Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Nie wiem, czy jesteście w stanie wyobrazić sobie, żeby Jensen Sportag cokolwiek muzycznie zepsuło. Ja nie. Jak to bywa zwykle w ich przypadku, również do kawałka grupy tak nijakiej, że aż trudno uwierzyć w ich montrealskie pochodzenie, dodają same ładne rzeczy. Przytłaczająca, dyskotekowa gruboskórność zostaje poszatkowana na subtelne akcenty rytmu i melodii. Okazuje się, że gdyby podejść do sprawy bardziej minimalistycznie i pozwolić z gracją wybrzmieć pojedynczym dźwiękom, można stworzyć wyśmienity, subtelny kawałek z pogranicza elektroniki i kosmosu. Oczywiście nie każdy to potrafi. Może nawet nikt poza Jensen Sportag. –M.Riegel
Nowy singiel UMO zdaje się zapowiadać jakiś nowy kierunek, który obrali sobie chłopcy z Portland. Jaki dokładnie, okaże się w maju, tymczasem już wiadomo, że nie każdemu diehardowi grupy musi się on podobać. Słyszymy tu bowiem lekko skwaszonego Bruno Marsa o całkiem sporym potencjale radiowym, w sensie, że nawet w takiej zetce uszłoby bez zgrzytu. Sęk w tym, że gdyby wziąć ten uroczy synthowy temacik, nie mówiąc już o niespokojnym wokalu Nielsona, i upuścić je na podłogę, to potłukłyby się w drobny mak i generalnie narobiły syfu, do tego stopnia jest to wszystko rozedrgane i fałszywe. Tak smaczne robaczywe jabłka pisał kiedyś Kevin Barnes, ale już nie pisze, więc spieszmy się kochać ludzi. –L. Bielińska
–W.Sawicki
Nie ma innego zespołu na świecie, którego dyskografia tak łatwo potrafiłaby przywoływać najcenniejsze z klisz lat minionych, więc nic dziwnego, że już pierwsza wzmianka na temat płyty bardzo mocno podgrzewała mi atmosferę związaną z oczekiwaniami. Niestety, im dalej w las, tym większe było rozczarowanie. Wszystkie wydane do tej pory single nie posiadały żadnego punktu zaczepienia i brzmiały co najwyżej jak B-side'y z We Were Dead Before The Ship Even Sank. Całe szczęście, tak było tylko do czasu pojawienia się "The Ground Walks...", bo ten numer jest już dużym skokiem jakościowym. Najważniejszym faktem związanym z nim jest to, że bardzo intuicyjnie przegląda całokształt ich poprzednich dokonań: przebojowość w zwrotkach znana z Good News For People Who Love Bad News, egzystencjalizm, filozoficzne wyrachowanie i melancholijny refren przywołują na myśl The Moon & Antarctica, a surowa produkcja w niektórych partiach odwołuje się do cech debiutu. Wejście w głąb aranżacji mówi nam, że w końcu nie ma tu miejsca na ziewanie. Bas zadziwiająco groove'uje niczym w tanecznym funku, riffy z outro utworu ładnie zagęszczają przestrzeń, a Brock żwawo wypluwający z siebie następne frazy tekstowe chyba chce pokazać, że znowu ma dwadzieścia parę lat. Co tu dużo mówić, jeśli reszta albumu zostanie utrzymana w takim klimacie, to właśnie zostałem kupiony. –A.Konieczka
Dwóch reprezentantów Mad Decent, labelu prosto ze słonecznego LA, Unlike Pluto i KickRaux, w swoim wspólnym utworze daje nam niezły wycisk. "Palace", bo o tym kawałku tu mowa, nawet nie udaje jakiejkolwiek powściągliwości. Przez trzy i pół minuty powtarzany motyw wbija się do głowy, pseudodropy sieją spustoszenie w soundsystemie, a całość brzmi jak remix jakiegoś prostackiego klubowego hiciora. Wstyd i cebula. I może byłoby to czymś złym, ale utwór przesłuchałem już kilkanaście razy i ciągle nie mam dość. Pozostaje więc zacytować namolnie powtarzającą się w kawałku frazę: "oł je". –A.Barszczak
Jeśli byłbym złośliwy, mógłbym sprowadzić zjawisko Lower Dens do "tych dwóch typów i jednej typiary od "Brians"" i nie popełniłbym w tym momencie aż tak znaczącego faux pas. Jednak nie jestem złośliwcem i szczerze cenię sobie podejmowane przez Janę Hunter próby tworzenia narkotycznej syntezy shoegazu z post-punkiem, które, gdyby nie braki stricte materiałowe, mogłyby być naprawdę intrygujące. Na wysokości "To Die In L.A." Jana odrzuca nadmiar środków odurzających i kieruje się w stronę światła, przywołując nawet skojarzenia z Metronomy (hehe), co mogło by być całkiem fajnym pomysłem, ale znów materiałowo to strzał w środek (lecz nie tarczy, a porcysowej skali). Niby mamy tutaj chwytliwy chorus i fajne sythowe pasaże w końcówce, jednak nie do końca mnie to wszystko przekonuje. Mimo to nie skreślam nadchodzącego lada dzień wydawnictwa, mając nadzieję, że będzie ono czymś więcej niż ten piątkowy singiel. –M.Lewandowski
Niewiele wiem o tej filigranowej wokalistce oprócz tego, że pochodzi z Korei Południowej oraz że jej jeszcze świeża EP-ka premierę miała w tym miesiącu. Développé, bo tak nazywa się rzeczone wydawnictwo, to całkiem sprawnie skrojony synth-pop, któremu zdarza się miewać momenty zarówno w kategorii nośnych motywów (”Delete”, ”So High”), jak i interesujących zabiegów producenckich (”Twenties”). Gdyby nie zamulająca końcówka, czyli dwa ostatnie tracki (które należało zwyczajnie wypierdolić), prawdopodobnie widzielibyśmy się w dziale recenzji. Jednak bardzo narzekać nie mogę, bo tych dobrych momentów jest tutaj więcej niż tych złych. Szczególnie ”Delete” wybija się na tle reszty, nie tylko ze względu na chodzący za mną od kilku dni chorus, bo i zwrotki tu też nie są od czapy. W zasadzie Azin mogłaby być taką koreańską Izą Lach, bo Koreanka i łodzianka operują podobną paletą emocji, pod względem barwy odległe też od siebie nie są, a i producenckie patenty są w obu przypadkach zbieżne (najlepszym przykładem jest właśnie ”Delete”, który automatycznie skojarzył mi się z”Million”), z tą różnicą, że jeśli mówimy o Azin, określenie "wokalistka" jest tym jedynie zasadnym. –M.Lewandowski
Najpierw mieliśmy bardzo fajny, pobrzmiewający lo-fi debiut. Następnie sympatyczny, wycyzelowany sofomor. Jeszcze później jakieś totalnie niezapadające w pamięć pierdoły. Widocznie teraz przyszedł czas na dzieło bardziej ”ambitne”. Przynajmniej to zapowiada pilotujący singielek, jadący na bezczelnie prostackim, rozciągniętym do granic możliwości, ociężałym hooku, który nijak ma się do, w założeniach ”eterycznego”, charakteru wałka. Jakby tego było mało na wysokości 1:40 mamy do czynienia z jeszcze gorszym jakościowo fragmentem – zbliżającym się niebezpiecznie w rejony zła wszelkiego quasi-mostkiem(?), a wszystko przyprawione chujowym solem Boba. Aspekt ambitny sprowadza się do tego, że całość została potraktowana solidną dawką pogłosu, co miało dawać złudzenie, że Best Coast są czymś więcej niż zespołem od letnich nucanek i kierować skojarzenia w stronę etykiet dream oraz gaze. Sorry Bethany, ale nie z nami te numery. –M.Lewandowski
Obaro Ejimiwe nakłada na głowę kaszkiet, niedbale przerzuca przez szyję stonowany kolorystycznie szal i dwa lata po Some Say I So I Say Light znów deklarapuje (fuzja deklamacji i rapowania, czujesz?) swoje proste historie żywcem wyrwane z mikroklimatu brytyjskiego nine-to-five życia. Trochę taki Kolonko, bo bez kwiecistych metafor i używając konstrukcji zdecydowanie prostych (by nie powiedzieć najprostszy), bez ogródek "mówi jak jest". W "Off Peak Dreams" zaskakuje nieco warstwa muzyczna. Kojarzony bardziej z garażowymi, mglistymi podkładami Ghostpoet sięga dziś po żywe instrumenty koncentrując cały utwór wokół miarowego bicia perkusji i gitarowego gryfu. Jest nieźle, a dostarczony w refrenie dwuwersowy manifest ("I don't know about you but I know me / look mate, I said I'm ready to roll") biorę, w oderwaniu od konceptu sennych marzeń według taryfy zniżkowej, za gwarant wysokiego poziomu zbliżającego się wielkimi krokami trzeciego regularnego albumu Anglika zatytułowanego Shedding Skin. –W.Tyczka
Postawmy sprawę jasno - nigdy tak naprawdę nie byłem, nie jestem i chyba już nie zostanę fanem Liturgy. Ot, bezbarwny, sprawnie wpisujący się w nowofalową konwencję black metalu projekt z wokalistą bucem, któremu wydaje się, że pozjadał wszystkie rozumy. Dlatego wiadomość o nadchodzącej płycie, a później odsłuch pierwszego singla nie wzbudziły we mnie zbyt wielkich emocji, bilans zysków i strat pozostał ten sam. W sumie problem pojawia się już na samym początku, ponieważ ciężko powiedzieć, dla kogo oni właściwie to nagrali... Ortodoksyjni glaniuszkowce będą z rozpaczą narzekać na glitchowe wpływy, głęboką inspirację elektroniką i pedalski wokal, za to fani Deafheaven w przydługich grzywkach i rurkach zafascynowani możliwościami, jakie może przynieść dzisiaj gra estetyką metalu, mogą ponarzekać sobie na wątpliwą jakość kompozycji i takie bezsensowne rozwiązania, jak np. wprowadzenie syntetycznych smyczków, które prowadzą donikąd. Obawiam się, że krążące jeszcze gdzieniegdzie legendy o doskonałym występie na OFFie w 2011 i nadludzkiej pracy perkusisty tegoż dnia w połączeniu ze zbliżającą się premierą The Ark Work to może być za mało, żeby zawojować nasz kraj na dłużej niż kilka dni, ale bardzo chciałbym się mylić. –A.Konieczka