale też ikona stylu czy po prostu popkultury. No i oczywiście stojący blisko niej niemal na każdym etapie kariery bitowy futurolog Timbaland, bez podkładów którego szaleńcza charyzma Missy nie mogłaby eksplodować.

Dlaczego właśnie ona?
Bo nie ma ważniejszej kobiety dla hip-hopu od Missy. Bo razem z Timbą odpaliła bombę, która zrewolucjonizowała nie tylko rap, ale właściwie cały mainstream. Bo niczego się nie bała, miała wyjebane na mody i trendy, nie oglądała się na innych, a to mocno podobało się jej koleżankom po fachu + wiele młodych dziewczyn zachęciło do spróbowania swoich sił w rapie czy r&b. Poza tym Misdemeanor potrafi nawijką zniszczyć niemal każdego rywala w mgnieniu oka, a do tego ma doskonałego nosa do bitów, bo przecież gdyby nie pozwalała Timbalandowi na wszystkie te konszachty hip-hopu z elektroniczną awangardą, to dziś w tym miejscu byłby ktoś zupełnie inny. Pamiętajmy też, kto miał udział w stworzeniu majstersztyku "One In A Million"!

Dziura w stogu siana:
Jej "eklektyczna" dyskografia jest naprawdę mocna, ale znajdą się w niej mniej wciągające wałki ("moim zdaniem... według mnie... kilka niedociągnięć jest..."), ale to Iconology było jej tak potrzebne... (..."Kilka niedociągnięć? A gdzie tu są dociągnięcia?").

5 esencjonalnych kawałków:
"The Rain", "You Don't Know", "Get Ur Freak On", "Work It", "It's Real".

Przypięty tweet:
Missy Elliott > T.S. Eliot > Elliott Smith > Joe Elliott > Sam Elliott > Billy Elliot > Eliot Ness.

Płyta, której wstyd nie znać:
Supa Dupa Fly będący, historycznie rzecz ujmując, początkiem pewnej pięknej historii w mainstreamie, ale jeśli nie znacie Miss E... So Addictive to też WSTYDZIOCH.

Influenced by:
Prince, Janet Jackson, Mary J. Blige, Salt-N-Pepa, Queen Latifah, Madonna.

Influence on:
Lil' Kim, Nicki Minaj, M.I.A., Beyoncé i Destiny's Child, Ariana Grande, Ciara, Kelis, Azealia Banks, Amerie i jeszcze cała lista dziewczyn siedzących w rapie, ale żeby nie było: sporo raperów-młokosów bankowo wychowało się i zna na pamięć jej debiut, a i Justin czy Chance The Rapper na pewno kojarzą kawałki swojej starszej koleżanki.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Timbaland, Aaliyah, Sista, 704, Tweet, Monica, Tha Truth, Total.

Coś jeszcze?
Tak, kilka spraw: w 2005 pojawiła się informacja, że Robert De Niro nakręci film biograficzny o raperce, ale jakoś nic z tego nie wyszło. Podobno Missy przestała palić jointy, gdy osiągnęła sukces i zgarnęła dużo hajsu. Klip do "She's A Bitch" kosztował 2 mln dolarów (a przypomnę, że było to w 1999 roku!) i jest jednym z najdroższych teledysków ever. Debiutancki LP został nagrany w zaledwie tydzień, a w tym roku Missy i Justin Timberlake zostali doktorami honoris causa Berklee College of Music.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Tomasz Skowyra


MODEST MOUSE

Modest

Miejsce:
Bazowo Oregon, miasto dziwne, ale w taki gówniany sposób, jednak w kontekście czym jest ten zespół, grzechem byłoby nie wspomnieć o każdej ubłoconej przyczepie kempingowej, o każdym podrzędnym barze z klejącą się od tłuszczu ladą i o każdym, nawet najmniejszym amerykańskim trakcie, po którym ciągną przeciążone ciężarówki z kierowcami, którzy sukcesywnie dzień po dniu przegrywają wojny z samotnością.

Lata aktywności:
1993-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
  Jest to jeden z tych zespołów oscylujących wokół magnetycznej postaci charyzmatycznego lidera. Mówisz Modest, odpowiadam Brock. Mówisz Isaac, ja mówię jeden z najlepszych gitarowych wokalistów, jakiego nosiła w swej łaskawości ziemia. Desperackie łkanie człowieka balansującego na granicy załamania nerwowego. Neurotyczne wrzaski i rozdzierające momenty, w których wszystko, co trzymało go jeszcze jako tako przy życiu, rozpada się na tysiące kawałków, zostawiając go osamotnionym w obliczu katedralnej ciszy czekającej na jego drżące głoskiodbijające się echem od gorzkich leniwych gitar. Isaac porzucony, przeżuty i zniszczony za młodu przez Amerykę snuje swoje historie o nocach spędzonych na przydrożnych parkingach wiecznie rozświetlonych neonami obskurnych moteli. O kowbojach okupujących kolejki pustynnych monopoli i o ludziach z wielką zaciętością oddających się istotnemu zadaniu zapicia się na śmierć w towarzystwie śnieżących się telewizorówIsaac lubi pławić się w toksynach autodestrukcji, lubi nieoczywiste, pełne zgryźliwej ironii metafory, lubi brud i cholernie dobre teksty. Wyświęca na wielowymiarowych bohaterów ludzi publicznie pogardzanych, wyśmianych i pozbawionych godności, zaludniając nimi świat zdeformowany w formie magicznego realizmu żywcem wyjętego z filmowego Florida Projectw którym dla odmiany ktoś nagimi paznokciami obdarł tynk z różowej farby, zbombardował pobliski Disneyland, a to co się z tego wszystkiego ostało, dla większego efektu wysmarował gównem. Mimo przebijającej się ze wszech stron negacji oraz stosunku – że tak powiem łagodnie – krytycznego wobec rzeczywistości, Brock był, jest i będzie empatycznym herosem nadającym w swoich tekstach zdehumanizowanym przez kapitalizm i popkulturę grupom społecznym – wszelkim odmianom white thrashów, rednecków i podstarzałych hipisów – upragnione człowieczeństwo – nieważne jak bardzo byłoby ono paskudne.

Dlaczego właśnie on?
W tym przypadku powodów mogą być tysiące, ale dla mnie jest tylko jeden i nazywa się The Moon & Antarctica. I nie wierzę. Mówię to głośno. Nie wierzę w słuszność wysnuwanej przez Isaaca metaforyki księżyca i Antarktydy jako jedynych miejsc na świecie, w których człowiek może odpocząć od reklam wdzierających się w każdą sferę jego życia. Ta płyta jest czymś więcej. Księżyc i Antarktyda to przestrzeń. Niekończąca się majestatyczna przestrzeń wyzuta z ludzkich uczuć i empatii. Jednolity, przytłaczający swoją niedostępnością i ogromem alternatywny świat, w którym jedynym prawem, jedynym celem, jest dojmujący chłód i izolacja. Rok 2000. Nowa wytwórnia. Krystaliczna produkcja. Duże pieniądze. Odwrót zespołu od niskobudżetowych korzeni. Decyzja, aby nadać koncepcyjny sznyt całości, a wraz z tym naczelny temat współczesnego Hioba staczającego się nieuchronnie w otchłań absolutnego nihilizmu. Już sam początek płyty, naznaczony radosnym akcentem pełnego ufności wyznania wiary w siłę wyższą. Wypełniony zaawansowaną kosmologią. Opleciony metaforyką zjadającego własny ogon uroborosa narodzin i śmierci. Początek, który z instrumentalnie wykorzystanej ekspozycji, z pastoralnej sielanki wymienianych nonszalancko nazw i abstrakcyjnych znaczeń (nieistotne, jak bardzo wysublimowanych) w mgnieniu oka otrząsa cię z przeintelektualizowanych rojeń, brutalnie ściągając na ziemię, stawiając cię twarzą w twarz z czymś tak dosadnie osobistym – życiowym, granicznym. Z zawiązaniem akcji. Ze śmiercią nienarodzonego dziecka. A każde następujące po tym słowo, każda następująca po tym wydarzeniu piosenka jest tylko tego wszystkiego palącą konsekwencją. Nieudolną próbą przetrawienia bolesnej traumy przez dwójkę dorosłych ludzi*. Pędzącym kursem kolizyjnym w stronę kosmicznej katastrofy. Jest gryzącym sumieniem. Postępującą entropią. Rozpadem. Próbą eskapistycznej ucieczki w odmęty pamięci i zasnutego mgłą dzieciństwa. Serią niekończących się wzajemnych wyrzutów. Kłótnią, krzykiem. Sadystycznym obrzucaniem się poczuciem winy. Powolną śmiercią coraz trudniejszego życia obok siebie. Alienacją i wzajemnym niezrozumieniem. I może gdzieś tam jeszcze tli się nadzieja na lepsze jutro, gdy ostatnim tchem "Lives" wskrzesza z siebie cieplejsze barwy gitary. Że to nie koniec, że jeszcze jeden krok i wszystko się ułoży, skończy dobrze. Że istnieje tu jeszcze szansa na przebaczenie, pojednanie, ściśnięcie sobie dłoni jak na okładce, ale gdy wkrótce następuje ostateczny upadek zatracający resztki tego, co jeszcze czyniło głównego bohatera istotą ludzką. Gdy zostajemy sami z pozbawionym najmniejszych emocji głosem intonującym "And in this life like weeds / You're just a rock to me", to nie potrafię uwierzyć w istnienie ludzi, którzy po przejściu całej tej epopei nie czują się po czymś takim wewnętrznie skurwieni.

*Manchester By The Sea.

Dziura w stogu siana:
Brock traktujący Bukowskiego jako poważnego pisarza (+ pierwsze cztery demówki, których łącznie z muzykami nikt nigdy nie przesłuchał).

5 esencjonalnych kawałków:
"3rd Planet", "Trailer Trash", "The World at Large & Float On", "Broke", "King Rat".

Przypięty tweet:

Modest Tweet

Płyta, której wstyd nie znać:
Papizm czy luteranizm? Ananas czy klasyczna z grzybem? Moon & Antarctica czy The Lonesome Crowded West? Uliczne walki ciągną się do dzisiaj, ale odpowiedź na ten dylemat może być tylko jedna: wiadomo, że Moon, heretyckie dranie.

Influenced by:
Captain Beefheart, Built To Spill, Fugazi, Guided By Voices, Jane's Addiction, Pavement, Pixies, Sunny Day Real Estate, Talking Heads, The Flaming Lips, Tom Waits.

Influence on:
Porcys, Car Seat Headrest, Titus Andronicus, Baby Carrot, Future Islands i każdy mały lub większy alternatywno-gitarowy zespół po 2000, który chciałby powrzeszczeć, że na ogół w życiu to mu się źle dzieje i dlaczego Natalka nie chce odpisać.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Ugly Casanova.

Coś jeszcze?
Po przypieczętowaniu okresu lo-fi nagraniem poprockowego utworu idealnego i wytłumaczeniu nam, o co w życiu właściwie chodzi, Isaaca jak Lenina powinno się żywcem zalać formaliną i postawić na widoku publicznym w jakimś szklanym domku w Oregonie, z nieprzerwanie tlącym się zniczem i morzem kwiatów pod ołtarzem. I powiem bez kozery, że pomimo wielu wad kocham każdą nową płytę wydaną po tym kanonicznym pochodzie rozpoczynającym się od samotnego zachodu po dziwne wąsy na MTV. Prościej mówiąc, kocham czasy, które nastąpiły po Good News, ale ta cała mistyka utworzona wokół zespołu, wielkość i wyjątkowość z każdym rokiem i z każdą kolejną płytą niestety karleje. Gdy Księżyc i Antarktyda to było doświadczenie wychodzące daleko poza klasyczny odbiór, mające w sobie coś z kabalistycznego czarnoksięstwa i sekciarskich rytuałów, to ostatnim czasem zespół wydaje się coraz bardziej nierelewantny w stosunku do tego, co dzieje się z otaczającym go światem. No ale cóż, taki parszywy los. Czy dzierżąc w rękach gitarę bycie aktualnym wciąż jest możliwe? Czy to dziura w stogu siana? Dziura w stogu całej rzeczywistości, cholera. Wina po stronie Brocka wydaje się nieobecna.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Michał Kołaczyk


NINA SIMONE

Nina Simone

Miejsce:
USA; w późniejszych latach żyła i występowała w kilku krajach europejskich.

Lata aktywności:
1954-2003.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Eunice Kathleen Waymon – pseudonim przyjęła z szacunku do matki, w hołdzie francuskiej aktorce Simone Signoret oraz pod wpływem swojego chłopaka, który miał zwracać się do niej per Nina.

Dlaczego właśnie ona?
Bo swobodnie mieszała sacrum z profanum, splatając piosenki o czysto rozrywkowej proweniencji z klasycyzującym warsztatem, jazzową improwizacją i gospelowym rozmachem, tworząc w ten sposób trudny do uchwycenia, unikatowy styl muzyczny. Bo jej kreatywne na tak wielu poziomach (regulacja barwy, ekspresja, sprawność w operowaniu kontrastami) interpretacje zrewolucjonizowały horyzonty wokalne kolejnych pokoleń artystów – i nie że jakieś vocal-jazzowe pierdy, tylko Lennon, Bowie, Fraser albo Dulli, by wymienić jakiś maciupeńki ułamek. Bo – niezależnie czy śpiewała o trudnej miłości, czy o czymś wielokrotnie bardziej skomplikowanym – to się to, kurwa, czuło. Z przyzwoitości dodajmy, że robiła to wszystko pomimo krępującego kontekstu bycia czarną kobietą w przedemancypacyjnej Ameryce. Jakieś pytania?

Dziura w stogu siana:
Przy tak obszernym dorobku z zasady trudno oddzielić ziarna od plew – tym bardziej, gdy czają się w nim takie smaczki jak nagrany pod naciskiem wytwórni album z reggae.

5 esencjonalnych kawałków:
"I Loves You Porgy", "Sinnerman", "Four Women", "Lilac Wine", "Pirate Jenny".

Przypięty tweet:
"What's the matter daddy, come on, save my soul".

Płyta, której wstyd nie znać:
Wild Is The Wind.

Influenced by:
Bessie Smith, Sarah Vaughan, Billie Holiday, Nat King Cole, Jacques Brel, Charles Aznavour, klasyka od szkoły wiedeńskiej po romantyzm, z dużym naciskiem na Bacha.

Influence on:
Każdy, kto używa głosu w celach innych niż opowiadanie rasistowskich żartów, bo paru coucherskich przygłupów akurat mogła zainspirować.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Nie ma: Nina Simone to muzycznie postać niesąsiadująca z nikim, co przez lata wprawiało krytyków w spore zakłopotanie.

Coś jeszcze?
Miała silne przekonania dotyczące roli artysty w społeczeństwie, jego obowiązku przedstawiania cierpkiej rzeczywistości bez pudrowania niewygodnych faktów w imię prywatnych korzyści. Po dziś dzień – całkiem słusznie, dodajmy – uchodzi za wzorzec artystycznego nonkonformizmu ze względu na swoje zaangażowanie w kwestie dyskryminacji na tle rasowym czy płciowym.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Wojciech Chełmecki


OVAL

wykonawca

Miejsce:
Darmstadt, Niemcy (20 minut koleją od Frankurtu nad Menem).

Lata aktywności:
1991-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Spiritus movens digitalnych operacji w komputerowym studiu to Markus Popp. Do 1995 roku towarzyszyli mu Frank Metzger i Sebastian Oschatz (zresztą wpierw trio jeszcze wtedy nastoletnich, mieszkających pod jednym dachem muzyków, funkcjonowało jako regularny "rockowy" band).

Dlaczego właśnie on?
Popp jest zawsze przedstawiany jako jeden z pionierów muzyki glitch, czyli stylu elektroniki inkorporującego różne cyfrowe trzaski, cyknięcia i inne zakłócenia fal dźwiękowych. Słusznie, bo chociaż praźródeł tej metody należałoby pewnie szukać w eksperymentach kompozytorów z kręgu awangardy elektroakustycznej, to Popp (początkowo z pomocą Metzgera i Oschatza) umiejętnie zaadaptował je do zasad obowiązujących w muzyce popularnej, gdzie ważną rolę odgrywają współbrzmienia, melodyka i repetycyjność. Innymi słowy facet przecierał szlaki i eksplorował "pola eksploatacji dźwięku" na przecięciu takich rejonów jak ambient, minimalizm, elektroakustyka czy "emotronika", by ostatnio na zaskakującym powrocie Popp pokusić się o odpowiedź "nie wprost" na stosunkowo niedawne mikro-samplowe błyski EDM spod znaku wonky/purple-sound.

Dziura w stogu siana:
Podobnie jak u Autechre, Fennesza, Pole i paru innych okolicznych GZYMSÓW – kiedy trzaski, zgrzyty i chrzęsty ("szumy, zlepy, ciągi") totalnie dominują jakiekolwiek pozory "tonalności", to trochę zaczyna to być "muzyka do czytania", a ja wiecie, lubię sobie posłuchać.

5 esencjonalnych kawałków:
"Do While", "Textuell", "ai", "Panorama", "untitled (4)".

Przypięty tweet:
"What I do is not art, it is file management".

Płyta, której wstyd nie znać:
94 Diskont, a właściwie stanowiący jego połowę, dwudziestoczterominutowy utwór "Do While", który niejako żyje w tym kontekście własnym życiem – bo istotniejsze jest to, do czego Popp tutaj doszedł, niż to, skąd konceptualnie wyruszył. Opierając się na zapętlonym i przetworzonym skrawku sampla wykorzystanego już wcześniej w nagraniu "Kardamom" z pierwszej płyty Oval pod tytułem Wohnton, Popp kreuje panoramę, która chociaż prowokuje do wielu różnych asocjacji (dźwiękowe zilustrowanie procesu działania układu nerwowego albo mechanizmu osmozy?), to ostatecznie musi kojarzyć się z wodą. Dla mnie "Do While" brzmi jak nocna, letnia kąpiel w otwartym basenie. Wokół cisza, ani żywej duszy, idealny spokój. W zatrzymaniu tej przyjemnej chwili budzi się coś donioślejszego, jakieś złudzenie nieśmiertelności, wrażenie niepowtarzalnego "tu i teraz", wrażenie pełni życia. To coś znika, gdy pseudo-suita dobiega końca, ale gdy jeszcze trwa, ciężko oprzeć się takim przeczuciom. Pozostałe, znacznie krótsze fragmenty (zauważmy format zaczerpnięty z rocka progresywnego) intrygują na poziomie intelektualnym, aczkolwiek brak im emocjonalnego kopnięcia "Do While", brak im tej idyllicznej poświaty, brak im duszy. Gdyby ktoś odważnie określił "Do While" mianem doniosłej kulminacji dwudziestowiecznego dialogu człowieka z technologią, nie mrugnąłbym okiem.

Influenced by:
Hmmm... Proto-elektroniczny Stockhausen, oktofoniczny Cage z milowego "Williams Mix", błogi Reich na "Music For Mallet Instruments, Voices, And Organ", instrumentalny Eno, cukrowy Cluster, Metal Machine Music Reeda, idylliczny Kraftwerk circa Ralf & Florian, Plux Quba Nuno Canavarro, wczesny Aphex Twin. Trzeba przyznać, że dość solidny zestaw.

Influence on:
Fennesz, Tortoise, Jan Jelinek, Matmos, Dorine Muraille, P73, Vespertine Björk... Natomiast nie do końca chodzi tu o przerzucanie się nazwami "na ilość", bo esencją wkładu Poppa w elektronikę jest uświadomienie "jak działa jamniczek" oraz że wbrew naiwnie utopijnym wyobrażeniom, zerojedynkowy zapis CD też podlega uszkodzeniom. Też byłem wśród nawróconych. Wiele lat temu moja ex często oddawała mi porysowane płyty i to co na nich potem słyszałem kojarzyło mi się jednoznacznie z "remixem Oval". That's cultural impact!

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Kolaboracje: So z Eriko Toyodą oraz Microstoria z Jankiem Wernerem (Mysz na Marsie). Obie zdecydowanie warte Waszych uszu! Ponadto sporadyczne ujawnienia Metzgera i Oschatza po odejściu ("byciu posuniętymi"), ale raczej z kronikarskiego obowiązku. No i wreszcie krajobraz pokrewnych sophisti-glitchowców: Autechre, Fennesz, Matmos, Isolée, Vladislav Delay, Kid 606, Schneider TM, Pan Sonic, Alva Noto, Ryoji Ikeda, Nobukazu Takemura, Florian Hecker.

Coś jeszcze?
Niektórzy filozofowie dostrzegają w Poppie spadkobiercę Eno. Chyba kluczowym punktem przecięcia jest celebracja generatywności. Tak jak Brian fetyszyzował analogowy proces "obiegu dźwięku", tak Markus miałby pozwalać odbiorcom na wgląd do wnętrza "ducha w cyfrowej maszynie". Teoria ładna ("bramka ładna..."), dodatkowo poparta aktywnością Niemca na polu "artystycznej użytkowości". Niektóre z jego czysto "designerskich" forteli rzeczywiście są niczym innym ("nie kto innym...") lecz współczesną inkarnacją post-muzakowych manewrów Eno (konceptualne ringtone'y jako odpowiednik słynnych Windowsowskich jingli; zeszłoroczne perfumerskie Ovalaroma jako odpowiednik idei Neroli, etc.).

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Borys Dejnarowicz


PORTISHEAD

wykonawca

Miejsce:
Bristol.

Lata aktywności:
1991-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Geoff Barrow, Adrian Utley i śpiewająca po angielskich pubach Beth Gibbons.

Dlaczego właśnie oni?
Może i nie zapoczątkowali trip-hopu, ale są na tej scenie pewną gatunkową oczywistością. Muzyka Portishead to synonim słowa noir, kłębami industrialnych doznań cielesnych, do reszty pochłaniającymi bitami. Cielesne symptomy klaustrofobii połączone z pewnego rodzaju dziwnym, niepokojącym napięciem seksualnym, niemal lynchiańskim (a cytując Fostera Wallace'a: "podobnie jak »postmodernistyczny« i »pornograficzny«, »Lynchiański« jest słowem w typie Pottera Stewarta, definiowalnym tylko ostensywnie, to znaczy rozpoznajemy je, gdy je widzimy"). Tu: słyszymy oczywiście. Trip-hop w wydaniu Portishead jest raczej zupełnie wyjątkowy, niezbyt szeroko spopularyzowany eksperyment gatunkowy, więc właśnie dlatego.

Dziura w stogu siana:
Chciałam napisać, że no mogliby coś nagrać w końcu, ale w sumie jak i po co nagrywać, gdy już ma się za sobą krok do doskonałości, you dummy.

5 esencjonalnych kawałków:
"Glory Box", "Roads", "All Mine", "Only You", "Machine Gun".

Przypięty tweet:
Hmm just give me a reason to love you.

Płyta, której wstyd nie znać:
W zasadzie wypada znać wszystkie, ale Dummy to must have.

Influenced by:
Hiphop, jazz, Bristol, Massive Attack, Björk, Nico, Billie Holiday, John Barry, Lalo Schifrin, Ennio Morricone, Everything But The Girl.

Influence on:
Brodcast, Zero 7, Télépopmusik, Mandalay, Goldfrapp, Telefon Tel Aviv, Fever Ray, Flatbush Zombies.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Beth Gibbons solo, Beak, Get The Blessing, Ben Salisbury, Tricky, Lamb, Moloko, Thievery Corporation, Archive na Londinium.

Coś jeszcze?
Jeżeli jesteście w stanie chłonąć muzykę (żeby nie metaforyzować za bardzo) c i e l e ś n i e (w sensie, że ciarki, gęsie skórki, łezki etc.) albo macie za wysoki poziom kortyzolu we krwi, to uważajcie na siebie. Jak się już wpadnie w ciasne, portisheadowe ściany, to ciężko wyjść. Dużo stresu dla wrażliwców i napięcia dla alt-wrażliwców. Jak macie przesadnie dobry humor to nie wchodźcie do wrocławskiego Kalambura, tam często leci Third.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Adela Kiszka


PRIMAL SCREAM

Primal Scream

Miejsce:
Glasgow, Szkocja.

Lata aktywności:
Powstali, gdy Zbigniew Boniek zapakował hat-tricka Belgom. Trzymajmy więc kciuki, by ich barwna muzyczna podróż trwała co najmniej tak długo i była tak intensywna, jak nienawiść Kazimierza Grenia i Jacka Kmiecika do sympatycznego prezesa z rudą czupryną.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Bobby Gillespie – frontman, lider, głos, tekściarz, narkoman i człowiek, bez którego ostatnia scena Lost In Translation nie byłaby tym, czym jest. A przecież koleś próbował jedynie zagrać na perkusji "Be My Baby" The Ronettes. Kick-kick-kick-snare, Bill Murray ostatni raz spogląda na Scarlett. Scarlett – Bill, he'll be her plastic toy. Andrew Innes – gitara i produkcja. Robert Young – gitara. Henry Olsen – bas. Martin Duffy – keyboard. Philip Thomanov – perkusja. Przetasowania w składzie to materiał na długi tekst, więc poprzestańmy na znakomitym basiście Manim, który w ramach transakcji bezgotówkowej dołączył w 1996 roku, i Kevinie Shieldsie, który... No, chyba wiecie, co robi ten gość.

Dlaczego właśnie on?
Ponieważ Kevin Shields nie zadaje się z lamusami. Ale po kolei, bo przedziwnie hartowała się ta stal. Pierwsze jangle-popowe albumy nie zapowiadały tego, co wydarzy się w 1991 roku – Screamadelica, przy wszystkich swoich zapożyczeniach i inspiracjach, przy wszystkich swoich zapożyczeniach i inspiracjach, pozostaje dziełem na wskroś oryginalnym, psychodelicznym arcydziełem, żarliwą modlitwą w tańcu o architekturze absolutu, idealnie wpasowującą dub, house i gospel w Stonesowskie struktury; natchnioną muzyką taneczną, przy której łatka "alternative dance" brzmi niepoważnie. Czas mijał, wydawali kolejne płyty (bluesowe Give Out But Don't Give Upi "anarcho-syndicalist speedfreak road-movie", jak Gillespie określił Vanishing Point),i gdy większość alternatywnych legend lat 90. z UK dogorywało przy odcinaniu kuponów, kłótniach z bratem czy rozstaniach z kobietą z Elastiki, Primal Scream z buta weszli w nowe tysiąclecie. Najbardziej buntownicza, agresywna i bezkompromisowa płyta nagrana po 18 latach kariery muzycznej? Szacunek.

Dziura w stogu siana:
Nie skinny jeansy, a baggy, i kiedy ich słuchasz, to myślisz, że ostro wpierdalali dragi. Beznadziejny cover "Some Velvet Morning" na Evil Heat, ale to jedna z moich ukochanych pieśni, więc może jestem przewrażliwiony (jest – przyp. red.). Nieokiełznany eklektyzm bezsprzecznie ma swoje zalety, ale posiada też wady – jeżeli wiele lat temu nie zastanawialiście się, czy bić dzieci, albo nie sędziowaliście meczu tenisa stołowego, albo nie pisaliście recenzji dla Polityki (innymi słowy: jeżeli nie tli się w was bluesowy ogień Wojciecha Manna i nie macie skłonności do czerstwej rockerki), to możecie mieć problem ze sporą częścią dyskografii Primal. Nawet jeżeli chodzicie jak "szwajcar".

5 esencjonalnych kawałków:
"Movin' On Up", "Slip Inside This House", "Kowalski", "Swastika Eyes", "MBV Arkestra (If They Move Kill'em)".

Przypięty tweet:
1. Tom Ewing: "Higher Than The Sun" casts Gillespie as an astral voyager in a post-rave take on Tim Buckley's Starsailor.
2. Dean Carlson: These aren't the aggro-simpleton maneuvers of bands like Rage Against the Machine or Korn; the implosive production and sheer political belief prove that ingenuity must come hand in hand with "statement" if an idea is to come across effectively.
3. Bobby Gillespie: You got the money, I got the soul / I can't be bought, I can't be owned.
4. Bobby Gillespie: I get sick of living in the city / Everyone's a liar and a thief / If the cancer don't, the taxman's gonna get you / If the women don't, the doctors let you bleed.
5. Bobby Gillespie: Syd Barrett was the perfect artist/poet/visionary like Arthur Rimbaud, he created a new language in sound, words and image, then split the scene – leaving no bad work, no ugly photographs, just his beautiful music/poetry to inspire and enrich our lives forever.
6. Bobby Gillespie: I honestly think white music is fucking irrelevant now.
7. Brent DiCrescenzo: Rest assured, Rod Stewart will not be able to cover anything from XTRMNTR.
8. Robert Christgau: Screamadelica [Sire/Warner Bros., 1991] :( (Jak tu nie kochać tego bezczelnego skurwysyna?).

Płyta, której wstyd nie znać:
Screamadelica i XTRMNTR, ŻB KŻD WDZŁ, JK NLŻ S RZWJĆ MZCZN N TM PJBNM ŚWC, DŚĆ PRDLN, HH. STR NML N RDZWJ, KML.

Influenced by:
The Rolling Stones, The Velvet Underground, The Byrds, Beastie Boys, Funkadelic, Andrew Weatherall, New Order, speed, Sex Pistols, coke, Can, Sly & The Family Stone, masakra w Bullymurphy, Vanishing Point, dub, Philip K. Dick, Lester Bangs, Public Enemy, Katy England, Rosa Parks, ecstasy, Bóg (Kevin Shields), acid house, Syd Barrett, gospel, The Gun Club, heroin, The Clash, Momus, Malcolm X, southern soul, Yanis Varoufakis, Martin Luther King, The Wild Bunch, Bob Dylan, The Orb.

Influence on:
Kasabian, Blur, UNKLE, Campag Velocet, Death In Vegas, Klaxons, Arcade Fire, James, Foals, Friendly Fires, Kula Shaker, The Kills.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Happy Mondays, Black Grape, Jesus Jones, The Stone Roses, British Meat Scene, Faction, Kate Moss, Robert Plant, Jah Wobble, Felt, Sky Ferreira, Spirea X, The Chemical Brothers, Momus, Church Of Raism, The Memphis Horn, Denise Johnson, Jagz Kooner, Warren Ellis, Augustus Pablo, Los Terrorpinos, Haim, William Eggleston, Hibee-Nation, The Charlatans.

Coś jeszcze?
Elton John jest fanem Primal Scream. W słodkim "Keep Your Dreams" Gillespie brzmi jak Mac DeMarco. "Come Together" to DJ Sprinkles z mocniejszą stopą, a przy okazji jedna z ulubionych piosenek gitarzysty zespołu Pustostan. Coś jeszcze? Kiedyś (bodajże w 2005 roku) z "Movin' On Up" na słuchawkach rozjeżdżałem ludzi, ale nikt nie ucierpiał. Jak to możliwe? Jak się nazywa niezbyt rozumny mieszkaniec Krety? Na prawidłowe odpowiedzi czekamy w komentarzach. Przewidujemy nagrody, zwłaszcza dla tych, którzy dziesiątki razy gonili za tym przeklętym pociągiem.

Linki:
Strona oficjalna Wikipedia YouTube Facebook Twitter Instagram

–Paweł Wycisło


QUEEN

queen

Miejsce:
Londyn (Anglia).

Lata aktywności:
1970-teraz, ale wiadomo, że to "teraz" to kiepski żart.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Freddie Mercury – twarz i wąs zespołu, alfa i omega, typ liderował im na scenie i w studiu, wymyślił nazwę, zaprojektował logo i pewnie jeszcze wyznaczał reszcie pory posiłków. Brian May – człowiek-gitara. Skonstruował własną w wieku 15 lat, zamiast kostki używał sześciopensówki, a kiedy wycofano je z obiegu, wkurwił się i kazał wytłoczyć jeszcze parę sztuk. Napisał też kilka z najpopularniejszych hitów zespołu jak "We Will Rock You" czy "Show Must Go On". John Deacon – obsługiwał bas i ułożył na nim choćby legendarny groove "Another One Bites The Dust". Dziś już formalnie poza zespołem, co tylko dodaje mu RIGCZu. Roger Taylor – to taki ich Ringo. Grał na wszystkim, ale skończył za perką, bo inne instrumenty były już zajęte.

Dlaczego właśnie oni?
Ulice na całym świecie noszą nazwiska członków zespołu, a przynajmniej raz do roku Twój wujek rozkminia, czy najwybitniejsi w historii byli oni, czy jednak Dire Straits. Popkulturowe znaczenie jest w ich przypadku pewnie większe niż pozostałej czterdziestki dziewiątki razem wziętej, no ale ja nie o tym. Zaczynali od proga pakowanego w kilkominutowe kapsuły, po drodze zainspirowali sporo ejtisowego "cięższego" grania, zaliczyli etap glamowy pisząc prawdopodobnie najlepszy utwór mieszczący się w ramach gatunku, a odpychające na dłuższą metę wokalne ADHD Mercury'ego odcisnęło piętno na właściwie każdym piosenkarzu po nim, który z teatralną nadekspresją upychał w melodiach więcej niż trzeba. Macie pełne prawo dziś ich nienawidzić, ale to dobre chłopaki były.

Dziura w stogu siana:
Queen post-Mercury'owy bez przerwy i cienia żenady odpierdala manianę, czego najświeższym przykładem było upewnienie się przez żyjących członków zespołu, że zeszłoroczny Bohemian Rhapsody będzie dostatecznie chujowy, no i żadnego wielkiego albumu nie nagrali.

5 esencjonalnych kawałków:
"Seven Seas Of Rhye", "Killer Queen", "Bohemian Rhapsody", "Don't Stop Me Now", "Crazy Little Thing Called Love".

Przypięty tweet:
"I am a sex machine, ready to reload".

Płyta, której wstyd nie znać:
A Night At The Opera zdaje się najbardziej reprezentatywna, ale Sheer Heart Attack niewiele jej ustępuje.

Influenced by:
Beatles, David Bowie, T.Rex, Led Zeppelin, The Who, opera, disco, kicz.

Influence on:
Metallica, Guns N' Roses, Van Halen, Smashing Pumpkins, U2, Def Leppard, Radiohead, The Darkness, Muse (heh).

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Freddie solo, May solo, Elton John, Aerosmith, Cheap Trick, Cars.

Coś jeszcze?
  Freddie w 1986 podczas koncertu w niemieckim Mannheim bawił publikę wypowiadając słowo "Scheisse" i twierdząc, że to jedyne, jakie zna w tym języku, czym zainspirował najnowszą trasę Metalliki (ostatni akapit tutaj).

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Stanisław Kuczok


ROXY MUSIC

Roxy Music

Miejsce:
Newcastle upon Tyne / Londyn (Wielka Brytania).

Lata aktywności:
1970-1976, 1978-1983, 2001-2001. No i reaktywowali się w tym roku z racji akcesu do Rock and Roll Hall of Fame, ale raczej nic większego z tego tytułu nie wyniknie.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Team zakładali legendarny wokalista i jednocześnie główny songwriter Bryan Ferry, gitarzysta Roger Bunn, saksofonista Andy Mackay, basista Graham Simpson oraz, hehe, człowiek od efektów specjalnych Brian Eno (który odszedł z grupy po nagraniu For Your Pleasure). Po wielu przetasowaniach należy jednak powiedzieć, iż najbardziej relewantny dla Roxy Music skład personalny to: Ferry, wieślarz Phil Manzanera, bębniarz Phil Thompson oraz wspomniany wcześniej Andy Mackay.

Dlaczego właśnie oni?
Tak, wiemy, 10 lat temu nie daliśmy ich do prawilnego zestawienia 150 najlepszych wykonawców w historii muzyki rozrywkowej, ale już nic z tym nie zrobimy, za to możemy się jeszcze poprawić. Szyk, elegancja i glamour – takie trzy słowa cisną mi się na usta przy próbie opisu muzycznych działań tej zacnej grupy. Absolutnie niezwykłe jest to, jak na przestrzeni dekady potrafili na swoich krążkach zdefiniować muzyczny ferment danej epoki – niebywale zgrabnie przeszli od glamu i psychodelii, poprzez zbudowanie wielopiętrowych, art-rockowych działań, aż po nowofalowy nerw, post-punkową zadziorność, new-romantic oraz sophisti pop. Trudny do zdefiniowania muzyczny charakter oraz łatwość w przyswajaniu nowych muzycznych gatunków utorował drogę dla wielu epigonów, no bo przecież każdy chciał być tak ambitny jak Roxy Music. A poza tym zawsze jarałem się produkcją i wokalem Bryana! Zresztą, czy znacie kogoś, kto nie lubi Roxy Music?

Dziura w stogu siana:
Trudno znaleźć na nich "haka", ale w mojej ocenie do wybitności zabrakło im płyty, którą oceniłbym na mityczne 10/10. Nawet z Avalonu wykroiłbym numer bądź dwa, mimo że to dla mnie płyta niemal dziewiątkowa.

5 esencjonalnych kawałków:
"More Than This", "The Space Between", "True to Life", "For Your Pleasure", "Love Is The Drug".

Przypięty tweet:
"I could feel at the time
There was no way of knowing".

Płyta, której wstyd nie znać:
"Nieważne jak mężczyzna zaczyna, ważne jak kończy". LOL. Parę dobrych nagrali, ale postawię na wspomniany wcześniej Avalon, chociaż For Your Pleasure to też zarąbisty krążek.

Influenced by:
The Velvet Underground, The Beatles, David Bowie, Elvis Presley, Little Richard, The Who, The Rolling Stones, The Kinks, The Pretty Things, Cliff Richard.

Influence on:
Suede, Duran Duran, Kate Bush, The Cars, The Human League, Grace Jones, Pulp, Hall & Oates, a-ha, Spandau Ballet, Tears for Fears, Alphaville, Joy Division, The Smiths, Blur, U2, Depeche Mode, New Order, Ladytron oraz wielu, wielu innych.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Solowy Bryan Ferry, Sparks, Japan, Simple Minds, Peter Gabriel, Blondie, ABC.

Coś jeszcze?
A wiecie, że Bryan Ferry mógł zostać wokalistą King Crimson? Odbyły się nawet przesłuchania i choć Fripp oraz Sinfield ostatecznie nie zdecydowali się na Ferry'ego, to pozostali pod wrażeniem jego talentu i pomogli załatwić mu kontrakt dla Roxy Music z E.G. Records. Kolejna kwestia jest z kolei taka, że "More Than This" namiętnie katowałem w wieku lat piętnastu za sprawą seansu Lost In Translation Coppoli. Dopiero kilka lat temu później dzięki pewnemu serwisowi muzycznemu skumałem jak ważny to zespół. I MBV przy okazji też.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook

–Jacek Marczuk


RYŪICHI SAKAMOTO

Sakamoto

Miejsce:
Japonia, głównie Tokio. Po przystosowaniu się do standardów Hollywood bywa mu się czasem także w Nowym Jorku.

Lata aktywności:
1970-teraz.

Kluczowe postaci i ich wkład:
Ryūichi Sakamoto. Człowiek-instytucja, będący w stanie, kiedy zajdzie taka potrzeba, pracować po 16 godzin dziennie; co naturalnie uwydatnia się w jego monstrualnej dyskografii. "I was working with the computer at university and playing jazz in the daytime, buying west coast psychedelic and early Kraftwerk records in the afternoon, and playing folk at night". Oprócz niekończącej się litanii złożonej z najwybitniejszych filmowców i muzyków współpracujących z Ryūichim, warto wspomnieć o tych najważniejszych dla samego muzyka – Haruomim Hosono i Yukihirim Takahashim, z którymi razem za młodu sporo namieszał jako Yellow Magic Orchestra. Każdy z nich w końcu poszedł swoją drogą, jednak w dziele poszerzania stylistycznych granic i wydawania świetnych płyt, towarzysze Sakamoto znacząco nie ustępowali sławniejszemu koledze; ale o nich może opowiemy innym razem.

Dlaczego właśnie on?
Ilu znacie wykonawców w tym Guidzie z własnym Oscarem? Ale od początku: razem z kolegami z akademii muzycznej w zastaną w kraju posuchę wprowadzili automaty perkusyjne i syntezatorowe dziwactwa wynoszone ukradkiem z uczelni. Za ich pomocą rozkręcili na cesarskich wyspach lokalny mix Kraftwerka z Giorgio Moroderem, szturmem zdobywając popowe rankingi na całym świecie. W przystępny sposób mieszali wszystko, co udało im się wyłapać z pulsującej elektroniki zachodu, w swoim innowacyjnym pochodzie szmuglując do tego już i tak bogatego portfolio rodzące się hip-hopowe patenty ze Stanów. A wszystko to w czasie, gdy świat wciąż tkwił w roku 78, szumnie wprowadzając Japonię w kolorowy krajobraz nadchodzących ejtisów. Potem przyszły kariery solowe, sieci kontaktów, wytwórnie i prywatne ambicje. YMO budowali własne imperia, wydawali kolejne albumy. Przyszły eksperymenty, kolaże, nagrania terenowe, noise'y i jazzy. Proto-vaporwave. Przyszedł czas eksploracji japońskiego folku i neoklasyki, z których stworzyli imponujący rozstrzał. Tym bardziej imponujący, gdy skonfrontujemy się z faktem, że jest dopiero 1980 rok i od debiutu goście w trójkę, w ciągu dwóch lat, byli w stanie wydać 10 w przeważającej części świetnych płyt (a wy się rzucacie, że nie wyrabiacie dedlajnów). I w zasadzie by sobie w ten sposób jeszcze długo żyli, nie wadząc nikomu, gdyby nie uśmiech szczęścia Davida Bowiego skierowany w stronę Sakamoto. Ryūichi został skierowany do działu soundtracku nowo powstającego filmu o brytyjsko-japońskiej obozowej konfrontacji, a gdy już go napisał, historia nieprzewidywalnego muzyka z nonszalancko rozwichrzonym włosem zmieniła swoje tory, przepoczwarzając się w czerwony dywan i stąpającego po nim drętwego maestro we fraku.

Dalszych wydarzeń możecie się domyślać. Międzynarodowy sukces, Hollywood, muzyka filmowa, powszechne rozpoznanie. Jedne z fajniejszych ambientów, jakie słyszano. Plamy i ledwo nakreślone szkice. Klawiszowe minimalistyczne poplątańce. Bogate instalacje artystyczne i niekonwencjonalne środki wyrazu. Muzyka wyciszona, kompleksowa i rozważna. Można byłoby powiedzieć, że Ryūichi stał się azjatyckim Brianem Eno, ale z takimi określeniami należy mocno uważać, gdyż sam Sakamoto bardzo nie lubi, gdy patrzy się na jego osobę poprzez pryzmat wyniosłego ambasadora dalekiego wschodu. Bo uczciwie zaznaczając, orientalizm Ryūichiego jest dość umowny, a sam kompozytor jest bardziej tworem i aktywnym współtwórcą globalnej kultury, niż egzotycznym dodatkiem do naszych postkolonialnych sentymentów, o czym sam bez oporów często w swoich wywiadach przypomina.

Dziura w stogu siana:
Jeśli komuś to przeszkadza, to Sakamoto ma trochę na pieńku z atomem, ale po katastrofie w Fukushimie potrafię zrozumieć źródło jego obiekcji.

5 esencjonalnych kawałków:
"Merry Christmas, Mr. Lawrence", "Andata", "Thousand Knives", "Rain", "Technopolis".

Przypięty tweet:
"It's all very well to say this or that on Twitter and Facebook, but ultimately, if you are a musician, it is going to carry more weight if you make your statements through your craft."

Płyta, której wstyd nie znać:
Ongaku Zukan / Thousand Knives.

Influenced by:
Claude Debussy, Kraftwerk, Cluster, David Bowie, Gong, Stockhausen, Popol Vuh, Robert Wyatt, Tangerine Dream.

Influence on:
Aphex Twin, Massive Attack, Mantronix, Nine Inch Nails, Orbital, The Orb, Perturbator, Chloe Martini, Video game music, przemysł filmowy, wszelkie bardziej nacechowane popowo (i nie tylko) ambienty, vaporwave, cała Japonia po '78.

Księstwa przyległe, lenna i terytoria zamorskie:
Yellow Magic Orchestra, Haruomi Hosono, Yukihiro Takahashi, Al Taco, Taeko Ohnuki, Sang-il Lee, Kazumi Watanabe, Fennesz, Alva Noto, Christopher Willitis, Taylor Deupree, Paula Morelenbaum, Alejandro G. Iñárritu, Nagisa Ôshima, Brian De Palma, Bernardo Bertolucci, Pedro Almodovar, Ridley Scott.

Coś jeszcze?

a) Skomponował własną "operę". Stworzył dzwonek do Nokii. Walczył z rakiem. Pisał openery do chińskich bajek. Angażuje się społecznie. Na domowej półce oprócz Oscara trzyma Złote Globy, BAFT-y i kilka innych pomniejszych trofeów. Powstał o nim dokument Ryūichi Sakamoto: Coda. Zasiadał w weneckim i berlińskim jury. Jest zawziętym kinofilem, chociaż jak sam zaznacza, zbyt często zdarza mu się zasypiać przed ekranem. Z nabożną czcią traktuje Tarkowskiego. Gdy jako oficer cesarskiej armii wprowadzał krwawy terror na brytyjskich jeńcach, Bowie w homoerotycznym akcie całował go w policzek. Merry Christmas, Mr. Lawrence. Wybitny film z drewnianym Ryūichim, który swoją aktorską klęskę odkupuje soundtrackiem jakościowo znajdującym się na przeciwległym biegunie jego kinowego performansu.

b) Żeby jeszcze mocniej uwydatnić jego rolę w popkulturze jako postaci wciąż aktualnej i kultowej, podjęto się zremiksowania jego Async – niedawnego albumu, w którym od pierwszych mikro-sekund jestem beznadziejnie zakochany. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie ludzie, którzy się za to zabrali: Oneohtrix Point Never, Electric Youth, Alva Noto, Arca, Motion Graphics, Fennesz, Jóhann Jóhannsson, Yves Tumor, S U R V I V E, Cornelius i Andy Stott. Lata mijają, generacje obracają się w pył. 40 lat na rynku. Mody umierają, zespoły się starzeją, a Sakamoto zawsze trwa w miejscu, w którym dzieje się coś wartego uwagi.

Linki:
Strona oficjalna | Wikipedia | YouTube | Facebook | Twitter | Instagram

–Michał Kołaczyk


Strona #1    Strona #2    Strona #3    Strona #4    Strona #5

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Octo OctaResonant Body
Cass McCombs"Confidence Man"