Ekstraktowa selekcja muzycznych absencji w najbardziej popularnych serwisach streamingowych.
Jeśli przy "Touch" przychodziły na myśl porównania do Todda Edwardsa, to przy "Name & Number", choć to track podobnej natury, proponuję szukać punktów stycznych z Prefab Sprout. Od razu uspokajam: nie doświadczymy tu sophisti-popu najwyższych lotów, bo nie w takiej lidze gra Brytyjczyk – po prostu już pierwsze klawisze intra kojarzą mi się z soundem From Langley Park To Memphis przełożonym na house'owy język. Więc czyż to nie jest zadowalająca sytuacja? I nawet jeśli największy hit Shifta szczycił się znacznie większą ilością niczym nieskrępowanych hooków, to najnowsza piosenka pokazuje, że gość wciąż zmierza w dobrym kierunku. Ripit goni ripit, a parkiet wciąż nie ma dość. –T.Skowyra
Rzec można, że los bywa przewrotny. Jeszcze niespełna tydzień temu chwaliliśmy Claire – która swoim wypuszczonym singielkiem-demem przypomniała nam, że w zjawisku pt. Grimes poza modą i nieprzeciętnym stylem bycia, chodzi też o muzykę – a już w kolejnym nasz entuzjazm zdecydowanie opadł. Boucher od czasu "Go" coraz śmielej zmierza w kierunku mainstream popu, co byłoby super sprawą, gdyby oprócz przystępności materiału stawiała także na solidny songwriting. Pozornie "Entropy" taki posiada, bo mamy tam zapadający w pamięć refren, ale jest on na tyle toporny i wymuszony, że zamiast wkręcać zwyczajnie draźni, a banalne zwrotki wcale mu nie pomagają. Nie jest to jakiś wybitnie zły track, lecz daleko mu do lekkości poprzednika, który oprócz całkiem zgrabnego songwritingu, charakteryzował się bezpretensonalnością, której tutaj tak bardzo brakuje. –M.Lewandowski
Podobno Japonia jest teraz na topie. Możliwe, lecz nie mnie to oceniać. Na pewno wschodnie wzorce nie są obce Kero Kero Bonito, którzy pomimo, że są z Londynu (co wyraźnie słychać) to silnie inspirują się azjatyckim popem (co słychać jeszcze wyraźniej). Wszystko fajnie, bo niby mamy tu mieszankę nieco wytartą: bubblegum pop, chiptune, sample z gierek Nintendo, to w przypadku Kero Kero Bonito robi ona wciąż pozytywne wrażenie. Najlepszym tego odzwierciedleniem jest właśnie "Picture This" – chyba najfajniejszy z dotychczasowych wałków grupy – który oprócz nośnych melodii, może pochwalić się też propsami od Maxo. –M.Lewandowski
Powszechne wśród niewiele znajoncych gimbów żarty z Magika uważam za niesmaczne. Chociaż jego neurotyczna wczuta nijak nie przystaje do dzisiejszych ironicznych standardów, a w dodatku wszyscy jego epigoni plasują się w czołówce ludzi, których nie ma, to trzeba mu oddać, że był ciekawym artystą o nietuzinkowej osobowości i niewątpliwych zasługach dla rozwoju hip-hopu w naszym kraju. Gdy okazało się, że do grona szyderców dołączył jego rodzony syn, nagrywając jakże perfidną parodię stylu swojego ojca, żenada osiągnęła poziom dziewiątego piętra i chyba nie pozostaje mi nic innego, niż wyskoczyć z okna. –K.Michalak
Nie znam muzyki autorów “Dynamite”, ale krótka przebieżka po ich katalogu raczej mnie nie rozgrzewa. Tutaj jednak stało się coś na tyle interesującego, że pewnie i w 2013 nie wahalibyśmy się odhaczyć wytworu ich współpracy pomiędzy letniakami od Mausi czy Charli XCX. To nieco zachowawczy numer jak na obecne standardy produkcyjne, zwłaszcza że gołym okiem słychać, gdzie to wszystko zmierza: uderzająca pod disco popowa kompozycja w takim odświeżonym stylu Thibauta Berlanda, chwytliwy refren i udany luzacki feat, celują w cieplejsze dni. Treściwość zgodnie z regułami tej gry, ale bez nadwyrężania swoich mocnych stron. Czyli kawałek może nie do końca według tytułu, a mimo to wciąż łatwo odnajdujący się na ripicie, czemu nadchodzące miesiące na pewno będą sprzyjać. –K. Pytel
Niech mnie kule biją, ten cały Pharrell to jest naprawdę sprytny gość. Ta połowa słynnego duetu producenckiego Neptunes, niegdyś absolutny gamechanger na poletku mainstreamu, do perfekcji opanował odcinanie kuponów w taki sposób, aby większość ludzi się na to nabrała, tak, ażeby nikt nie spostrzegł, że kolejne przeboje z jego udziałem to de facto ta sama piosenka. "Peaches N Cream" nic w tej materii nie zmienia – dostajemy porcję profesjonalnie przygotowanego, maksymalnie przystępnego, lekkiego funku, na którym sobie (uwaga, ważne słowo) płynie Snoop. Główka się buja, nóżka pracuje, refren, prawdziwy earworm, siedzi w głowie w połowie pierwszego odsłuchu. Nie mogę uciec od wrażenia, że ten kawałek to straszna ściema, niesamowicie precyzyjnie wyliczona na "podobanie się", której nawet sam ulegam. Bądźcie mądrzejsi ode mnie. (Refren = sweterek od Hilfigera, marynarka z Zary + wódka z colą). –A.Barszczak
Okazuje się, że niewiele trzeba, by Grimes wróciła do kręgu moich zainteresowań. "REALiTi" to zaginione demo z 2013 roku w wersji jeszcze przed miksem i masterem. I choć jakość dźwięku pozostawia nieco do życzenia, to paradoksalnie jest to na swój sposób fajne i sympatycznie nawiązuje do pięknych czasów sypialnianych wałków Nite Jewel i reszty. 80sowe inspiracje dość jednoznacznie kojarzą się tym, co wówczas dogorywało w obrębie chillwave'u, ale czy to zarzut? W żadnym wypadku, to były dobre czasy! Przed zbliżającym się longplayem Boucher możemy sobie życzyć tylko więcej tego typu eksperymentów. –K.Bartosiak
Wracanie po takim Lonerism nie należy pewnie do najłatwiejszych. Jeśli w ostatnich latach jakiś gitarowy album otoczył się aureolą chwały, hype’u (tym bardziej zasłużonego) i nadziei, to właśnie ten. Zastanawia mnie zatem, i trudno chyba mieć pretensje o tą delikatną podejrzliwość, ile tu trzeźwomyślenia i kalkulacji, a ile zwykłej potrzeby serca i trzewiomyślenia, bo dyskoteki panowie jeszcze nie grali i raczej nikt sam by tego nie wymyślił, że bosostopy Parker zechce bawić się brokatem. Skąd więc, jak i po co? Przekąs to i fraszka, czy wszystko na poważnie? O ile pierwszy odsłuch zbił mnie z tropu jak niegdyś ”Pyramids” Oceana, tak teraz kciuk mój waha się gdzieś w okolicach solidnej godziny dziesiątej trzydzieści, czuć tu bowiem jakiś większy zamysł i choć przejechany polerką, koniec końców nie różni się on specjalnie od strzelistości, dajmy na to, ”Apocalypse Dream”. Przede wszystkim jednak z radością obserwuję lekką nieśmiałość wobec nowych środków, kiedyś ledwie produkcyjnych ornamentów, teraz głównych składowych. Ktoś tu wyraźnie sprawdza, czy mu wolno, i wygląda na to, że chyba tak. Niech się dzieje. –L.Bielińska
Drugi singiel promujący nadchodzącą płytę Dear Tommy to nic innego, jak to samo urokliwie lśniące synthpopowe Chromatics. Kolega Wencel zauważył przy okazji recenzji Kill For Love, że wydawnictwo to było "najbardziej oczywistą stylistycznie kontynuacją muzyczną" względem nocnej jazdy z 2007 roku. Wszystko dookoła, a przynajmniej na pewno ta piosenka, dowodzi, że najprawdopodobniej kilka tygodni po premierze najnowszego krążka formacji z Portland znów będziemy mogli użyć w tekście omawiającym materiał tego samego, jakże trafnego spostrzeżenia, bo raz jeszcze wisi nad nami wczesny, mglisty wiosenny poranek, a Anthony Gonzalez niezmiennie przekonuje, iż soboty to tak naprawdę młodość. –W.Tyczka
Ariel i Soko jak Jane i Serge, tyle że z komiksu, którego kasowej ekranizacji nikt by się nie spodziewał. Ona w poważnej pozie, z nisko osadzoną barwą głosu i zdystansowanym niedowierzaniem wypisanym na twarzy. On już zawsze będzie chłopcem z wybujałą fantazją. Jej zwrotka, jego refren, jej "shadow of the doubt", jego spontaniczna beztroskość. Spotkanie w romantycznej scenerii, której konwencjonalne ramy każde z osobna rozsadza swoją nieprzystawalnością. Współczesny lovesong spoza walentynkowych składanek, a jakże słodkawy, jaki uroczy, szczególnie wówczas, gdy pamiętamy, że to taka gra, że się nie dzieje na serio, ani naprawdę. –P.Gołąb